ebook Grzech
3.48 / 5.00 (liczba ocen: 117) Ilość stron (szacowana): 400

Grzech
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

najlepsza cena! w ostatnich prawie 2 miesiącach
E-book - najniższa cena: 16.20
26.90 złpremium: 16.14 zł Lub 16.14 zł
-39% 16.20 zł
21.52 zł Lub 19.37 zł
26.90 zł Lub 24.21 zł
18.29 zł
20.18 zł
20.44 zł
20.71 zł
22.85 zł
22.87 zł
26.90 zł
Inne proponowane

Brutalny seryjny morderca i zabójcze tempo. Najlepszy kryminał, jaki przeczytacie w tym roku! „Czapki z głów. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli gatunku” – Katarzyna Puzyńska

W Lublinie dochodzi do serii zaginięć. Ktoś porywa kobiety. Rodziny zaginionych otrzymują tajemnicze listy. Do sprawy zostaje przydzielony znany z trudnego charakteru komisarz Eryk Deryło.
Gdy znalezione zostają pierwsze zwłoki, na miasto pada strach. Presja wywierana na lubelską policję rośnie.
Ofiar okrutnego mordercy przybywa. Krąg podejrzanych wzrasta. Strach przeradza się w panikę, gdy na jednym z lubelskich cmentarzy znaleziono makabrycznie zbezczeszczone kobiece szczątki.
Morderca gra z policją w kotka i myszkę, wyprzedzając każde jej działanie.
Do sprawy włącza się Miłosz Tracz, profiler mający za zadanie przygotować portret psychologiczny sprawcy wstrząsających mordów.
Czy okoliczności, w jakich porzucane są ciała, mają znaczenie? A może wyraźne, bluźniercze nawiązania do symboliki religijnej stanowią jedynie próbę zmylenia pościgu?
Jedno jest pewne, zapłatą za grzech jest śmierć.

Grzech od Max Czornyj możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook) lub słuchać w formie audiobooka (mp3).
Naiwne i słodkie wspomnienia. Pieprzona melancholia oparta na projekcji kiczowatych scen miłości.
Z natury przecież wszyscy jesteśmy źli, a tylko staramy się udawać świętych.
Czas szybciej zaciera wyrzuty sumienia, niż goi rany po utracie najbliższych.
Niemal codziennie, ze środków masowego przekazu, płyną do nas informacje o zaginionych osobach, które przepadają bez wieści. Zazwyczaj dzień ich zaginięcia nie wyróżnia się niczym specjalnym – wyszli do pracy, sklepu, na spacer. Ślad się urywa, nie nawiązują kontaktu z rodziną, przyjaciółmi. Wiele takich przypadków kończy się happy endem – ludzie odnajdują się cali i zdrowi, a swoje zniknięcie tłumaczą problemami życiowymi, nieumiejętnością poradzenia sobie z codziennością, czy ciężką chorobą. Niestety nie każdy ma tyle szczęścia – niektórzy padają ofiarą przestępstwa czy nieszczęśliwego wypadku, którego finał zazwyczaj jest dramatyczny.

W Lublinie dochodzi do serii tajemniczych zaginięć. Wszystko wskazuje na to, że ktoś porywa młode kobiety. Do rodzin zaginionych zostają wysłane enigmatyczne listy, podpisane czterema iksami. Gdy zostają odnalezione okrutnie okaleczone zwłoki jednej z kobiet, nad miastem zbierają się czarne chmury, a widmo przerażenia majaczy na horyzoncie. Sprawą zajmuje się komisarz Eryk Deryło, który wraz ze swoim zespołem podąża śladem psychopaty. Czy splot miejsc i okoliczności, w jakich zostają znalezione ciała, mają znaczenie? Czy bluźniercze okaleczenie, ściśle nawiązujące do symboliki religijnej, może być kluczem do pojmania sprawcy? Tropy i pytania wciąż się mnożą, krąg podejrzanych stale rośnie. Rozpoczyna się wyścig z czasem.

Czas szybciej zaciera wyrzuty sumienia, niż goi rany po utracie najbliższych.

