ebook We wspólnym rytmie
3.88 / 5.00 (liczba ocen: 42)

We wspólnym rytmie
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

najlepsza cena! w tym miesiącu
E-book - najniższa cena: 19.99
wciąż za drogo?
-37% 19.99 zł
Inne proponowane

Dobry jeździec wie, że ma tylko jedną szansę, aby zaskarbić sobie szacunek konia. Wie też, że przez jeden wybuch gniewu może na zawsze stracić jego zaufanie. Konia można bowiem skrzywdzić tylko raz. Potem latami odbudowuje się zerwaną relację. Z ludźmi bywa podobnie… 

Świat Natashy rozsypał się wraz z odejściem męża. Gniew i zraniona duma popchnęły ją do zrobienia rzeczy, których potem żałowała. Gdy człowiek traci kogoś bliskiego, nie zawsze zachowuje się rozsądnie. Natasha zamknęła się w swojej samotności, postawiła na niezależność i karierę. Kiedy decyduje się pomóc spotkanej w podejrzanych okolicznościach Sarze, nie przypuszcza, że ta „dziewczynka znikąd” odkryje przed nią życie na nowo.

Co się stanie, gdy Natasha zaryzykuje wszystko dla dziewczynki, której nawet nie zna i nie rozumie? Czego można się nauczyć od osoby, która kocha bardziej konie niż ludzi? 

We wspólnym rytmie to opowieść o kobiecie, która nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby znów być kochana, i o dziewczynie, która jest gotowa kłamać i kraść dla kogoś, kogo kocha.

Miłość istnieje w tym, co się robi, w małych i dużych gestach. To, że się o niej nie mówi, nie oznacza, że jej nie ma. 

 

We wspólnym rytmie od Jojo Moyes możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Świat wydaje się pełen par, gdy człowiek jest sam.
Są tacy autorzy, którzy jedną czy dwiema książkami trafiają na szczyty list najpoczytniejszych pisarzy. Czy to kwestia umiejętności czy reklamy ... różnie bywa. Przyznaję bez bicia, że sama czasami sięgam po lekturę tylko dlatego, że autor/autorka zachwycił większość czytelniczego świata, a Instagram wypełniony jest zdjęciami okładki owego hitu. Siłą rzeczy nasuwa się przekonanie, że może rzeczywiście warto znaleźć czas na poznanie takiej historii.

Od dawna w rozmowach ze znajomymi przewijał się temat twórczości Jojo Moyes. Najpierw omawiano Zanim się pojawiłeś, potem kolejne nowości. Pewnego dnia uznałam, że to świetny prezent na Dzień Matki i zaopatrzyłam swoją rodzicielkę w Kiedy odszedłeś. Ochom i achom nie było końca. Nie pozostało nic innego, jak zachwyconej mamie sprawić cały komplet. Na fali popularności, jak to zwykle bywa, książek Moyes było na rynku wydawniczym coraz więcej. Nie zdążyłam się zorientować kiedy na moim regale pojawiła się najnowsza pozycja We wspólnym rytmie.

Natasha jest prawniczką. Zawodowo zajmuje się głównie sprawami małoletnich. O swojej rodzinie nie ma co mówić, bo właśnie jest w trakcie rozwodu, a dzieci – wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi – mieć nie może. Jej mąż Mac to typowy „loverboy”, który jako fotograf obraca się w celebryckim światku całkowicie odległym żonie. Kiedy odkrywają, że każde z nich szuka namiętności poza wspólną sypialnią, decydują się na rozstanie.

Ile można pisać i czytać o tym samym? Dwoje ludzi, z zupełnie dwóch różnych krańców tęczy… to się musiało tak skończyć. Historia jakich wiele.

Jojo Moyes pokazała jednak, że nie zawsze wszystko musi być takie proste. Czasami wystarczy wyjść do pobliskiego sklepu, żeby spotkać kogoś, kto całkowicie odmieni nasze życie. I nie musi to być wysoki przystojny brunet czy też długonoga opalona blondyna. To może być zagubiona nastolatka z bagażem własnych problemów, znacznie cięższych niż brak porozumienia między małżonkami. Dorośli biorą za siebie odpowiedzialność, mają swoje mózgi, które działają (a przynajmniej powinny) w odpowiedzialny sposób. Czternastolatka ma prawo nie radzić sobie z pewnymi sprawami. Tymczasem Sarah, bo o niej mowa, wydaje się dojrzalsza niż pani prawnik czy pan fotograf.

