ebook Tancerze burzy
3.64 / 5.00 (liczba ocen: 1172)

Tancerze burzy
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Kategoria:  / /
E-book - najniższa cena: 25.49
wciąż za drogo?
31.99 złempikGO: 19.99 zł z Empik Go 19.99 zł
25.49 zł Lub 22.94 zł
31.99 zł
31.99 zł
31.99 zł Lub 28.79 zł
25.59 zł
28.79 zł
kliknij aby zobaczyć pozostałe oferty (1)
Wesprzyj UpolujEbooka.pl - postaw kawę
Inne proponowane

Pierwsza część trylogii „Wojna Lotosowa”. Powieść „Tancerze burzy” wprowadza w świat wysp Shima, które pod twardą ręką okrutnego szoguna chylą się ku upadkowi. Przed nami wzruszająca i tragiczna saga SF o przyjaźni, miłości, wierności i zdradzie.

Toksyczny przemysł wyniszcza państwo, a władca dba wyłącznie o własne interesy. Tajemnicza, wszechmocna Gildia surowo karze każdego, kogo podejrzewa o Nieczystość. W tym świecie zaawansowana technologia przeplata się z japońską mitologią.
W coraz bardziej niespokojnych czasach szogun wydaje polecenie: wysyła Yukiko i jej ojca po gryfa – gatunek istniejący już tylko w legendach – co od początku jawi się jako zadanie niemożliwe do wykonania. Życie ojca i córki wisi na włosku, bo jak wszyscy doskonale wiedzą, szogunowi się nie odmawia. Jednak misja okazuje się dalece bardziej niebezpieczna niż niemożliwa do zrealizowania…

Tancerze burzy od Jay Kristoff możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Ludzie, którzy nienawidzą pieniędzy, sami ich nie mają. Ludzie nienawidzący władzy są jej pozbawieni.
Niewątpliwie kilka ostatnich miesięcy minęło mi pod znakiem twórczości Jaya Kristoffa. Nie zdążyłam należycie nacieszyć się premierą Lifelike, które wyszło w kwietniu i wzbudziło moje zainteresowanie ciekawym opisem i świetnymi pierwszymi rozdziałami, a już gruchnęła wieść, że w lipcu ma wyjść polskie wydanie Geminy. Po premierze Bożogrobia, czyli kontynuacji mojej ukochanej Nibynocy, nie potrzebowałam niczego poza Darkdawn - trzecią i ostatnią częścią przygód Mii. Okazało się jednak, że dostanę wszystko inne, tylko nie to. Pisarz zaliczył bowiem kilkutygodniowe opóźnienie, które przerzuciło premierę Darkdawn aż na wrzesień przyszłego roku. Tym oto sposobem zostałam z dziesiątką powieści spod znaku Kristoffa do przeczytania i solennym postanowieniem, że nadrobię je wszystkie. Zaczęłam od Tancerzy burzy.

I nie wiem czy był to dobry wybór. Nie zrozumcie mnie źle - nie jest to słaba książka. Po prostu wiem, że Kristoff potrafi lepiej. Natomiast gorzka prawda przedstawia się następująco - gdyby autor nie był już jednym z moich ulubionych pisarzy i gdyby nie dostał już mojego serca jak na talerzu po lekturze Nibynocy, Tancerzy burzy odłożyłabym pewnie niedoczytanych w połowie i przeszła do czegoś innego.

Tym sposobem pozbawiłabym się możliwości poznania tej najlepszej, najbardziej emocjonującej części opowieści zawartej w książce, ale co można poradzić? Ostatnio wróciłam do wzgardzonej przed sześcioma laty historii, Córki dymu i kości, jaką już podczas lektury okrzyknęłam jedną z moich ulubionych. To nie zmienia jednak faktu, że żaden z tych przypadków nie uczynił ze mnie bardziej oddanego czytelnika. Znam osoby, które nie odłożą czytanej książki, dopóki jej nie doczytają - jak zła czy nudna by nie była. Sama nigdy do nich nie należałam i, nawet biorąc pod uwagę wszystkie te wyżej opisane doświadczenia, raczej należeć nie będę.

Tancerze burzy mają wiele do zaproponowania czytelnikowi, ale tylko wtedy, gdy jest on wystarczająco cierpliwy. Pierwsza połowa opowieści to odrobinę nużące oraz skomplikowane wprowadzenie, podczas którego poznajemy akcję z punktu widzenia kilku różnych bohaterów i dowiadujemy się całeeeeego mnóstwa rzeczy na temat świata przedstawionego. Połowę z nich jestem skłonna okrzyknąć nieprzydatnymi - tym bardziej, że doskonale jest tu widoczne zamiłowanie autora do rozległych, niesamowicie kwiecistych opisów. Momentami Jay Kristoff mógłby w tej materii konkurować z samą Roshani Chokshi - królową kilometrowych, pięknych opisów nie posiadających w sobie zbyt wiele wartościowej treści.

Poza tym mamy tu również steampunk oraz klimatyczną Japonię. Przyznam szczerze, że te dwa elementy ciekawiły mnie najbardziej i mam wrażenie, że autor to właśnie z nich usilnie starał się wycisnąć jak najwięcej. Lemoniada jednak jest smaczna tylko wtedy, kiedy składa się z czegoś więcej niż kwaśnego soku z cytryn, a Tancerzom burzy bardzo by pomogło, gdyby jako stempunk w scenerii Japonii na chwilę zapomnieli, że są steampunkiem w scenerii Japonii.

Jak jeszcze statki parowe, udoskonaleni mechanicznie ludzie oraz Gildia, która robi tutaj połowę roboty za cały steampunkowy wątek, prezentują się świetnie, tak sam kraj kwitnącej wiśni czasem wygląda odrobinę za bardzo jak z pocztówki. Jay Kristoff przygotował swój materiał, włożył w powieść mnóstwo pracy i to widać - przede wszystkim w szczegółach. W tym całym nasyceniu suchych faktów, wiadomości i informacji zabrakło mi jednak poczucia, że mogę odetchnąć tym samym, zanieczyszczonym powietrzem co bohaterowie i na chwilę zamienić się z nimi miejscami. Brakowało mi takiego poczucia, że autor opisuje coś realnego, zamiast skupiać się na rzeczach wynalezionych w Internecie czy poznanych z drugiej ręki.

Może to być moje czepialstwo. Trzymam kciuki, że to niewygodne odczucie zniknie podczas lektury kolejnej części, ponieważ poza tym... Poza tym ta opowieść to marzenie.

Kiedy już wciągnęłam się w historię opowiadaną przez Kristoffa, a na scenę w końcu wszedł Buruu, dowiedziałam się, czym tylu czytelników się zachwyca. Kiedy przebrnie się przez to pierwsze sto stron, nawet nie zauważa się, jak przez palce przelatują kolejne. Przez historię przebija znany przeze mnie wcześniej z Nibynocy warsztat pisarski autora - jego uwaga do detali, realizmu postaci oraz prowadzenia akcji. Kristoff nie daje zapomnieć czytelnikom, że trzymana przez nich powieść jest młodzieżówką, ale w ten najlepszy sposób - pozwala Yukiko, szesnastoletniej protagonistce, popełniać błędy. Czasem być naiwną czy ślepo zakochaną. Wątek miłosny toczy się gdzieś w tle, ale na razie nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Ot, nastoletnie porywy serca, które tak doskonale wpasowują się w charakterystykę samej bohaterki.

Oprócz Yukiko na stronach powieści pojawia się mnóstwo innych ciekawych, barwnie opisanych i z polotem wykreowanych bohaterów, ale dzisiaj wspomnę wam o dwójce najważniejszych - Kinie oraz Buruu. Przy Buruu wystarczy powiedzieć, że jest mistrzem. Autor doskonale dostarcza czytelnikom odrobiny humoru dzięki niemu, a i sam tygrys burzy, jak już się rozkręci, to naprawdę ma gadane i potrafi robić za doskonałego doradcę, przyjaciela oraz głos sumienia. Natomiast przy Kinie sprawa jest odrobinę bardziej skomplikowana. Wydaje mi się, że - chociaż bardzo często pojawia się na kartach historii oraz zawsze przewija gdzieś w tle, gdzie toczy się główna akcja - jego chwila dopiero nadejdzie. Jeszcze będzie dane czytelnikom dowiedzieć się na jego temat czegoś więcej.

Także nie pozostaje mi nic innego, jak dać szansę kontynuacji. Bratobójca oraz Głosząca kres zajmują moje myśli od początku miesiąca i coś mam wrażenie, że do końca sierpnia jeszcze o nich ode mnie usłyszycie.

Ocena: 3/6
©Nocny Cień
Tancerze burzy Jaya Kristoffa to naszpikowany scenami akcji japoński steampunk z elementami fantasy, który dostarcza całkiem niezłej rozrywki. Miejscem wydarzeń jest rządzone przez dwudziestoletniego szoguna Yorimoto wyspiarskie Cesarstwo Shimy, w którym najważniejszym surowcem jest lotos – napędzający nowoczesne machiny, ale także wyjaławiający ziemię uprawną. I właśnie ów władca pewnego ranka życzy sobie, by upolować mu żywego mitycznego stwora zwanego tygrysem gromu, bo miał wizję, że na jego grzbiecie ostatecznie pokona gaijinów.

Zadanie zostaje powierzone łowczemu Masaru Kitsune, czyli ojcu głównej bohaterki, szesnastoletniej Yukiko. Problem leży w tym, że na zatrutym spalinami lotosu czerwonym niebie od dawna nie widziano już żadnej legendarnej bestii. Mimo tego garstka samurajów na pokładzie latającego statku Dziecię Gromu wyrusza na poszukiwania. Dołącza do nich także Konstruktor, członek Gildii Lotosu skrywający się we wszechstronnym mechanicznym kombinezonie. Razem udają się nad góry Iishi, wprost w największą burzę, jaką kiedykolwiek widzieli. I, ku zdumieniu wszystkich, odnajdują legendarną arashitorę i po trudnej walce zamykają ją w klatce na pokładzie. Jednak statek doznał tak poważnych uszkodzeń w czasie nawałnicy, że nagle staje w płomieniach...

Świat przedstawiony to istny samograj – szogunat z kodeksem bushido, w którym oprócz czterech szlachetnych klanów Lisa, Feniksa, Tygrysa i Smoka ogromną rolę odgrywa sprytna i pieczołowicie pilnująca swoich tajemnic Gildia Lotosu, składająca się z pomysłowych konstruktorów, twórców między innymi radia, katan łańcuchowych czy spalinowych miotaczy żelaza. Jak w każdym porządnym fantasy kraina stoi na progu wielkich zmian – kończą się ziemie uprawne, wyginęła większość zwierząt, w miastach nie da się normalnie oddychać, a wojna z gaijinami przeciąga się w nieskończoność. Do tego pisarz dokłada legendy o założeniu cesarstwa i historie o jego bogach oraz demonach, a przede wszystkim opowieści o tancerzach burzy. Trzeba autorowi przyznać, że aspekt budowania uniwersum powieści bardzo mu się udał. W utworze występuje nawet poezja haiku, a dla niezorientowanych w kulturze japońskiej przygotowany został specjalny słowniczek pojęć znajdujący się na końcu książki – o broni i strojach, a także o religii i najważniejszych pojęciach w Shimie.

Co do bohaterów – na pierwszym planie znajduje się szesnastoletnia Yukiko, która, jak na nastolatkę przystało, nieustannie kwestionuje postawę ojca, początkowo nie rozumiejąc przyczyn jego postępowania. Do tego posiada niezwykły dar, rzecz jasna nie zdradzę tu jaki, przekonajcie się sami. Jednak gdy los rzuca ją samotnie w obce góry, musi wziąć się w garść i zacząć podejmować samodzielne decyzje, które okażą się nie lada wyzwaniem. Mamy tu oczywiście do czynienia z typowym wątkiem przechodzenia w dorosłość, zrealizowanym w taki sposób, że szybko polubiłam energiczną dziewczynę. Jest także wątek miłosny – protagonistka ma dwóch zupełnie różnych od siebie adoratorów, a każdy z nich ma do odegrania istotną rolę w wydarzeniach. Przy czym autor wiarygodnie buduje motywację każdej obecnej tu postaci oraz zgrabnie używa mowy pozornie zależnej, by pokazać ich myśli, dzięki czemu łatwo ich wszystkich zrozumieć. Ponadto relacje między nimi są dynamiczne i realistycznie oddane, czasem wręcz wzruszające, a także mają spory wpływ na fabułę.

Nie obyło się jednak bez drobnych zgrzytów – na stronie 283 występują np. gotyckie wzory, które w tym uniwersum nie mają racji bytu, a od czasu do czasu autora całkowicie ponosi fantazja i używa środków stylistycznych, które moim zdaniem są przekombinowane i z tego powodu nie pasują do lekkości całej czysto przygodowej opowieści. Oto kilka przykładów: Olbrzymie, poczerniałe szeregi kominów rafinerii na południu wyrzucały w niebo smród i brud niczym czarne palce tłustego odoru i kwaśnego smaku, które wnikały w gardła wezbranego tłumu (s.39). W tłumie widoczne były szkarłatne tuniki jin-haori żołnierzy miejskich – niczym czerwone rekiny poszukujące broczącego krwią mięsa (s.43). Mimo gasnącego światła dnia upał był niczym kołdra, jak żywa istota przygniatająca mizerne pałacowe ogrody lepkim ołowianym ciężarem i oblewająca ciała lśniącym potem (s.239).
Z drugiej strony wszystkie opisy są bardzo plastyczne oraz zawierają sporo detali, wliczając w to nawet zapachy, więc łatwo wyobrazić sobie wszystko, co chce przekazać nam autor. Poza tym zastanawia mnie, czemu tak zaawansowana technologicznie Gildia nie przejęła jeszcze władzy w Shimie, ale czuję, że będą próbowali to zrobić w kolejnych tomach.