Zaginięcie ukochanej osoby zawsze jest druzgocącym wydarzeniem. Z podobnym dramatem mierzy się Robert Wolski, dla którego pozornie niewinny wieczór zamienia się w koszmar. Oto bowiem jego żona, od blisko doby, nie wraca do domu. Czy niewyjaśnione okoliczności zaginięć, tajemnicze listy, sadystyczny morderca i impulsywny komisarz są przepisem na książkę idealną?

Debiutancka powieść Maxa Czornyja skonstruowana jest wedle charakterystycznego dla kryminałów schematu – akcja przebiega dość wartko, czytelnik obserwuje prowadzone śledztwo, w którym ciągle pojawiają się nowe wskazówki. Choć pogoń za mordercą frapuje, tak fabuła nie jest nader skomplikowana, momentami wręcz przewidywalna.

Autor dopuszcza do głosu ofiary bestialskich czynów wywołując przy tym nie małe emocje. Max Czornyj potrafi wodzić czytelnika za nos, trzymać go w dobrze wyważonym napięciu. Zainteresowanie lekturą potęgują zajmujące opisy, które przemycają lęk, strach, niepokój, bezsilność, ale i wyrzuty sumienia czy agresję, ta z kolei staje się niemal namacalna. Starannie rozplanowane rozdziały, zwieńczone znakiem zapytania, rzucają cień niepewności na przyszłe wydarzenia, które czytelnik chce jak najszybciej poznać. Niezaprzeczalnym atutem staje się styl autora – lekki, przejrzysty, nad wyraz sugestywny, nie pozbawiony poczucia humoru, choć ten może drażnić, bowiem autor dywaguje na temat kościoła oraz sytuacji politycznej naszego kraju, rzucając przy tym ironiczne komentarze.

Intryga jaką proponuje Max Czornyj została klarownie zarysowana, aczkolwiek nie jest wolna od wad. Zabrakło mi dobrze skrojonej motywacji sprawcy, która nie jest zupełnie wyjaśniona. Nie zachwyca również kreacja bohaterów. Choć są wyraźnymi osobowościami, tak niektóre ich zachowania wywołują konsternację – dopuszczają się czynów nieprzemyślanych, mało prawdopodobnych, zakrawających na sztuczność; rola pozostałych zaś nie jest do końca zrozumiała, odbiorca może odnieść wrażenie, że są postaciami zbędnymi. Ucierpiało także zakończenie, które wydaje się chaotyczne.

Grzech jawi się jako przyzwoicie skrojony kryminał z domieszką thrillera. Intryga ciekawi, sugestywne opisy nierzadko wywołują gęsią skórkę, a narzucone tempo nie nudzi. Choć w powieści nie ma nic odkrywczego, nic, czego wcześniej by nie wymyślono, i choć debiut nie jest pozbawiony wad, uważam go za dobrą lekturę.

Ocena: 4/6
©Bookmoment
Lublin. Porwane kobiety. Zbezczeszczone, mocno okaleczone zwłoki. Psychopata. Wybuchowy komisarz (Eryk Deryło). Całe to danie polane sosem swobodnego poczucia humoru oraz wartkiej akcji. I, niestety, tylko ten sos jest zjadliwy, bo owe danie serwowano już tryliardy razy, w tej samej konfiguracji, tych samych proporcjach i na tym samym talerzu.

Max Czornyj niewątpliwie pochwalić się może lekkością pióra, ale ten atut nie może zamydlić oczu i ukryć mało ciekawej intrygi, która nieudolnie podratowana została zbędną makabrą, przerysowanym sadyzmem. Morderstwa nie szokują, bo epatowanie brutalnością wręcz irytuje, a nie przeraża.

Pomieszanie z poplątaniem. Satanizm, religia, pentagramy, egzorcyzmy, węże. Niestety, dla mnie te elementy nie składają się w spójną, ani tym bardziej ciekawą całość.