Spotkanie Natashy z nastolatką owocuje lawiną zdarzeń, których nasza „akuratna” prawniczka nie przewidziała. Nie odnotowała w kajeciku, nie zgłosiła swojej sekretarce, nie wpisała w kalendarz. Mac, który miał ostatecznie zniknąć z jej życia, musi w nim pozostać przez jakiś czas. W dodatku okazuje się, że pomoc, której na co dzień Natasha udziela w sądzie, ma się nijak do pomocy, której tak naprawdę potrzebuje Sarah.
Dla mnie We wspólnym rytmie to książka przede wszystkim o zrozumieniu. Moyes pokazuje do czego prowadzi jego brak. I nieważne, czy mamy trzydzieści czy czternaście lat. Jeśli nie rozumiemy innych, nie sposób będzie się do nich zbliżyć. Wszystko jest w porządku, jeśli ci „inni” są nam prawie obcy albo nie stanowią znaczącej części naszego życia. Gorzej, jeśli mieszkamy pod jednym dachem.

Pomimo zachwytów nad twórczością Moyes i faktu, że książkę pochłonęłam w tempie ekspresowym, wcale nie nazwałabym jej zachwycającą. Nie określiłabym jej nawet jako szczególnie interesującą. Zdecydowanie była dla mnie przegadana. Od akcji do akcji mijało zbyt wiele stron, na których nie działo się absolutnie nic. Dopiero ostatnich pięćdziesiąt rzeczywiście okazało się interesujące i nawet wywołało łezkę w moim oku, choć nie jestem fanką szczęśliwych zakończeń. Osobiście uważam, że trzeba mieć naprawdę świetny pomysł, żeby koniec jakiejkolwiek historii nie był sztampowy i przewidywalny od pierwszych stron. Kiedyś usłyszałam, że książki Moyes są pisane „ku pokrzepieniu serc”, więc nie mogłam się spodziewać, że mnie w tej kwestii zaskoczy. Jednak brakowało mi chwili zadumy na koniec. Chciałabym wreszcie w literaturze kobiecej (bo do takiej można chyba zaliczyć Moyes) jakiegoś niekonwencjonalnego zakończenia. Chciałabym, żeby wreszcie ktoś mnie zaciekawił pomysłem, doprowadził do rozstroju nerwowego, potrzepał moim nihilistycznym podejściem do tego typu książek, pokazał, że nie stworzył jedynie czytadełka. Czekam. Czekam niecierpliwie.

Ocena: 4+/6
©Spadło mi z regała
Jakiś czas temu miała miejsce premiera nowej książki Jojo Moyes. Pisząc nowej mam na myśli sytuację u nas na rynku, bo powieść Moyes napisała w 2009 roku. I o ile zazwyczaj raczej nie zwracam uwagi na kolejność wydawania, tutaj ma to dla mnie znaczenie. Chodzi mi o to, że kontynuacja Zanim się pojawiłeś, czyli Kiedy odszedłeś dla mnie osobiście była koszmarkiem. Tak jakby autorka straciła swoje mojo w momencie, kiedy napisała książkę na życzenie czytelników, sama nie będąc do niej przekonana. Widziałam informacje, że powstaje kontynuacja kontynuacji i powiem szczerze, że trochę się jej boję. Ale też jestem bardzo jej ciekawa – bardzo chciałabym przeczytać rzeczywiście najnowszą książkę, którą napisała i zobaczyć, jak wypada na tle tych starszych.

Bo starsze książki podobają mi się bardzo, o czym zresztą już Wam pisałam przy okazji tekstu o Dziewczynie, którą kochałeś. Jako comfort reading te książki są idealne. To klasyczne romanse, książki przewidywalne do tego stopnia, że jeśli ktoś przechodził fazę na romanse i przeczytał ich trochę w swoim życiu (jak ja), może napisać streszczenie takiej książki tylko na podstawie opisu z okładki - i pewnie niewiele się pomyli. Ale wbrew temu, co moglibyście teraz pomyśleć to nie są zarzuty. Bo ja naprawdę lubię takie książki – lekkie, idealne na 40-stopniowy dzień, ze szczęśliwym zakończeniem, pozwalające oderwać się na chwilę od własnej rzeczywistości. Pozytywne i niewymagające, na smutki, na poprawę humoru, na miłe popołudnie. Pewnie umarłabym, gdybym miała czytać tylko takie książki, ale raz na jakiś czas robię to z przyjemnością. Zwłaszcza Jojo Moyes. Jej styl pisania bardzo mi odpowiada – te książki czytają się same, nie ma zbędnych dramatów, silenia się na coś więcej, udawania ambitniejszej literatury. To książki stworzone do dawania przyjemności – taki jest cel autorki i realizuje go bardzo konsekwentnie.

A We wspólnym rytmie pozwoliło mi zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie po Kiedy odszedłeś. Przede wszystkim lubię powieści dobrze umotywowane, jeśli książka powstaje z jakiegoś powodu. Jojo Moyes podaje tam ten powód na samym końcu, ale dla mnie to klucz do tej powieści. Inaczej wtedy na nią spojrzycie. Lubię też, kiedy autorzy lekkich z pozoru gatunków, przemycają w nich sprawy trudniejsze, cięższe i wykorzystują do poruszania społecznych tematów. I robię to w sposób elegancki, wręcz niezauważalny.

We wspólnym rytmie to typowy romans. Jest ona i jest on. I jest coś, co ich połączy. Dochodzą tutaj jeszcze różne wariacje całego procesu i wydarzeń pobocznych, których z oczywistych względów nie będę Wam zdradzać. Ale mimo że typowa, to książka ma w sobie wartość dodaną – choćby wiedza o Le Cadre Noir czy samych koniach. Moyes nie polega na jedynie na schematach, choć je wykorzystuje. Ale wokół nich buduje swój świat i wypełnia go ciekawymi postaciami, z którymi łatwo się identyfikować, które można polubić i im kibicować. Wzrusza, ale bez zbytniego sentymentalnego rozmamłania. Pokazuje, że w życiu różnie się dzieje, ale ostatecznie jakoś się układa. A ja lubię szczęśliwe zakończenia – jestem tym typem czytelnika i widza, który wychodzi z założenia, że wystarczająco dużo ma w życiu nieszczęśliwych zakończeń, żeby jeszcze w kinie musiał oglądać (czy czytać w książkach). Poznawanie świata rekompensuję sobie reportażami, ale kiedy czytam taką obyczajówkę, niczego więcej nie pragnę ponad szczęśliwe zakończenie.

Wiem, że nie wszystkim Jojo Moyes przypadła do gustu. Ja z kolei np. z niedowierzaniem czytałam pozytywne recenzje książki Dwie sekundy przed cudem. Z tego powodu chyba nigdy nie wezmę udziału w dyskusji na temat tego, co powinno się czytać (osoby stojące radykalnie za ambitną literaturą spaliłyby mnie na stosie za ilość przeczytanych w młodości Harlequinów). Ja, Jojo Moyes bardzo lubię, ale mam wrażenie, że tę jej wersję sprzed filmu Kiedy się pojawiłeś i przed modą na tę autorkę. Czekam na zupełnie nową powieść, by się w tym upewnić (lub zmienić zdanie). Jeśli będziecie mieć okazję przeczytać We wspólnym rytmie, to zróbcie to. To przyjemna lektura, dobrze napisana książka, ciekawa historia. Moyes ma w niej do przekazania coś więcej niż jedynie wątek miłosny.

Ocena 4+/6
©Bardziej Lubię Książki Niż Ludzi
Jojo Moyes ma ogromnie lekkie pióro. Jej styl pisania ma w sobie coś takiego, że każda jej książka mnie do siebie przekonuje. Historie przez nią opowiadane wydają się, jakby toczyły się obok nas. Fabułą często porusza trudne tematy, ale sposób w jaki opowiada od pierwszych stron interesuje czytelnika. Pisze przepięknie i wywołuje w czytelniku gamę emocji.

Świat Natashy rozsypał się wraz z odejściem męża. Gniew i zraniona duma popchnęły ją do zrobienia rzeczy, których potem żałowała. Gdy człowiek traci kogoś bliskiego, nie zawsze zachowuje się rozsądnie. Natasha zamknęła się w swojej samotności, postawiła na niezależność i karierę. Kiedy decyduje się pomóc spotkanej w podejrzanych okolicznościach Sarze, nie przypuszcza, że ta „dziewczynka znikąd” odkryje przed nią życie na nowo.

We wspólnym rytmie to niezwykła opowieść o pasji, o podążaniu za marzeniami, o walce z przeciwnościami losu. Ale także o cierpieniu i bólu. To książka pełna miłości nie tylko do drugiego człowieka, ale i do zwierzęcia. Prawdziwa opowieść z oryginalnymi postaciami i ciekawą fabułą.

Jak zwykle książka mnie oczarowała i zachwyciła. Prozę Jojo Moyes mogę kupować w ciemno, a Wam serdecznie polecam.

Ocena: 5/6
©Reading My Love
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć