Exodus
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Kategoria: /
średnia ocena: 3.37 / 5.00
liczba ocen: 273
Ilość stron (szacowana): 448
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
-8% 19.20 zł
-39% 20.94 złpremium: 12.56 zł
28.99 zł
29.19 zł
29.67 zł
Pozostałe księgarnie
-37% 17.45 zł
21.99 zł
28.97 zł
29.31 zł
30.11 zł
31.06 zł
31.41 zł
34.90 zł
34.90 zł
34.90 zł
Opis:

Wyobraź sobie, że w jednej chwili porzucasz wszystko. Wiesz tylko jedno – musisz uciekać. Przed tobą hałaśliwy Berlin, obóz przesiedleńczy u podnóża Alp, półświatek Lublany i grecka wyspa, gdzie zbliżysz się do strasznej tajemnicy... Powieść niesamowita. Chwyta za gardło. Pozbawia poczucia bezpieczeństwa. Ciska w obszary mroku, o których nikt nie chce myśleć ani mówić.

„Wędruj samotnie i śpiewaj!” – Aleister Crowley

„Mam kilkadziesiąt nieodebranych połączeń. Od patrzenia w ekran zalewają mnie fale zimna i gorąca, pieśń lodu i ognia, nie ma co. Kiedyś telefony były inne, jak mój stary alcatel. Nikt nie słyszał o żadnych wirusach, bateria trzymała tydzień i wyjmowało się ją jednym ruchem. Tu muszę znaleźć sposób albo rozpieprzyć system. Więc dziabię scyzorykiem. Pęknięty ekran gaśnie jak oko Terminatora. Kartę SIM rozkrawam i miażdżę. Adios, znajomi! Nie będzie już lajków, wydarzeń takich jak weekend kalamburowy w ArtCafe i grup o wydziaranych dresach, nie będzie też zdjęć kotów i z imprez rodzinnych, demotywatorów z Kwachem i dziesiątków ekranów GIF-ów z Tumblra, nie będzie was, nie będzie ciebie, nie będzie więc mnie.
Telefon wiruje w odpływie dworcowego klopa, razem z resztkami kart i dowodem osobistym. Nie będzie mnie, a więc: żegnaj, Janku” – fragment powieści

CYTATY:
Przypadkowa miłość jest jak zderzenie komet lub przybicie piątki, cieszy, lecz nie ma żadnego znaczenia.
Recenzje blogerów
Zima w tym roku jest melancholijna. Nie tylko ze względu na bure ulice, pochmurne niebo i zgniłą trawę. Ciągnie się za mną jesienna melancholia. Śniegu, który to wszystko przykrywa, obecnie próżno szukać. Takie też książki wpadają mi w ręce – raczej smutne. Poprzednio Purezento Joanny Bator, a teraz Exodus

Exodus to opowieść o ucieczce. Jana poznajemy w kolejce w banku, kiedy likwiduje konto i wsiada do pierwszego lepszego pociągu, okazuje się, że do Berlina. Przed czym ucieka? Nie mówi. Berlin wita go hostelem, ale wkrótce trzeba uciekać. Tajemnicza dziewczyna pomaga, więc Jan znajduje kąt w bezpiecznym domu, ale znów trzeba uciekać. Ksiądz Robert nie zostawi człowieka w potrzebie. Na Bałkanach wydaje się, że Jan znajduje to czego szuka, jest potrzebny. Trzeba uciekać… Ale przed czym?

Jan dużo opowiada, wspomina, ale niczego nie wyjaśnia. Snuje trzy opowieści. Pierwsza to ta teraz, to ucieczka. Ta druga, z tamtego życia jest szczegółowa, szczera. Trzecia jest skąpa i tajemnicza, ale najważniejsza. Wątki się mieszają, nic się nie uzupełnia, nic się nie wyjaśnia. Ale do czasu.

Zastanawiam się czego szuka Jan? Zemsty? Prawdy? Siebie? Dlaczego ucieka? Czuje się winny, czy to reakcja na stres? Podczas podróży, w której towarzyszymy Janowi w głowie kłębi się wiele pytań, a po ostatnim zdaniu jest ich jeszcze więcej.