Ocena: 2/6
©Tylko skończę rozdział
Czy to grzech, że nie zostałam prawniczką? W liceum z godną podziwu zaciętością odbębniałam sześć godzin tygodniowo historii, ucząc się, na którym palcu królowa Bona nosiła pierścionek i tym podobnych bzdur. Historyczkę (nie mylić z histeryczką) miałam cudowną, nie powiem. Sprzedawała wiedzę tak, jak sprzedaje się rydze przy autostradzie w kierunku Warszawy – szybko i efektywnie. Profil historyczno-prawny, który wybrałam dla siebie w ówczesnym tak zwanym „Zawadzkim”, miał otworzyć przede mną wrota każdego sądu i nauczyć mnie zmiękczać zatwardziałych przeciwników. Ku mojej radości zostałam magistrem socjologii. Też dobrze. Bo co oni wyprawiają na tych prawniczych kierunkach ja się pytam?! Co oni robią z tymi studentami? Naprawdę nie wiem. Szukam odpowiedzi od jakiegoś czasu. Mróz, Koziarski, Czornyj – ukończyli to sławetne „prawo”, po czym zasiedli do pisania książek i, że tak kolokwialnie powiem, rozwalili system. Mróz jak Mróz – każdy wie, Koziarski po swoim Ciemnokręgu zostawił mnie w kompletnej rozsypce, a Czornyj? Czornyj pozamiatał, grzesząc przy tym okrutnie.

Wielu recenzentów lubi debiuty. Ja też lubię, ale staram się być rozsądna. Tak wiele dobrych i nieprzeczytanych jeszcze lektur zalega na moim regale, że do debiutów podchodzę z dystansem. Nie ukrywam, że takie właśnie odczucia towarzyszyły mi względem książki Maxa Czornyja. Słyszałam o niej, czytałam o niej, ale postanowiłam odpuścić. Gdyby nie całkowity przypadek, pewnie nawet bym po nią nie sięgnęła. Ale stało się i muszę przyznać: powinnam zmienić zasady dawania kredytu zaufania, bo ominięcie Grzechu byłoby… grzechem.

Jesteśmy w Lublinie. Miejscowa policja próbuje złapać sadystycznego mordercę, którego metody pozbawiania życia ofiar budzą prawdziwą grozę. To nie „jakiś tam morderca”. To barbarzyńca, dewiant, a jednocześnie inteligentny przeciwnik, którego nie można zlekceważyć. Na czele grupy policjantów, usiłujących rozszyfrować tajemnicze iksy (stanowiące podpis mordercy), stoi komisarz Eryk Deryło. Z jednej strony znudzony życiem kąśliwy choleryk, z drugiej – kochający mąż, który przy swojej żonie nabiera ogłady i stanowi oazę spokoju. Właściwie rzadkie momenty, w których pisarz przenosi nas do domu państwa Deryło, są jedynymi spokojnymi chwilami w tej książce. Pozostała część pędzi, nie pozwalając czytelnikowi odetchnąć. Kawa? Zapomnijcie. Chyba, że już naprawdę organizm odmawia posłuszeństwa, a brutal z Lublina znów daje o sobie znać – wtedy może uda wam się choć na chwilę przerwać lekturę.

Bardzo chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, która niewątpliwie wpłynęła na mój pozytywny odbiór Grzechu, a mianowicie bardzo dobre posługiwanie się słowem. Nie wiem dlaczego, nastawiłam się bardziej niechlujne podejście do tego tematu. W głowie wykreowałam sobie Czornyja, jako kolejnego młodego faceta, który chce – na modłę Mroza – stać się bożyszczem czytelników, niezależnie od jakości treści. Wystarczy naszpikować książkę różnymi historiami, wrzucić do jednego wora niebywałe okrucieństwo, instytucję kościelną, profilera i co tam jeszcze pod światem, a reszta „jakoś pójdzie”. Na szczęście Czornyj uniknął historii rodem z Dana Browna. Dał za to popis w postaci świetnie skonstruowanej historii i genialnego suspensu.

Dobre to. Naprawdę dobre. Dla ludzi o mocnych nerwach, którzy poszukują w kryminale (czy thrillerze) czegoś więcej niż tylko pościgu za sprawcą. Z niecierpliwością oczekuję dalszego ciągu przygód komisarza Deryło.
Ocena: 6/6
©Spadło mi z regała
Max Czornyj maksymalnie napina ścięgna wytrzymałości ludzkiej wyobraźni. Debiutancki Grzech, autora przekracza wszelkie granice wrażliwości stawiając ją przed wielką próbą odporności na ogrom okrucieństw, które przeżywają ofiary psychopatycznego mordercy. Książkę czyta się z zapartym tchem – a każda akcja i każde następne morderstwo przeraża okrucieństwem zaciskając na gardle klamrę strachu.