Podsumowując, Tancerze burzy to znakomita propozycja dla każdego miłośnika dynamicznej fantasy, kultury japońskiej oraz steampunka. Osobiście dawno się tak dobrze nie bawiłam i nie zrelaksowałam w trakcie lektury. I z przyjemnością sięgnę po kolejny tom cyklu Wojna lotosowa zatytułowany Bratobójca

Ocena: 4+/6
©Głodna Wyobraźnia
Książka ta jest na swój sposób wyjątkowa. Jak do tej pory nie czytałam nic, z czym można byłoby ją porównać. To trochę wybuchowa mieszanka gatunków.
Mamy więc przede wszystkim do czynienia ze steam punkiem. Akcja rozgrywa się w świecie, gdzie na niebie królują lotostatki - pojazdy na wzór znanych nam w Europie zeppelinów, napędzane paliwem lotosowym. Ludzie ubrani są w dziwne zbroje, noszą maski i obowiązkowe dla gatunku gogle. Świat jest zmechanizowany, w swój trochę prymitywny dla naszej technologii sposób, ale w odróżnieniu od steam punku, do życia nie napędza go para, lecz lotos - trująca roślina uprawiana na obszarze prawie całego państwa.
Mamy też elementy fantasy - wymyślone państwo, położone na nieistniejących w naszej rzeczywistości wyspach. Mityczne stworzenia, które okazują się być jak najbardziej realne. Parapsychiczne zdolności bohaterów, oraz mieszanie się świata bogów i ludzi.
No i na koniec literatura japońska. Nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, więc nie jestem w stanie przywołać odpowiedniego terminu, który określi czym jest ta książka w tym kontekście, ale na pewno wyróżnia się od naszej typowo europejskiej powieści. Niestety dla mnie to akurat stanowiło pewien problem w trakcie lektury. Pojęcia związane z kulturą japońską pojawiają się na stronach tej historii w olbrzymiej ilości. Sprawdzanie za każdym razem ich znaczeń w słowniku na końcu książki jest trochę uciążliwe, a pominięcie tej czynności sprawia, że tekst staje się mocno niezrozumiały.
Dopiero tak około połowy książki czytanie nabiera płynności. Akcja staje się bardziej wartka, a przygody Yukiko i Buruu zapierają dech w piersiach.
Autor wprowadza w tę typowo przygodową książkę drobne elementy wątku romantycznego. Jednak od razu widać, że jest to męskie spojrzenie na zakochanie. Na szczęście nie uczynił z tego motywu kluczowego elementu, gdyż nie byłby to tak do końca dobry pomysł. Co prawda, w kolejnych tomach sytuacja może jeszcze się rozwinąć, na co są pewne perspektywy, ale wcale nie na tym skupia się Kristoff. Uczucia dominujące w tej historii to przyjaźń, oddanie, miłość do rodzica/dziecka, a także poczucie honoru i lojalności.
Ciekawa jestem kolejnych tomów i na pewno będę czytać dalej ten cykl. Liczę na to, że teraz gdy zaznajomiłam się już z większością obcych mi pojęć, lektura będzie już tylko przyjemnością.

Ocena: 4/6
©Szczypta Kasi
Tancerze burzy to jedna z tych książek, które zawsze chciałam przeczytać, jednak nigdy nie było mi po drodze. Zwykle interesuje mnie tyle nowości, że nie mam czasu czytać tych historii, które wydano wcześniej. Wydawnictwo z - jak mniemam - okazji wydania trzeciego tomu postanowiło część pierwszą ponownie. Właśnie to sprawiło, iż uznałam, że skoro w maju pojawi się zakończenie tej trylogii to dobry moment, by się z nią zapoznać. Dosłownie w momencie, gdy Tancerzy burzy kończyłam zawitał kurier, który po podpisaniu papierków dał mi paczkę, która zawierała Bratobójcę, czyli kontynuację Tancerzy. Jest ona sporo grubsza od tomu pierwszego i nie wiem, czy uda mi się chwycić za nią w kwietniu, jednak jestem pewna, że w przeciągu dwóch tygodni wrócę do świata Yukiko.

Nie da się ukryć, że świat zmierza ku upadkowi. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, widząc plantacje lotosu, który zatruwa atmosferę, umysły i glebę. Nie ma już praktycznie zwierząt, a ludzi, którzy nie są uzależnieni od toksycznej rośliny jest coraz mniej. Lotos musi kwitnąć. Wieczna dewiza Gildii, która w ten sposób kontroluje poddanych szoguna. Członkowie tej tajemniczej organizacji posługują się wysoko rozwiniętą technologią, dzięki której są bezpieczni i nienarażeni ani na uzależnienie, ani na rozwijające się wszędzie choroby. Yukiko jest córką głównego łowczego imperium, któremu lotos prawie całkiem zasnuł rozum. Ma tylko jego, więc chociaż czuje niesmak na myśl o nim to ciągle wyciąga go z sytuacji kryzysowych. Tym razem jednak ich życie jest zagrożone z powodu kaprysu szoguna. Mają odnaleźć i sprowadzić mitycznego arashitorę, Tygrysa Gromu. Szoguna nie obchodzi fakt, że dawno wyginęły, liczy się tylko efekt.

Czasami nie dostajemy tego, na co zasługujemy. Gramy kartami, które nam dano, zamiast marudzić i tęsknić za czymś innym. Na tym polega różnica pomiędzy dorosłym a dzieckiem.

Yukiko jest bohaterką równocześnie schematyczną i oryginalną. Jest silna, piękna, wyróżnia się z tłumu odwagą - często utożsamianą z głupotą - i ma pewną zdolność, która może doprowadzić do jej śmierci. Pełno jest na rynku postaci tego typu, jednak świat, w którym ona żyje sprawił, że większości cech, które ona posiada, nie można znaleźć nigdzie indziej. Bardzo ją polubiłam całkiem ignorując fakt, że ma te szesnaście lat. W tym przypadku biorąc pod uwagę jej wychowanie i rolę jej ojca jestem w stanie zrozumieć, że myśli jak myśli i potrafi poradzić sobie ze wszystkim będąc - jakby nie było - nastolatką. Arashitora jednak całkowicie przyćmiewa Yukiko. Jest bohaterem cudownym, oryginalnym. Pomijając fakt, że to pewnie japoński rodzaj gryfa, nigdy nie spotkałam się z kimś takim. To, jak rozwija się podczas znajomości z Yukiko podbiło moje serce tak mocno, że ten malutki trójkąt miłosny po prostu zignorowałam.

Może niektórym się wydawać, że skoro autor postanowił zamieścić w Tancerzach burzy wątki romantyczne mamy tutaj do czynienia po prostu z kolejnym romansem młodzieżowych, w którym gdzieś tam przeplata się jakaś mała rebelia, która rozpisana będzie na dwóch stronach pomiędzy rozterkami głównej bohaterki. Jay Kristoff - współautor Iluminae, czyli naprawdę cudownej historii - i tym razem nie zawiódł. Polityczne wątki i walki to największa część tej książki i jak się za dużo razy mrugnie na raz można całkowicie przeoczyć fakt, że Yukiko ma kilku absztyfikantów. Nie kibicowałam żadnemu. Byli sobie gdzieś tam, w tle. Ważniejszą dla mnie relacją była ta między arashitorą, a główną bohaterką.

ŚMIERĆ JEST ŁATWA, KAŻDY POTRAFI RZUCIĆ SIĘ NA STOS I ZOSTAĆ SZCZĘŚLIWYM MĘCZENNIKIEM. PRAWDZIWA PRÓBA TO ZNIEŚĆ CIERPIENIE, KTÓRE TOWARZYSZY POŚWIĘCENIU.

Klimat Japonii jest tutaj również bardzo mocno wyczuwalny, jednak nie jest to Japonia taka, jaką znamy. Wszystko to jest wytworem wyobraźni autora, który tutaj naprawdę mocno popłynął. Całość opiera się na hodowli lotosu, który jest główną podstawą tamtejszej gospodarki. Kristoffowi udało się tutaj wykorzystać azjatyckie wątki w sposób, z jakim również się jeszcze nie spotkałam. Zawsze, kiedy myślę, że wszystko już było, jakiś pisarz umiejętnie mnie zaskakuje. I tak było tutaj. Równocześnie pomimo tego nie zatracił się w całej historii i ma ona ręce i nogi w każdej - najmniejszej nawet - kwestii. Przeznaczona jest też przede wszystkim dla osób w wieku podobnym do Yukiko, a jednak jestem pewna, że i starsi odnajdą ogromną przyjemność z lektury.

Ocena: 4+/6
©Papierowe Miasta
Komentarze dotyczące książki:
Warto zerknąć