Łukasz Orbitowski w swojej najnowszej książce poruszył temat trudny, ale bohatera stworzył specyficznego. Ładne słowo na określenie „wkurzającego”… Były momenty, kiedy chciałam powiedzieć „Weź się w garść, jesteś dorosły!”, ale Jan i tak w swoim bezsensie istnienia był dalej Janem. Znając zakończenie zastanawiam się czy opowieść była dobra czy zła. Tylko, że to chyba błędne kategorie. Na początku irytacja wynikająca z postępowania Jana, dyskredytowała moje zdanie o książce w ogóle. Z biegiem dni i okolicznościami, które miały miejsce w moim bliskim otoczeniu, zmieniłam zdanie. Nie uznam Exodusa za książkę wybitną, ale nie taką też miała być. Niezła. I tu postawię kropkę.

Ocena: 4/6
©Idę czytać
Są w życiu czytelnika momenty, które bolą. Jednym z nich jest to, gdy ma się jakiegoś literackiego pewniaka i ten pewniak zawiedzie. I to jest, niestety, właśnie ten przypadek. Łukasz Orbitowski, który zachwycił mnie swoimi książkami (Nadchodzi, Szczęśliwa ziemia, Wigilijne psy i inne opowieści), tym razem w moim odczuciu po prostu się pogubił. Wrażenie to spotęgowało spotkanie autorskie z pisarzem, poświęcone właśnie tej książce. Autor mówił, że Exodus był planowany jako powieść drogi, jednak podczas zbierania materiału do książki, odwiedzania opisanych później miejsc i tworzenia, Orbitowski doszedł do wniosku, że w XXI wieku już nie podróżujemy, a jedynie przemieszczamy się z miejsca na miejsce. Ta rwana, skokowa fabuła wyszła Exodusowi na złe.

O czym to jednak jest, skąd ten biblijny tytuł? Exodus może oznaczać Księgę Wyjścia, czyli drugą księgę Starego Testamentu (to tam opowiedziana jest historia wędrówki Mojżesza i jego ludu w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej), ale jest też po prostu określeniem wędrówki, wyjścia, ucieczki. To właśnie robi Janek, główny bohater powieści: wyrzuca telefon komórkowy, wybiera wszystkie oszczędności z banku, tnie dowód osobisty, zrzuca swoją tożsamość i ucieka z Polski. Dlaczego to zrobił zostaje na pewien czas tajemnicą – inna sprawa, że chyba odsłoniętą przeze mnie wcześniej niż autor to zakładał, bowiem domyśliłam się znaczenia fragmentów zapisanych kursywą daleko wcześniej niż Orbitowski odsłonił wszystkie elementy układanki.

A więc ucieczka, bezwładne przemieszczanie się. Podróż nie tylko geograficzna, ale też wsobna, gdzieś w duszy, niżej i niżej, w zło i ból. Ma się wrażenie, że Janek chce się ukarać, spodlić, że coraz gorsze warunki, w których przebywa, są mu w smak, że może się tym cierpieniem głaskać, bo przecież zasłużył, bo to kara, ale że w jego odczuciu wciąż za mała do popełnionego czynu, idzie dalej i dalej. W ciemność.

Nie ma ratunku. Nie można nigdzie uciec, bo dokądkolwiek pójdziesz, zabierzesz ze sobą siebie i swoje nieszczęśliwe serce.

Najpierw jest Berlin, jego kręte ulice, łóżko w wieloosobowym pokoju gdzieś w podrzędnym hostelu, bierne bycie z innymi wyrzutkami z różnych części świata, których los przygnał w to samo co naszego bohatera miejsce. Jednak Janek nie potrafi obracać się wśród ludzi, wszędzie wywołuje konflikt, zachowuje się irracjonalnie, irytuje i budzi gniew – nie tylko w bohaterach, ale i w czytelniku. Po splocie przedziwnych wypadków mężczyzna ponownie ucieka i tym razem trafia do obozu przesiedleńczego w Słowenii, gdzie zostaje wolontariuszem. Zaskakuje tu pewna sprzeczność, jego deklarowana chęć pomocy wydaje się na pokaz, skoro nie uznaje w uchodźcach ludzi takich jak on, nazywając ich „osobami”. Brzmi to nienaturalnie i śmiesznie (zdania w stylu osoby stały za siatką i czekały na pożywienie). Nie umiem oprzeć się wrażeniu, że postać Janka jest sprzeczna w swej konstrukcji. Z jednej strony autor chce nam pokazać, jak bardzo bohater żałuje tego, co się stało i jak chce odpokutować, z drugiej – Janek zdaje się martwić tylko sobą i swoim losem, prześladują go myśli, że zostanie schwytany przez policję, że został za nim wysłany list gończy, że go ktoś rozpozna i odeśle do polskiego więzienia. Wszystkich na swojej drodze traktuje instrumentalnie, a to dziewczyny w hostelu w Berlinie, a to kolegów i koleżanki z pracy w obozie uchodźczym, a to kolejne postaci pojawiające się na kartach Exodusu.

Jest tak do momentu, gdy na jego drodze (w małej Lublanie) staje żyjący na ulicy chłopiec, trudniący się męską prostytucją i sprzedażą narkotyków. Od razu jak na dłoni widzimy, kim ten Marko dla niego jest, substytutem kogo się staje. W tym momencie podejście Janka się odmienia, zaczyna małego chronić, dba o niego wręcz przesadnie, aż na siłę. Jednak w prozie Orbitowskiego programowo nie ma nadziei, więc nie zdradzę za wiele, jeśli napiszę, że i tu nic nie kończy się dobrze.

Jest jeszcze ostatni przystanek, mała grecka wysepka, gdzie, według opisu, mam „zbliżyć się do strasznej tajemnicy”. Jeśli chodzi o to, że cała ta książka jest okrutnie nudna i przegadana to odkryłam tę „tajemnicę” o wiele wcześniej. Nie wiem, do czego miała zmierzać ta powieść, nie wiem, co miała mi przekazać. Nie rozumiem głównego bohatera, jego panicznych działań, mimo wszystko niewspółmiernych do tego co (jak się wreszcie dowiemy z tekstu kursywą) się wydarzyło. Irytuje mnie jego dupowatość, nieprzystawanie do rzeczywistości i parcie w beznadzieję. To jednak nie byłoby jeszcze najgorsze, są bowiem świetne książki, w których nie lubimy ani jednego bohatera (patrz: Drwale). Problem jest inny: mam nieodparte wrażenie, że Łukasz Orbitowski sam się pogubił. Miał dobry pomysł na początku, nomen omen, drogi: tragiczne wydarzenie, ucieczka, przemiana poprzez podróż – co zakłada powieść drogi! – zdobywanie przez Janka nowych doświadczeń itd., a potem wszystko się rozmyło, rozwodniło w przegadaniu, autopowtarzalności wywodów Janka, w jakiejś takiej pseudofilozofii życiowej. Dawno się tak nie męczyłam z żadną książką, i mówię to z żalem, bo naprawdę bardzo lubię twórczość Łukasza Orbitowskiego.

Jednak jeśli ktoś mówi, że „no miała to być powieść drogi, ale zorientowałem się, że obecnie już nie podróżujemy” to powstaje automatycznie pytanie W CO w takim razie ewoluowała ta powieść? Jeśli autor wyznaje, że pisał o obozie przesiedleńczym, bo uchodźcy „to był temat nr 1 w telewizji w tamtym czasie i myślał, że tak będzie jeszcze długo, a już nie jest” to widać wyraźnie, że coś tu nie zagrało, że Orbitowski z czymś się spóźnił, coś przeoczył, czegoś nie umiał już połączyć. I to niestety w Exodusie widać. To nie jest tragiczna książka, to po prostu słaba książka jak na Łukasza, któremu wysoko stawiam poprzeczkę, bo wiem, że potrafi opowiadać świetne historie, w swoim brudnym, chropowatym stylu. Traktuję to jako wypadek przy pracy i puszczam w niepamięć, czekając na kolejną dobrą powieść autora.

Ocena: 2+/6
©tanayah czyta
Schyłek minionego roku okazał się bardzo mocny dla polskiej prozy. Na ostatni kwartał AD 2017, a zwłaszcza na Targi Książki w Krakowie, wydawcy przygotowali pozycje, na które warto było czekać przez cały rok. Jedną z nich bezapelacyjnie był Exodus Łukasza Orbitowskiego (Wydawnictwo SQN) – blisko 450-stronicowa, proza poświęcona mrokom człowieczej duszy.

Śmiech przychodzi jak atak serca, jak kula, która trafiła Wernera w głowę. Rodzi się w brzuchu i rośnie, zgniatając płuca i serce, rozprasowuje żebra, a z nimi wątpliwości, wspomnienia i poczucie winy, jestem tylko tubą na rechot, bez przeszłości, przyszłości i grosza przy duszy, śmieję się, aż boli, zapalam światła w oknach i sprawiam, że taksówkarze zmieniają pasy. Bardzo dobrze, nigdzie stąd nie pójdę, tylko będę się śmiał, aż ktoś się zatrzyma i pośmieje się ze mną.

Exodus to powieść – spowiedź (odarta z nadziei na rozgrzeszenie) trzydziestoparoletniego mężczyzny, który stracił dziecko. Każdy rozdział rozpoczyna obsesyjnie odtwarzana przez Jana scena, w której srebrna toyota wjeżdża w siedzącego w wiacie przystanku Mikołaja. Wszystko, co dzieje się po przytoczeniu tego wspomnienia, stanowi wyrzut sumienia głównego bohatera. Retrospekcje – Jan wychowywany był jedynie przez nadopiekuńczą matkę, związał się z dziewczyną, której przyjaciółkę pożądał (z czasem wdając się w romans z tą drugą), w połowie studiów dopadło go ojcostwo, zmuszając do porzucenia marzeń i aspiracji, na rzecz walki o byt – zapowiadają nadejście tragicznego momentu. Czasowe następstwa śmierci dwunastoletniego chłopca – wyjazd do Berlina, praca w obozie dla uchodźców w Lublanie, „przeprowadzka” do Grecji i wreszcie powrót do Warszawy – są nieudaną próbą ucieczki, przede wszystkim od siebie. Orbitowski opowiada historię człowieka słabego, pokaleczonego przez życie; człowieka, który doznał największej straty. Nie jest to jednak postać, której się współczuje, a przynajmniej nie do końca. Jan to mężczyzna skupiony na sobie, nie baczący na innych, bawiący się ich uczuciami. Czytelnik może próbować tłumaczyć jego zachowania, ale raczej nie będzie z nim „trzymać” (przynajmniej od pewnego momentu). Ja z nim nie trzymałam, a jednocześnie obchodził mnie jego los. Rzadko otrzymujemy tak prowadzoną narrację – w niej upatruję największy walor tej powieści.

O status głównego bohatera powieści z Janem rywalizować może zło. To ono, występując pod różnymi postaciami, takimi jak zdrada, przemoc, nienawiść, nieuzasadniona zemsta, przejmuje władzę nad postępowaniem Jana. Exodus jest „męską” (tu: surową, dobitną, bez możliwości odwrotu) powieścią drogi, w której eskapista – w odpowiedzi na tragedię, za którą czuje się odpowiedzialny – próbuje coś ze sobą zrobić. Nie liczy na zaspokojenie wyrzutów sumienia, nie liczy na przebaczenie matki i żony, nie liczy na nic. Brak mu jakiegokolwiek celu i sensu. W tle powieści Orbitowski przedstawia więcej zagubionych w życiu postaci, zaznaczając w ten sposób niepokój, chwiejność i chwilowość ludzkiej egzystencji. Jego bohaterom towarzyszy często szał i obłęd, będące efektem tego, że życie ich przerosło. Ludzki los jest okrutny, życie – bezkompromisowe, pozbawione drugiej szansy – oto przygnębiająca prawda płynąca z Exodusa.

Exodus to powieść, którą czyta się w napięciu, choć trudno odpowiedzieć, na co się czeka przerzucając jej kolejne kartki. Przygnębiająca, ponuracka, utwierdzająca w przekonaniu, że człowiek jest raczej zły niż dobry. Pozbawiona naiwności i moralizowania. Do tego świetna językowo i starannie wydana. Czytałam z przyjemnością.

Ocena: 4/6
©do dzieła
Nowa powieść Orbitowskiego, mimo że czekałem na nią bardzo, okazała się wielkim zawodem. Książka, która w zamiarze miała być opowieścią drogi, odchodzi od wszystkiego, co w takiej historii mogłoby być dla czytelnika najciekawsze, na rzecz (pseudo)filozoficznych wynurzeń głównego bohatera – niestety nieinteresującego i zupełnie nam obojętnego. Autor najwyraźniej pogubił się w swojej własnej opowieści, co sprawia, że po odłożeniu książki zostaje jedynie niesmak i poczucie zawodu.

Ocena: 2/6

©Kto czyta, żyje podwójnie
Co takiego musi się wydarzyć w życiu człowieka, by z dnia na dzień porzucić wygodne życie, pracę, dom, żonę?
Co takiego wydarzyło się w życiu Janka, bohatera powieści Exodus Łukasza Orbitowskiego, że wybrał z banku wszystkie oszczędności, telefon i pocięte karty kredytowe spłynęły w toalecie, a on wsiadł do pierwszego pociągu jadącego poza granice Polski?

Gdzie znajduje się Ziemia Obiecana Janka? Tego nie wie nawet on sam, z Berlina, który jest pierwszym przystankiem w jego ucieczce, trafia do obozu dla uchodźców położonego u podnóży Alp, dalej do słoweńskiego półświatka Lublany, ku skąpanej słońcem greckiej wyspie Salaminie.
Przed czym tak ucieka, że pragnie poświęcić całego siebie, pomagając przebywającym w obozie przesiedleńczym uchodźcom? Od ciepłego domu, woli być bezdomnym i przymierać głodem. Exodus w poszukiwaniu swojego miejsca w życiu czy tchórzliwa rejterada przed trudnościami?

Łukasz Orbitowski kawałek po kawałku odkrywa przeszłość Jana, człowieka zmagającego się z samym sobą, nie do końca spełnionego, uległego, który zbyt wcześnie musiał stać się dorosły, za wcześnie został ojcem. Ze szczątków informacji, naszych domysłów wyłania się przyczyna, która pchnęła mężczyznę do ucieczki.

Droga, którą obiera Jan jest trudna, pełna niebezpieczeństw, bezdusznych, do szpiku kości złych, pełnych zawiści ludzi. Ta podróż ma być dla niego karą, krzyżem, który musi nieść na swych barkach. Mężczyzna z jednej strony chce uciec od doznanej traumy, ale pragnie cierpienia, by w ten sposób uzyskać odkupienie. Każdy przystanek na mapie jego podróży pokazuje inne oblicze Jana, coś się w nim zmienia, staje się innym człowiekiem, ale mimo upływu czasu, ciągłych przeprowadzek wciąż nosi w sobie swój ból, pielęgnuje swoje cierpienie, chce się z niego wyzwolić, ale nie chce zapomnieć.

Gawędziarska opowieść Łukasza Orbitowskiego przepełniona jest tęsknotą. Za tym co przeminęło, za tym co bezpowrotnie stracone, młodością, której już nie ma, miłością, która mogła się wydarzyć, utraconą wolnością. Nostalgię czuć również w tych fragmentach powieści, w których autor powraca do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, nawiązuje do literatury, filmu, wydarzeń z życia publicznego, ale i zwyczajnej codzienności, tych lat młodości, o których pamiętamy i do których podskórnie tęsknimy.

Exodus, powieść drogi, która pokazuje, że ucieczki są potrzebne, dają nam niezbędny czas do namysłu, odpoczynek, dystans, ale nie rozwiążą naszych problemów. Ziemia Obiecana nie istnieje. Kiedy nosimy w sobie traumy, żadne miejsce nie zapewni nam spokoju, ani poczucia bezpieczeństwa. To przed czym tak bardzo pragniemy uciec, nie pozwoli o sobie zapomnieć, wpychając nas w jeszcze większy mrok. Musimy zdobyć się na odwagę, by zmierzyć się z naszymi traumami, stanąć z nimi twarzą w twarz. To jedyny sposób aby nasz exodus od życia miał sens.

Ocena: 4/6
©Cuddle up with a good book
Komentarze dotyczące oferty:
Inne proponowane
Warto zerknąć