Max Czornyj jest kryminalnym odkryciem tego roku, a jego debiutancka książka jest mistrzowsko stworzoną fabułą psychopatycznego mordercy. Autor misternie opisuje okrucieństwa, jak choćby zaszycie ust ofiary poddawanej torturom, której równocześnie podawane są substancje zwiększające ilość tlenu, tak by mogła ona być przytomna i jak najdłużej odczuwać ogrom zadawanego bólu. Samo czytanie przyprawia nas o gęsią skórkę, powoduje, że przeszywa nas dreszcz rożnych emocji, poprzez ból, niesmak wobec „wymyślności” tortur oraz świadomość jak długo człowiek jest w stanie wytrzymać takie cierpienie. Grzech, przekracza pewne granice tabu, dotyka bariery wrażliwości. Jedni mogą odczuć odrazę, oburzyć się, pomyśleć „jak tak można?” Inni z kolei powiedzą, przecież to tylko fikcja literacka, wymysł autora, dzięki któremu czytając książkę możemy w opisach zbrodni przejrzeć się niczym w lustrach, które są jak zwierciadła duszy. Nawet najszlachetniejsze z nich zawierają skazę. Pytanie – czy mamy odwagę się w nich przejrzeć?, bowiem może się okazać, że świat zbudowany jest całkowicie na odwrót, niż tego chcemy.

Akcja powieści rozgrywa się w Lublinie, a czoła bezwzględnemu mordercy stara się stawić Brudny Harry – kontrowersyjny komisarz Eryk Deryło. Max Czornyj wprowadził również postać profilera – Miłosza Tracza. Początkowo komisarz sceptycznie patrzy na taką współpracę, oceniając profilowanie jak wróżenie z fusów, odbiera po trosze jak przytyk, że jego dotychczasowe metody pracy policyjnej są niedostateczne. Jednak, jak to w prawdziwej pracy policyjnej połączenie doświadczenia kryminalnego z wiedzą z zakresu psychologii profilowania może przybliżyć do poznania prawdy i zapobiegnięcia kolejnemu rozlewowi krwi. Czy tak samo będzie i w tym przypadku? Tego nie mogę zdradzić. To byłby grzech!!!

Akcja książki przebiega w zawrotnym tempie. Jeszcze nie ochłonęliśmy po szoku poznając sadyzm oprawcy, kiedy znów odkrywamy kolejne zbrodnie i poznajemy następne bestialskie morderstwa dokonane przez psychopatycznego opętanego religijną fobią zwyrodnialca. Książka trzyma w napięciu, bulwersuje, budzi w nas lęki, porywa i przyciąga, kusi, wyzwala wiele emocji – emocji kontrowersyjnych, emocji niechcianych, ale ważnych, gdyż uświadamia nam, że życie to nie tylko białe, ale również czarne – a tylko od nas zależy jakimi barwami będziemy „kolorować”, swoje życie. Tylko my podejmiemy decyzje jak będziemy postępować, czy będziemy żyć zgodnie z własnym sumieniem, i zasadami moralnymi. Dla tych, dla których Grzech, to za mało – powstaje Ofiara, której debiut już na początku przyszłego roku.

Ocena: 6/6
©Czyt-NIK
Wiara. Religia… Jakim byś nie był człowiekiem – wierzącym lub nie – i tak masz na co dzień do czynienia właśnie z nią. Jest to również często wykorzystywany motyw przy pisaniu wszelakich powieści, w dużej mierze kryminalnych. Można by rzec, iż powoli zaczyna się robić z tego monotonia, ale czy na pewno? Czy książka Maxa Czornyja pod tytułem Grzech odbiega od schematów na tyle, by zatrzymać przy sobie czytelnika na dłużej?

Jakie są moje odczucia względem Grzechu Maxa Czornyja? Przede wszystkim mieszane. Powieść opowiada o serii zaginięć, które mają miejsce w Lublinie. Na terenie miasta dochodzi do porwań kobiet, a rodziny zaginionych otrzymują tajemnicze listy. Dochodzeniem zajmuje się wybuchowy komisarz Eryk Deryło, a do sprawy dołącza Miłosz Tracz – profiler mający przygotować portret psychologiczny sprawcy. Presja rośnie, gdy tylko zostają odnalezione pierwsze zwłoki. Zastanawiali się nad tym, jak podejść bliżej, jak zmusić go do błędu. A on? A on pewnie właśnie myślał, jak zabić. Po wielu zachętach oraz licznych pozytywnych opiniach dotyczących Grzechu stwierdziłam, że koniecznie muszę tę pozycję przeczytać. Nie powiem, książkę czyta się bardzo szybko, lecz pomimo tego oraz faktu, że rozdziały w powieści są krótkie, przez co mogłoby się wydawać, iż akcja będzie dynamiczna – trochę się przy niej wynudziłam. W tej historii mamy do czynienia z narracją trzecioosobową, co wielu osobom na pewno przypadnie do gustu. Autor ma lekki styl pisania, przez co Grzech można spokojnie przeczytać w dwa wieczory. Mimo wszystko, z początku ciężko mi było wkręcić się w fabułę, lecz w miarę poznawania nowych aspektów, nowych wątków oraz poszlak – było według mnie lepiej. Czymś, co dla wielu czytelników może być decydującą wskazówką ,by sięgnąć po tę pozycję lub nie, będzie na pewno fakt, iż lektura ta oferuje nam opisy rodem z najlepszych powieści Chrisa Cartera – brutalne, ujęte dosadnie oraz zaskakujące: Czegoś takiego nie widział nawet na filmach. Co jednak sprawiło, iż nie czułam zbyt dużej satysfakcji, czytając Grzech? Przede wszystkim fakt, iż dosyć łatwo pogubić się w fabule. Według mnie książka skupia się na zbyt wielu wątkach jednocześnie, jak i zwraca z początku uwagę na rzeczy, które w późniejszym stadium historii, nie mają większego znaczenia. Nie ukrywam, że od samego początku nie mogłam rozeznać się w bohaterach, z których najlepiej wspominam Eryka Deryło. Jest to prosta, lecz dobrze skonstruowana postać, zwłaszcza pod względem psychologicznym. Mamy tutaj do czynienia z bohaterem racjonalnie myślącym, jak i twardo stąpającym po ziemi. Jest to zarazem persona, która najbardziej się wyróżnia w tej powieści. Moim zdaniem, w książce jest ciekawie zarysowany wątek religijny, choć rozwija się on lepiej dopiero w drugiej części historii. Co musi strzelić do łba zgrabnej, pociągającej dziewczynie, żeby odciąć się od uciech życia? To nie mogła być kwestia wyboru. W zdecydowanej większości winne musiało być wychowanie i umyślne, psychologiczne dewocenie od chwili urodzenia. Religijny gwałt regularnie dokonywany na kształtującym się umyśle. Myślę, że całość z pewnością zaintryguje niejednego czytelnika, choć sama spodziewałam się tutaj czegoś więcej. Grzech Maxa Czornyja z pewnością nie zagości u mnie na półce z ulubionymi książkami, jednak nie zamierzam odstawić twórczości autora w przyszłości, ponieważ wierzę, że jeszcze mnie zaskoczy.

Ocena: 3/6
©Marionetka Literacka
Zawód prawnika to twór osobliwy, nierzadko kojarzący się z prestiżem, dużymi zarobkami i głośnymi procesami sądowymi, ale ostatnie wydarzenia pokazują, że ludzie prawa coraz śmielej wychodzą poza branżowe kuluary, aby wykorzystać otwarty zasób słów do podbicia rynku wydawniczego. Tak uczynił kilka lat temu Remigiusz Mróz, tak zrobiła niedawna debiutantka Paulina Świst, podobnie też czyni kolejny prawnik, Max Czornyj, śmiało wychylając się ze swoim pierwszym literackim dzieckiem. Czy debiutancki Grzech zasługuje na słowa uznania?

Pozornie spokojny Lublin otoczony zostaje mroczną zagadką. Nieznany sprawca porywa kolejne kobiety, a ich bliskim zostawia tajemnicze listy. Śledztwo prowadzi nieco porywczy komisarz, Eryk Deryło, chcący za wszelką cenę dopaść niebezpiecznego psychopatę. Do sprawy włącza się także miejscowy profiler, Miłosz Tracz, który próbuje wykorzystać własną wiedzę do stworzenia dokładnego portretu sprawcy. Gdy na jednym z cmentarzy znalezione zostaje brutalnie potraktowane ciało pierwszej kobiety, mieszkańców miasta spowija autentyczny strach. Wszystko wskazuje bowiem na to, że morderca działa z premedytacją, a jego plan ewidentnie przewiduje więcej ofiar.

Porównania do prozy innych pisarzy nie zawsze spotykają się z aprobatą, ale tym razem trudno nie zauważyć analogii między Grzechem Maxa Czornyja a drastyczną i jednocześnie mocno przekonującą twórczością Chrisa Cartera. To podobieństwo wyczuwa się już w pierwszej scenie, gdy zmartwiony krytyczną sytuacją porwanej bohaterki odbiorca, dosłownie czuje na własnym ciele drakońskie katusze, jakie gwarantuje jej parszywy sprawca. Debiutujący autor nieprzerwanie przedrzeźnia wyobraźnię czytelnika, podsuwając mu wyjątkowo plastyczne, a przy tym także realistyczne opisy sadystycznych działań porywacza. Odpowiednio prowadzone sekwencje zdarzeń sprawiają, że odbiorca chce szybko chłonąć kolejne sceny, a krótkie rozdziały, często zakończone budzącym grozę elementem niepewności, rodzą zarówno poczucie strachu, jak i mimowolną chęć poznania zakończenia. Podobnie bezwzględne podejście, pełne przerażających opisów, stale rosnącego napięcia i ubrane w tożsamy schemat fabularny, gwarantuje odbiorcy wspomniany przed chwilą Chris Carter w serii znakomitych thrillerów z detektywem Robertem Hunterem. Tym dość długim porównaniem nie mam zamiaru czynić jakichkolwiek zarzutów, a jedynie pochwalić mrożący krew w żyłach szlak, jaki obrał na swej literackiej drodze debiutujący polski autor. Max Czornyj zdradził mi bowiem w krótkiej targowej rozmowie, że twórczość amerykańskiego pisarza jest mu obecnie obca, a zatem Grzech jest w całości wytworem jego bujnej wyobraźni.

Zagadkowy psychopata poddaje porwane kobiety niewyobrażalnym torturom, sumiennie budując w nich przekonanie, że to właśnie on jest panem ich patowej sytuacji. Autor wprowadza postać sprawcy wyjątkowo oszczędnie, z jednej strony prezentując jego brutalne działania, z drugiej natomiast – nie przedstawiając głębiej motywów jego chorych działań. Czytelnik ma oczywiście świadomość, że sygnalizowany w tytule powieści motyw religijny nie jest przypadkowy, pojawia się on również w trakcie śledztwa, ale zachłanny odbiorca ma niezmożoną chęć dokonania przeglądu tak dewiacyjnych myśli. Max Czornyj nie pozostaje tym prośbom obojętny i tworzy postać profilera – Miłosza Tracza. Psycholog zauważalnie lubi teoretyzować, często posługuje się doświadczeniem innych lub wiedzą książkową, ale zdarza mu się także stosować mniej konwencjonalne środki. Chociaż mężczyzna zdaje się być nieoceniony w trudnym dochodzeniu, to sam profil psychologiczny sprawcy przedstawiony jest przez niego nieco zbyt chaotycznie.

