Nikt nie idzie
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Kategoria: /
średnia ocena: 3.92 / 5.00
liczba ocen: 444
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
36.99 złpremium: 22.19 zł
27.74 zł
29.11 zł
31.44 zł
36.99 zł
Pozostałe księgarnie
-9% 18.50 zł
31.44 zł
31.90 zł
32.18 zł
32.92 zł
36.99 zł
36.99 zł
Opis:

Ona samotna, on zamknięty w swoim świecie. Ich losy przetną się na skrzyżowaniu ulic w chwili tragicznego zdarzenia… Autor „Dygotu” i „Rdzy” powraca z powieścią, w której buzują emocje. „Do niedawna pytana o ulubionego polskiego autora miałam jedno nazwisko. Po «Nikt nie idzie» odpowiadam: Myśliwski i Małecki” – J. Bator

Po tym, jak Olga zobaczyła go po raz pierwszy, uporczywie wracał do niej w myślach. Tajemnicza postać z kolorowymi balonami. Ni to mężczyzna, ni to dziecko. Ona samotna, on osobny i zamknięty we własnym świecie. Ich losy przetną się ponownie na skrzyżowaniu ulic w chwili tragicznego zdarzenia. 
Małecki prowokuje czytelnika, by na podstawie rozsypanych wspomnień stopniowo odkrywał prawdziwy bieg zdarzeń. Gdzieś są słowa niewypowiedziane, niespełnione relacje oraz gesty zawieszone między dwojgiem bliskich i obcych sobie ludzi. Wielkie miasto wypełniają miłość i samotność. 
„Nikt nie idzie” to powieść, w której buzują wielkie emocje. Hipnotyzuje, delikatnie sącząc czułe i ledwo wyczuwalne tony. Zostaje w pamięci na długo.

„Jedna z najbardziej wyjątkowych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. Kameralna, subtelna i krucha. Po raz kolejny Małecki nie daje spać. Nadzwyczajna!” – Agnieszka Więdłocha 

„Małecki uwiódł mnie żarłoczną Japonią, mężczyzną uporczywie oglądającym komody i Olgą od liści. To powieść, w której fragmenty wydarzeń subtelnie składają się w obraz intrygującej rzeczywistości. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, a może nic samo się nie dzieje?” – Izabela Sadowska, lubimyczytać.pl

„Jedna z najpiękniejszych i najczulszych opowieści, jakie przeczytacie w tym roku! Jakub Małecki potrafi zamykać emocje w najprostszych słowach, poruszać najdelikatniejsze struny w sercu czytelnika. Warto poddać się jego magii!” – Olga Kowalska z WielkiBuk.com

Recenzje blogerów
Jedni ludzie coś potrafią, a inni nie. Proste jak sznurek. Jedni potrafią napisać piękną powieść, a inni dumają nad kilkusetznakowym tekstem przez kilka godzin, siląc się na – choćby trochę – porównywalny poziom treści. Jednym przychodzi to łatwo, innym nie wychodzi wcale lub tylko w pewnym sensie, poniekąd, niejako. Czasem jeszcze w pewnej mierze. Nie jestem od szafowania pięknymi słowami. Nie potrafię. Ja gonię przecinki w zdaniach wielokrotnie złożonych i – dzieląc je czasami na kilka krótszych – udowadniam, że kropka to dobry znak. Uwierzcie mi, postawienie kropki potrafi wiele zmienić. Całe życie nawet. Bo przecież są życia, które przebiegają bez znaków interpunkcyjnych – z siłą huraganu i prędkością pociągu marki Pendolino. I czasami aż się prosi o tę nieszczęsne małe coś na końcu, bo już nawet średniki nie pomagają. Ale ja nie o tym chciałam…

Przeczytałam ostatnio powieść. Piękną. Może nawet idealną. Smakowałam każde jej słowo i każdy przecinek. I – wyjątkowo – tylko kropki nie chciałam zobaczyć. Tej ostatniej. Ona oznacza koniec. A ja wcale nie chciałam kończyć tej książki. Jakub Małecki powieścią Nikt nie idzie – bo o niej chcę Wam opowiedzieć – pokonał mnie swoją literacką wrażliwością, wyssał ze mnie całe pokłady pewności siebie, butności i zuchwałości, a potem wypluł bez najmniejszego wstydu gdzieś w środku miasta, żebym mogła obserwować dwie kobiety walczące o spokojne życie po stracie. Zostawił mnie w samym środku codzienności, splątanej samotnością, wyrzutami sumienia i niedopowiedzeniami. Nikt nie idzie to powieść złożona ze wspomnień, które – poskładane w całość – dają obraz współczesnego człowieka i smakują nie zawsze smacznym koktajlem, jakim jest nasze życie, gdy dodamy do niego nie to co trzeba. Minimalizm i oszczędność w słowach, które chyba stały się już charakterystyczną cechą prozy Małeckiego, w tej książce nabierają dodatkowego blasku. Proste sceny, kreślone przez naprawdę doświadczonego (wydawałoby się może czasem, że nawet leciwego) pisarza, fundują nam sensualne doświadczenia. Od pierwszych stron nie opuszczało mnie przekonanie, że ta powieść została mocno przepracowana i przemyślana i dzięki temu nie musi mierzyć się z określeniem banalnej. Wiecie, że jestem daleka od nadmiernego wychwalania, ale muszę przyznać, że to chyba najbardziej niebanalny pisarz mojego pokolenia. I jeden z niewielu, którym ufam i który za każdym razem zaskakuje mnie jeszcze bardziej.

Nikt nie idzie to opowieść o tym, że mając wszystko, możesz nie mieć nic. Jednocześnie – nie mając nic, jesteś bogatszy od innych. Małecki, jako mistrz nadawania nawet prostym przedmiotom duszy, każdemu ze swoich bohaterów podarował coś, co było dla niego szczególne – plecak wypełniony balonami, specjalnie stworzoną książkę, pognieciony bilet na lot w przestworzach, fortepian. Pod jego wpływem (Małeckiego, nie fortepianu) sama zaczęłam poszukiwać w swoim życiu ważnych przedmiotów. Potem przyszły wspomnienia z nimi związane. Na końcu pojawiły się łzy. Czasem one mówią więcej niż najpiękniejsze słowa. Kropka.

Ocena: 5+/6
©Spadło mi z regała
„Liczę na to, że za około rok będę trzymać w ręku kolejny tytuł Małeckiego i że znów dostanę nim obuchem w łeb”, pisałam niemal dokładnie (bez dnia) rok temu. I proszę! Pomyśleć by można, że urodzony w Kole autor spełnia moje życzenia. Oto bowiem mamy początek listopada 2018, a kilka dni temu na polskim rynku ukazała się najnowsza książka pisarza, Nikt nie idzie. Czekałam na nią z niecierpliwością, ale i z lekką obawą: nie wiedziałam, czy Jakub Małecki czymś mnie jeszcze zaskoczy. Czytałam trzy poprzednie powieści, a o Nikt nie idzie trochę się już nasłuchałam podczas spotkania z pisarzem. Wiedziałam tyle, że będzie tam pewien chłopiec w ciele mężczyzny oraz czerwone balony. Z tą wiedzą zasiadłam do lektury.

I to wszystko rzeczywiście tam jest. Widzimy po raz pierwszy tę tajemniczą, dziwną postać tak, jak Olga, jedna z bohaterek Nikt nie idzie: przez okno tramwaju. Jeszcze, podobnie jak ona, niewiele rozumiemy, lecz nie możemy wyrzucić już z pamięci mężczyzny z nadmuchanymi, czerwonymi balonami wystającymi z plecaka. Od tej pory towarzyszymy trochę jej, a trochę jemu (i jego matce, która go nam „tłumaczy”), oboje starając się zrozumieć, jakoś wniknąć w ich świat, na tyle, na ile da się wniknąć w czyjś świat, i to jeszcze bez zaproszenia. Trochę niegrzecznie, ale nie możemy się przecież powstrzymać, zaglądamy za podszewkę ich emocji. A tam się dzieje, pruje i zapętla, a czasem nawet dziurawi – i na tę ziejącą dziurę nic się nie da poradzić. Ecce homo, chciałoby się rzec, wcale nie taki wielki, wcale nie taki dumny, ot, cierpiące zwierzątko. Olga jest samotna, zamknięta w swoim bólu i cierpiąca od nadmiaru niewypowiedzianych słów, które teraz bulgoczą jej w brzuchu. Klemens, mężczyzna-chłopiec z balonami, jest zamknięty we własnym świecie, z którego nie ma szans wyjść. Nie wiadomo, czy mu w nim dobrze, ale może tak. Ma czerwone balony. I swój sen o lataniu.

Tą drogą
nikt nie idzie
tego dzisiejszego wieczoru

I każdy bohater ma tu swój koniec świata, taki prywatny, mały, bo przecież „innego końca świata nie będzie”. Małecki najpierw rzuca nas w wir ich istnień, by potem opowiedzieć, co doprowadziło ich do tego punktu, co się po drodze stało, że są tacy, jacy są. Przez to czujemy się, jakbyśmy poznawali ich naprawdę, spotykali ich w naszym życiu i po godzinach szczerych rozmów w końcu docieralibyśmy do sedna ich jestestwa. Olga, jej błędne decyzje z przeszłości, jej brak, jej strata, jej poczucie winy. I Klemens, którego życie nagle się zmienia, który trafia do obcej osoby, a ona próbuje… No właśnie, co? Coś sobie zrekompensować? Nie, chyba nie, wolę myśleć, że dzięki postaci chłopca-mężczyzny z balonami coś zrozumiała. Chcę wyciągnąć z tej dość smutnej historii taki właśnie dający nadzieję wniosek.

To Małecki, jakiego znamy, i trochę inny równocześnie. Niezmienna jest jego uważna obserwacja świata, jego taksujące, dogłębne spojrzenie, jego niezwykła emocjonalność, która pozwala mu tworzyć tak intrygujące, zapadające w serce historie. Co jest inne, to to, że po nieformalnym tryptyku Dygot-Ślady-Rdza zmienił się główny temat: ta powieść nie jest o dorastaniu, nie ma w niej też wyczuwalnego akcentu realizmu magicznego, który unosił się nad poprzednimi książkami autora. Jeśli otrzymujemy postać z nadmuchanymi czerwonymi balonami w plecaku to dowiadujemy się, co te balony znaczą i dlaczego tam są. Jeśli kogoś „pożarła Japonia” to również jasno widzimy, że to po prostu przeświadczenie dziecka. Tu bohaterami są dorośli, choć mamy możliwość wejrzeć w ich lata dziecięce. To jednak wciąż opowieść o stracie. Jest to także piękna i niebanalna opowieść o miłości w różnych jej wymiarach.

Z radością mogę więc stwierdzić, że Jakub Małecki wyplątał się ze schematu, w jaki wpadł w poprzednich książkach. Równocześnie udało mu się zachować pewną ciągłość i zachować dobrze widoczne wyróżniki swojego stylu. Mam wrażenie, że gdybym sięgnęła po fragment tekstu, nie wiedząc, że to on go napisał, to bezbłędnie bym wyczuła jego autorstwo. No bo kto jeszcze może zacząć powieść słowami: „Zbierała fontanny od zawsze”? Tylko on. Trochę mi brakowało tej unoszącej się nad losami bohaterów „dziwaczności”, ale czyż życie i bez tego nie jest dostatecznie tajemnicze i dziwne? Chyba jest.

Ocena: 5/6
©tanayah czyta
Przyznaję, że mam z Jakubem Małeckim dwa, nie lada problemy... Bo chociaż jestem ekstrawertykiem z dość pokaźną siłą przebicia, to Kuba onieśmiela mnie swoją osobą przy każdym bezpośrednim spotkaniu. I robi to absolutnie nieświadomie, będąc człowiekiem nader skromnym, bo to ja milknę przy jego jego talencie.

Podobnie też mam z przelewaniem na papier moich wrażeń z lektury jego książek. Ja ich nie czytam, ja je chłonę całą sobą, bo poruszają we mnie najbardziej nostalgiczne struny (tak, ekstrawertyczne osobowości również takowe posiadają). I tu pojawia się drugi problem, ponieważ zamiast spisywać te uczucia, wolałabym pozostać w milczącej kontemplacji. No to sobie możecie, moi drodzy, wyobrazić, jak niewiarygodnie mocny musi być styl Małeckiego, skoro na taki wulkan energii jak ja, działa jak melisa, a właściwie hektolitry jej naparu.

Najnowsza powieść Jakuba Małeckiego zatytułowana Nikt nie idzie - pierwotny tytuł Nauka latania, który moim skromnym zdaniem dużo lepiej oddałby jej niepowtarzalny klimat - to propozycja pełna symboli, samotności, niepewności, drżąca fortepianowym pianissimo, ale i uderzająca mocnym forte.
Z jednej strony książka ta przygniata siłą przekazu, bo mamy tutaj bohaterów po traumie i różnorodnymi obciążeniami, których losy śledzimy w skupieniu i empatycznym zrozumieniu. Natomiast z drugiej strony tytuł ten cechuje lekkość formy i skondensowanej w niedługich rozdziałach fabuły, podobnych balonom uciekającym z klemensowego plecaka (kto przeczyta książkę, będzie wiedział, w czym rzecz) czy uczuciu wolności, towarzyszącemu pilotom wykonującym lotnicze akrobacje.

Jakub Małecki zdecydował się opowiedzieć dwie historie, mające wspólne wątki. Stworzył trzydziestodwuletnią Olgę Lipską; kobietę z pozoru niezależną, ale głęboko osadzoną w uczuciu sprzed lat. W jej życiu niespodziewanie pojawi się Klemens - syn Marzeny i Antka - pilota myśliwca; mężczyzna o cechach chłopca, mający swój własny, trudny do przeniknięcia świat, i chociaż będzie to obecność jedynie chwilowa, to odciśnie ona swój niedający się zatrzeć ślad na losach Olgi. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o Igorze, pierwszej i jedynej miłość Olgi, z którym rozdzielił ją czas, ale połączyła nierozerwalna więź oraz nieszablonowy album Nikt nie idzie.

Małecki przyzwyczaił mnie już, że jego proza emanuje wszystkimi barwami i nutami emocji, chociaż traktuje o jakże przyziemnych sprawach. Zderzymy się na kartach tej jesiennej powieści obyczajowo-psychologicznej z kwestią przeznaczenia, przemijania, straty czy blokady w komunikacji między ludźmi, która to blokada - jak już dawno stwierdził Stephen Hawking, a co ja sparafrazowałam - jest podstawą wielu nieporozumień i cierpień człowieka.

Nie napiszę nic więcej, poza jednym: czytajcie Małeckiego, bo to wybitny polski pisarz współczesny, mający niebywałą zdolność do pisania o rzeczach pozornie zwykłych, w przejmująco niezwykły sposób i ugruntowujący z każdą kolejną książką swoją pozycję na rynku literatury wysokich lotów.

Ocena: 6/6
©Domi Czyta
Nikt nie idzie

Lubię u Małeckiego to, że przeplata ze sobą życiorysy pozornie całkiem obcych dla siebie osób. To jest jak rozplątywanie uporczywego węzła – wiemy, że bohaterowie są ze sobą powiązani i że ta specjalna więź szczególnie będzie uwydatniona w końcowej części książki, ale jeszcze nie mamy pojęcia jak i dlaczego. Próbujemy więc rozsupłać ten węzeł – powoli, powolutku, wszak mamy wiele czasu, a prozą Małeckiego można się rozkoszować.
Po zdumiewającym Dygocie i fenomenalnej Rdzy pora na najnowszą powieść autora. Nikt nie idzie trafi do rąk czytelników 31 października.

Kilka pozornie zwyczajnych żyć osadzonych w zwyczajnym nudnym świecie. Życie Marzeny może się wydawać do bólu przewidywalne – codziennie chodzi tą samą drogą do tej samej pracy i spotyka w niej tego samego klienta, który z zapałem studiuje cechy jakieś komody. Marzena zawsze macha mu na powitanie i pożegnanie, przyzwyczajona do tego, że klient o nic nie pyta, niczego nie mówi, tylko po prostu wpatruje się w antyk. Ale pewnego razu, mając już zamiar wyjść ze sklepu, odwraca się na pięcie i zaprasza ją na randkę. Życie Marzeny zmienia się. Stojąc na ślubnym kobiercu zastanawia się, czy dobrze zrobiła, że zgodziła się być żoną, matką syna tego smagłego mężczyzny. Jednak zanim zdąży powiedzieć „nie”, obrączka już wsuwa się na jego palec.

Igor ma wyrzuty sumienia, bo jego brata „zeżarła Japonia” prawdopodobnie przez niego. Wypowiedział słowa w złości. Klątwa padła. Brat nie wrócił z resztą grupy. Został tam, gdzieś w Japonii, całkiem sam. Żywy lub martwy, Pamięć o bracie pcha go w ramiona obsesji. Igor wybiera japonistykę, a wieczorami pogrąża się w lekturze haiku, wierszy śmierci.

Olga jako mała dziewczynka była zakochana w chłopaku, który najpierw grabił na jej podwórku liście, bo wciąż było ich za dużo, a później, tak zupełnie niepostrzeżenie, stał się jej przyjacielem. Przepisuje jego smsy do zeszytu, bo przecież pamięć telefonu może się zniszczyć, uczucie zaklęte w słowach mogą przepaść, a zeszyt i wpisane w nim długopisem krótkie wiadomości będą wieczne. Chociaż uważa, że osiągnęła sukces, tak naprawdę miota się przez to życie, nie wie czego chce, stając się co raz bardziej nieszczęśliwą.

Jest jeszcze ojciec Olgi, który choć utalentowany pianista, nie śmie tknąć instrumentu. Stroni od muzyki, ucieka przed nią nie wiadomo z jakiego powodu. Kiedy córka w totalnej rozpaczy prosi go, by zagrał, spełnia jej życzenia, po czym zapada się w sobie, jak w miękkim materacu – co raz bardziej w dół, w głębię, w ciemność. Jego już nie ma. Ukradła go choroba.

I w końcu on – Klemens, zwany też Dzikiem. Mężczyzna o chłopięcej twarzy z notesem wyklejonym twarzami celebrytów i czerwonymi balonami wypełnionymi helem. Spaceruje po ulicach Warszawy, żeby przeciąć drogę swojego życia z Olgą. Ta jednak, nie potrafiąc się z nim porozumieć, zmuszona będzie odkryć jego tajemnicę i choć jedną z wielu spraw w swoim życiu, doprowadzić do końca.

Co łączy ze sobą tych pięć życiorysów? Kim staną się dla siebie i jakie role odegrają w swoich życiach?
Małecki snuje swoją opowieść w charakterystyczny tylko dla siebie sposób. Opisuje fakty i zdarzenia, osoby i ich uczucia, a także konfrontuje ich opinie z tym, co naprawdę się wydarzyło. Nie sposób nie porównać tej książki do wydanych wcześniej Śladów czy Dygotu, gdzie sekwencja jest dokładnie taka sama – kilka życiorysów łączy się w jedno, aby z tego powstała dobra powieść.

Nikt nie idzie to powieść bardzo klimatyczna, osnuta delikatną nutką muzyki i sztuki, wciągająca czytelnika od pierwszych stron pomiędzy karty swojej powieści, ale jednocześnie mająca pewne mankamenty. O ile przez pierwsze pięćdziesiąt stron nie mogłam się od niej oderwać, tak dobrnąwszy do środka opowieści, aż do samego końca czekałam na to wielkie coś, co sprawi, że nie zapomnę o tej powieści tak, jak nie zapomniałam o Rdzy. Tymczasem zakończenie było, choć muszę przyznać, że zaskakujące, nie na miarę Małeckiego. Tym razem połączenia między bohaterami wydawały mi się dość słabe, a cała idea fabuły rozmywała się gdzieś w połowie książki.
Niewątpliwym atutem prozy Małeckiego jest jednak opisywanie zwyczajnego życia, oddawanie jego blasków i mroków, i nawet tej ich nudy i rutyny na kartach powieści.
Nikt nie idzie może Was zaskoczyć tak pozytywnie, jak i negatywnie. To ciekawa powieść, ale ani w połowie tak dobra, jak Rdza. Dobra do przeczytania w dwa wieczory, ale nie pozwalająca się sobą rozkoszować tak, jak uczyniła to z nami Rdza.

Ocena: 3+/6
©Jej Wysokość Literatura
Jeśli ktoś śledził moje wcześniejsze wpisy, to wie, że twórczość Jakuba Małeckiego szczerze przypadła mi do gustu. Śmiało mogę wymienić go jako ulubionego polskiego pisarza. Nikt nie idzie to najnowsza propozycja młodego pisarza.

Marzena zbiera fontanny. Miasto, fontanna, zdjęcie. Najpierw z rodzicami, potem sama, potem z Antkiem. Ich dziecko jest takie jak wszystkie inne. Chyba. Jednak nie, jest inne. Kiedy Marzena zostaje z Klemensem sama, musi sama stawić czoła całemu światu. Tylko co będzie jak jej zabraknie na tym świecie? I to kłucie w okolicach serca, jakby dotyk Antka…

Igor kocha japońską sztukę. Drzeworyty, malarstwo, wiersze śmierci, haiku. Do tego giełda i niezwykła passa. Ta Japonia nie znalazła się w jego życiu przypadkowo, wypełnia pustkę. Trzeba uważać czego się sobie życzy, bo może się spełnić.

Tak to już po prostu jest, jak wiele lat wcześniej powiedział jego rodzicom listonosz – takie rzeczy po prostu się zdarzają.

Olga czerpie z życia garściami. Podróże po świecie, odpowiedzialna praca, szkolenia, konferencje, szpilki i wielka korporacja. Zabieg.

Tych dwoje, każde ze swoim bagażem, z tajemnicami, które ciągną ich w dół marzy o szczęściu, ale żadne z nich nie potrafi rozmawiać, nie potrafi zdobyć się na szczerość.

Kiedy Olga z okna autobusu zauważa Klemensa, chłopca-mężczyznę nie potrafi wyrzucić go ze swojej głowy. Jeśli wierzyć w przeznaczenie ich drogi nie mogą się nie przeciąć.

Ta książka według mnie jest o relacjach z najbliższymi, o relacjach najtrudniejszych. Wyolbrzymiamy, topimy się we własnych lękach pompując je do granic możliwości, a świat nie kończy się, ciągle istnieje. I mamy na tym świecie coś do zrobienia.

Zły i obrażony

Wróciłem.

A wierzba stoi w ogrodzie.

Ryota (1707-1787)


U Małeckiego lubię jak pokazuje nam spojrzenie różnych ludzi, bardziej lub mniej ze sobą związanych, na tą samą sytuację, na te same wydarzenia. Czasem patrzymy oczami matki, czasem młodej kobiety, bywa, że patrzymy oczami rodziców, którzy nie wiedzą nic o swoim dziecku. Ten przekrój ludzkich spojrzeń pozwala nam lepiej zrozumieć opowieść, pozwala wejść w nią z różnych stron i dotrzeć do środka, do sedna sprawy.

Warto czytać polskich pisarzy, a Małeckiego w szczególności.

Ocena: 5/6
©Idę czytać
Komentarze dotyczące oferty:
Inne proponowane
Warto zerknąć