Podobna uwaga nasuwa się w stosunku do procesu śledczego, który z założenia powinien kipieć dociekliwością prowadzącego. Eryk Deryło ma odpowiednie kompetencje i pozornie angażuje się w sprawę, ale czytelnik wciąż odnosi wrażenie, że szala śledztwa zbyt mocno przechyla się w stronę zaginionej Marty Wolskiej. Od początku wiadomo, że porwanych jest więcej kobiet, a jednak dochodzenie toczy się przede wszystkim wokół zgłoszenia Roberta Wolskiego. Jeżeli nawet autor miał w zamiarze śledzić działania z punktu widzenia tej postaci, powinien poświęcić uwagę dodatkowo tym kobietom, których zaginięcie zostało zgłoszone wcześniej. Fabularnie wybrakowane śledztwo mimowolnie uderza w opinię o samym komisarzu, który będzie musiał się w przyszłych tomach postarać, aby zostać docenionym także przez wytrwanych miłośników gatunku.

"Grzech ma tylko początek, nigdy końca.” Gorzkie i jednocześnie alarmujące słowa Homera idealnie komponują się z proroczym finałem, jaki zaproponował w swoim debiucie Max Czornyj. Początkujący autor szumnie wchodzi na literacką scenę i swoją fabularną odwagą potwierdza, że nie boi się walczyć o własną przestrzeń literacką. Chociaż proces śledczy potraktowany jest w Grzechu zbyt wyrywkowo, to odpowiednio rozproszone emocje, realnie odczuwalny strach, a także obiecujący schemat powieści, pozwalają wierzyć, że Max Czornyj będzie niedługo stałym bywalcem na listach bestsellerów.

Ocena: 4+/6
©Mozaika Literacka
Polski Chris Carter, mówili. Jest strasznie, mówili. Wbija w fotel, mówili. Świetny debiut, mówili. I z tym wszystkim się zgodzę, ale … nie w stu procentach.

Zima, niespełna kilka dni do Bożego Narodzenia. W Lublinie giną kobiety. Ich ciała zostały brutalnie pokiereszowane. Sprawę zabójstw dostaje na biurko komisarz Eryk Deryło i razem z podległymi mu funkcjonariuszami starają się rozwikłać kryminalną zagadkę. Tropy nie są jasne, plączą się. Tak naprawdę nic nie jest oczywiste. I zamiast być coraz lepiej, jest coraz gorzej. Jedno jest pewne, zapłatą za grzech jest śmierć.

Debiut Maxa Czornyja jest naprawdę udany. Dla lubiących mocne, mroczne thrillery, to gratka. Jeśli jest w wykonaniu „naszego człowieka” (czytaj: polskiego pisarza), to tym bardziej przyciąga i zachęca do przeczytania – przynajmniej mnie, bo uwielbiam odkrywać, doceniać i chwalić naszych rodzimych pisarzy. A porównanie do Cartera jest faktycznie celne. Do tego duetu dorzuciłabym jeszcze diaboliczne historie Maxime Chattama i powstaje trio z piekła rodem.

Było bardzo mocno. Miejsca morderstw ociekały krwią, strachem i bezwzględnością. Niemal na każdym kroku oczami wyobraźni widziałam tabliczkę „wchodzisz na własną odpowiedzialność.” I wchodziłam. I dawałam się wciągać w coraz to bardziej pokrętne i szalone działania chorego umysłu.
Było elektryzująco. Książka wciągała jak bagno, bo została bardzo sprawnie napisana i chciało się szybko, „na już” poznać rozwiązanie zagadki.

Myślę, że autor mógł lepiej przedstawić tło, czyli miasto, okolice, gdzie grasował morderca. Bo choć wiemy, że miejscem akcji był Lublin, to nie poczułam, że chodzę jego ulicami i zaglądam w jego zakamarki. Akcja mogłaby być osadzona w każdym jednym mieście na świecie. Może lublinianie poczuli klimat miasta?

Był klimat grozy, była akcja, było napięcie i zagadka. Czegoś mi zabrakło w tych obszarach „około zbrodniczych”, były zbyt płytkie, ot takie do ud, a ja chciałabym po szyję. Myślę jednak, że z takiego debiutu, tak odbieranego, każdy pisarz byłby bardzo zadowolony. Zakończenie sprawia, że czekamy na dalszy ciąg i na pewno z chęcią po niego sięgnę, nawet po to, żeby się przekonać, czy autor nadal potrafi mnie zaciekawić i pokazać coś więcej. Liczę na jeszcze lepszą kontynuację!

Ocena: 5/6
©Na czytniku
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć