Tajemnica wyspy Flatey
ebook: pdf, mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 3.38 / 5.00
liczba ocen: 989
Ilość stron (szacowana): 256
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
31.92 zł
Pozostałe księgarnie
31.92 zł
31.98 zł
Opis:

Islandzka wiosna. Zapach morza, krzyk ptaków, foki, ryby, przenikliwy wiatr. Wśród burzliwych wód zatoki Breiafjörur, wśród skał i tysięcy małych wysepek znajduje się Flatey. Na wyspie Flatey wieki temu wybudowano maleńką osadę. Odniesiesz wrażenie, że czas tu zwolnił biegu. Z dala od zgiełku wielkiej cywilizacji mieszkańcy żyją tu w spokoju, w ciszy, bez pośpiechu i w zgodzie z rytmem natury. Małomiasteczkowej sielanki osady nic nie zakłóca. Aż do chwili znalezienia zwłok na morskim wybrzeżu.

Już wkrótce Kjartan, którego zadaniem jest wyjaśnienie tej śmierci, uświadamia sobie, że nie ma do czynienia z ofiarą wypadku. Szybko okazuje się, że mieszkańcy wyspy mają swoje głęboko skrywane tajemnice, które w zadziwiający sposób łączą się z mroczną przeszłością. Kluczem do rozwiązania zagadki jest średniowieczny manuskrypt: księga Flateyjarbók, zbiór sag i eposów o starożytnych władcach Wikingów. Aby znaleźć przyczajonego zabójcę, Kjarten musi zejść do ciemnego, niebezpiecznego świata starożytnych legend, symboli i tajnych stowarzyszeń.

Świetny kryminał łączący w sobie elementy klasyki literatury zbrodni i thrillera. Drobiazgowo odmalowane tło historyczne i kulturowe powoduje, że opowieść staje się niezwykle realistyczna i już po pierwszych kilkunastu stronach nie można się od niej oderwać. Wiernie oddana atmosfera maleńkiej wyspiarskiej osady, gdzie teraźniejszość przenika się ze światem legend i krwawych mitów, intrygująca, tajemnicza księga sprzed wieków, umiejętnie dozowany humor i hipnotyzujące, wciągające czytelnika napięcie – tym jest "Tajemnica wyspy Flatey"!

Recenzje blogerów
Gdybym miała w kilku słowach podsumować treść książki Tajemnica wyspy Flatey, powiedziałabym, że to bardzo, bardzo specyficzny thriller, którego akcja dzieje się w latach sześćdziesiątych XIX wieku we Flatey, oraz na kilku innych przylegających do Islandii wysepkach. Sporadycznie, w dalszej części, również w Reykiaviku.

Przebieg powieści jest bardzo wyważony, powolny, wręcz ślimaczy, nabierający zdecydowanego tempa dopiero w końcowej fazie historii.
Podobne jest również życie mieszkańców wyspy. Powolne, spokojne, w zgodzie z naturą, przepełnione rutyną i … intrygującymi potrawami… Morderstwo jest tutaj nie lada sensacją.
Tłem zabójstwa i jego najbardziej prawdopodobnym przyczynkiem jest zagadka zawarta w starej Flateyjarbók (średniowieczny islandzki manuskrypt zawierający teksty skandynawskich sag i poematów. Powstał prawdopodobnie w latach 1387-1394 na północy Islandii), będącej kluczowym, wziętym pod lupę dokumentem, mającym pomóc rozwikłać ten brutalny czyn.
Księga nosząc z sobą fatum – zakaz wynoszenia klucza potrzebnego do rozwikłania zagadki z biblioteki – powoduje, iż wszelkie tego rodzaju próby dla śmiałków kończą się tragicznie.

Do rozwiązania tajemnicy przydzielony zostaje Kjartan, przedstawiciel prefekta, stażysta, niedoświadczony zawodowo młodzieniec, który najwyraźniej nie najlepiej czuje się z powierzonym mu zadaniem.
Dzięki przychylności mieszkańców wyspy m.in. wójta, szkolnego nauczyciela i kościelnego, udaje mu się jednak złapać kontakt z tamtejszą, dość hermetyczną społecznością.
Mimo jej powierzchownej uprzejmości, nietrudno odnieść wrażenie, iż za powłoką tą kryje się coś więcej. Tajemnice, których strzegą, przesądy, którym ulegają, lęk ogarniający ich z każdą kolejną niewiadomą. Wszystko to nadaje powieści bardzo osobliwy klimat. Sama nieśmiałość Kjartana również budzi podejrzenia czytelnika, iż za postawą tą może kryć się coś więcej…

Na czym polega zatem specyfika tego tytułu? Przede wszystkim na języku, dostosowanym do języka, którym posługiwała się ówczesna ludność.
Dalej, narracja trzecioosobowa, oparta w dużej mierze na krótkich zdaniach, przez co czytelnik może mieć odczucie, iż czyta relację z wydarzeń, które mają aktualnie miejsce.
Każdy z rozdziałów zwieńczony został fragmentem – zagadką z księgi Flateyjarbók. Fragmenty te nie są najłatwiejsze w odbiorze, i by je w pełni zrozumieć należy się mocno skoncentrować.
Lektury zdecydowanie nie ułatwiają obcobrzmiące nazwy miejscowości, czy imiona bohaterów, których historia ta jest pełna.

Wspomniane już, zawarte w powieści skandynawskie opowiadania, dla innych mogą być niezwykle ciekawe, mnie jednak sposób ich przedstawienia momentami męczył.
Kilka razy odkładałam tę książkę na bok, jednak mimo swej opieszałej struktury, ma ona w sobie coś, co każe dociągnąć jej lekturę do końca, w nadziei na przełom zwiastujący rozwiązanie śledztwa.

Mam wrażenie, że to thriller, który odebrany zostanie przez czytelnika albo z dużym entuzjazmem albo ze zniechęceniem. Emocje te jednak mogą przeplatać się w czytelniku w zależności od upodobań i czytanego aktualnie fragmentu – wątku powieści. Wraz z rozwojem i pojawianiem się kolejnych powiązań między bohaterami, sprężystości nabiera i akcja.
Summa summarum, powieść z nieco opieszałej w swym biegu, zmierzając już ku końcowi, zmienia się w zaskakują, dynamiczną historię z dreszczykiem.

Trafnie został tutaj wybrany tytuł Tajemnica wyspy Flatey, gdyż książka jest jedną wielką tajemnicą. Zagadki z przeszłości mające wpływ na rozwiązanie bieżącego śledztwa, tajemniczy mieszkańcy i skrywane przez nich sekrety. Budząca trwogę księga i przekleństwo zabobonów sprawiają, że i czytelnik owładnięty zostaje swoistą magią, kontynuując lekturę tej książki, mimo wielu kłód (w postaci choćby wspomnianego już usypiającego klimatu), które ta rzuca mu pod nogi.

To książka dla osób mających ochotę sięgnąć po opowieść nietradycyjną, której schemat zdecydowanie odbiega od obecnych na rynku propozycji z tego gatunku.

Złość każdego człowieka jest w żółci, a życie w sercu, pamięć w mózgu, ambicja w płucach, śmiech w śledzionie, zabawa w wątrobie.

Ocena: 3/6
©Miłość do czytania …
Rok 1960. Flatey to maleńka islandzka wioska w północno-zachodniej części Islandii. Na wyspie mieszka około sześćdziesięciu osób, głównie starszych ludzi, ponieważ młodsi wyjeżdżają stąd w poszukiwaniu pracy. Nie zadziwia więc fakt, że miejsce to nie tętni życiem, a wręcz przeciwnie. Wydawać by się mogło, że tu czas płynie inaczej, a może nawet zatrzymał się w miejscu na dobre. Nic jednak nie odbierze uroku wyspie Flatey. Wieki temu wybudowano na niej maleńką osadę, a urok tego miejsca przetrwał aż do lat sześćdziesiątych XX wieku. Szum morza, krzyk ptaków, zadziwiająco przepiękna flora i fauna są jedynymi atrakcjami, którymi może poszczycić się ta niewielka wioska - do czasu... gdy pewnego dnia rybacy na jednej z wysepek dokonują makabrycznego odkrycia. Odnalezienie trupa zaburza dotychczasowe życie mieszkańców. Nic już nie jest takie, jakie było do tej pory. Małomiasteczkowa sielanka zostaje zaburzona na dobre.

Kjartan, który stanie przed trudną do rozwiązania zagadką dotyczącą morderstwa uświadomi sobie, że w tej sprawie nic nie jest jasne. Zauważy, że mieszkańcy wyspy nie są tymi, za których się podają i na jakich wyglądają, na własnej skórze przekona się, że mają swoje głęboko ukryte tajemnice. Co dziwne, będą one w pewnym stopniu łączyć się z niezrozumiałym morderstwem. Jednak najbardziej osobliwe w całym tym śledztwie jest fakt, że wielką rolę odgrywa średniowieczny manuskrypt: księga Flateyjarbók, zbiór sag i eposów o wikingach... Co może mieć wspólnego tak starodawna księga z morderstwem, którego dokonano w 1960 roku? Prawdy dowiesz się dopiero wtedy, gdy sięgniesz po Tajemnicę wyspy Flatey.

Książka Viktora Arnara to kolejny niepowtarzalny kryminał, który miałam przyjemność przeczytać. Klimatem przypominający sławnych Strażników światła, czyli zachwycający barwnymi opisami przyrody. Autor zadbał o to, by przenieść czytelnika do małej osady na Flatey. Wyobraźnia w zestawieniu ze szczegółową relacją małomiasteczkowego życia i światem przedstawionym nadzwyczaj drobiazgowo - działa na pełnych obrotach. W klimacie tej powieści można się zatracić. Ze stron aż emanuje morska atmosfera, tworzy nieprawdopodobny nastrój. Jednak w przypadku Tajemnicy wyspy Flatey nie tylko tym się zachwyciłam. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się nawiązanie, a właściwie osadzenie fabuły wokół wikingów i ich kultury. Wykorzystanie średniowiecznych dokumentów, ksiąg na tak wielką skalę jest z reguły niezbyt powszechnym w literaturze tego gatunku zjawiskiem. A wyszło to wręcz genialnie! Jedynym, maleńkim minusem jest fakt, że autor swoich bohaterów wykreował na nadzwyczaj tajemniczych, wręcz niedostępnych! Chociaż może to właściwy sposób na oddanie dziwacznej atmosfery, która panuje na wyspie od czasu odnalezienia zwłok...?

Tajemnica wyspy Flatey to powieść, którą mogę polecić z czystym sumieniem zarówno fanom kryminałów jak i powieści historycznych. Rozwikłanie zagadki morderstwa jeszcze nigdy nie było tak fascynujące. Wplecenie wątku dotyczącego wikingów dodało książce atrakcyjności i niepowtarzalności. Autor wpadł na naprawdę świetny pomysł, by połączyć te dwa odległe światy. Opowieść, którą mamy szansę przeczytać jest jednocześnie dziwna, mrożąca krew w żyłach, ale też baśniowa i magiczna. Każdy znajdzie w niej coś, co lubi. Wkroczcie więc do świata, gdzie magia legend i krwawych mitów wikingów przenika się z rzeczywistym światem. Rozwiążcie czterdzieści zagadek i dojdźcie do prawdy zanim będzie za późno...

Ocena: 5/6
©Książkomaniacy Recenzje
Kryminały skandynawskie zawsze robiły na poppaprańcu dobre wrażenie, bo bardzo podoba mu się ich mroczny i zimny świat. Myślał, że taki lodowaty klimat mają wszystkie kryminały z północy, nie wyłączając Islandii. I tutaj zaskoczenie! Nie wszystkich można zaliczyć do tej grupy, między innymi dlatego, że w świecie pewnych powieści w ogóle nie panuje żadna atmosfera. Tak, czytelnik bardzo dobrze rozkminia – Tajemnica wyspy Flatey to właśnie ta „pewna powieść". Jest to książka, w trakcie której lektury poppaprańcem targały skrajnie różne odczucia, co po przeczytaniu ostatniej strony (poppapraniec zawsze czyta wszystko, nawet podziękowania i dodatki) poskutkowało utwierdzeniem się w myśli, że to pozycja wzbudzającą ambiwalentne odczucia.

Historia ta ma dwa wątki główne: zagadka księgi Flateyjarbok i morderstwo, które są ze sobą ściśle powiązane i przeplatają się na blisko trzystu stronach tegoż kryminału. Autor odnosi się do tego drugiego przy zakończeniu każdego rozdziału poprzez krótki, wyodrębniony graficznie fragment rozmowy dwóch osób. Jest to zdaniem poppaprańca zabieg zupełnie nietrafiony, który, jak tylko poppapraniec może przypuszczać, miał w sposób przystępny przybliżyć odbiorcy historię tej księgi, tak by nie atakować go gradem informacji na raz. W przypadku poppaprańca było tak, że kiedy docierał do końca króciutkiego rozdziału, wzdychał boleśnie z myślą, że znowu będzie musiał przebrnąć przez encyklopedyczną notkę o księdze Flateyjarbok. Nadzieja zrodziła się wówczas, gdy autor przeszedł do przedstawiania czterdziestu pytań będących kluczem do rozwiązania łamigłówki. Niestety, zmarła szybko i tragicznie, bo rezygnując z belferskiego (poppapraniec specjalnie użył tego słowa) tonu, autor popada w schemat, którego ma się już dość przy piątym pytaniu. A ta męka ciągnęła się przez kolejne czterdzieści rozdziałów.

Całe szczęście wątek kryminalny nie pozostawia zbyt wiele do życzenia. Już na pierwszych stronach czytelnik jest świadkiem odkrycia trupa, późniejsze dochodzenie tożsamości, sposobu śmierci i próba wytłumaczenia obecności denata na jednej z okolicznych wysepek to wspaniała rozrywka. Zagadka z pozoru niemożliwa do wytłumaczenia z każdym kolejnym dniem akcji nabiera nowych kształtów i zaczyna intrygować coraz bardziej. Viktor Arnar Ingólfsson wie, ile informacji może przekazać czytelnikowi, by ten wciąż czuł się zaintrygowany wątkiem, ale jednocześnie ta wiedza nie wystarczała do przedwczesnego rozwiązania sprawy kryminalnej. Poppapraniec musi przyznać, że nazbyt wiele zwrotów akcji nie było, mógłby je bez problemu wyliczyć na palcach, ale jeśli już coś go zaskakiwało, to zawsze dotyczyło wątku zabójstwa. Fakt, że mieszkańców wyspy jest niewiele, a zaledwie kilkunastu bierze udział w wydarzeniach, pozwala na stworzenie zagadki zamkniętego pokoju, bowiem oczywistym jest, że zbrodni dopuścił się ktoś z Flatey. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie: kto? Rozwiązanie wątku kryminalnego jest zdaniem poppaprańca nieoczywiste, przez co znacznie podniosło wartość kryminału w jego oczach.

Motyw zamkniętego pokoju jest idealnym pretekstem do przedstawiania zmian zachodzących w społeczności żywiącej różne podejrzenia w związku ze sprawą morderstwa. Niestety w tej książce autor prawie wcale o to nie zadbał i to, co najbardziej poppaprańca irytowało w trakcie lektury, to fakt, że mieszkańcy tytułowej wyspy jakoś niespecjalnie przejmują się obecnością wśród nich zabójcy. Momentami poppapraniec odnosił wrażenie, jakby ten ich stoicyzm brał się z tego, że znają prawdę, która jest jeszcze obca czytelnikowi. Czyżby zostali obdarzeni wcześniej niż należy wiedzą zarezerwowaną tylko dla autora i stąd ten stoicyzm? Inna rzecz, że poppapraniec spodziewał się sielanki, a w rzeczywistości otrzymał po prostu powolnie rozwijającą się akcję i kilka nudnych fragmentów, których nie sposób przyrównać do idylli. To chyba właśnie dlatego poppaprańcowi było tak trudno wyczuć atmosferę zamkniętej społeczności, tajemniczości czy czegokolwiek innego, co by go zadowoliło. Po prostu akcja momentami nazbyt się dłuży, co jest skutkiem przydługich opisów krajobrazów i dialogów.

Kwestia bohaterów wzbudza u poppaprańca zwykłe zmieszanie, bo obok bardzo dobrych kreacji literackich występują bohaterowie papierowi, co odbywa się oczywiście z przewagą tych drugich. Ale zostawmy ich w spokoju, bo już na kilka dni po skończeniu „Tajemnicy wyspy Flatey" zupełnie wylecieli z pamięci poppaprańca. Należy jedynie napomknąć, że główny bohater należy właśnie do tej niechlubnej grupy. Szczególnie interesująca postacią wydała się poppaprańcowi Johanna Thorvald ze względu na swoją niejednoznaczność. Bohaterka ta zostaje obdarzona mroczną historią, której wyjawienie wzbudza niemałe emocje. Przy tym jest kobietą bezkompromisową, rzeczową, inteligentną, a jako że skończyła medycynę, pełni z jednej strony rolę dobrej wróżki, która pomoże przy wszystkich dolegliwościach, z drugiej jednak swoją wiedzą i zasobami medycznymi mogłaby wyrządzić wiele zła. Jaka jest naprawdę? Tego nie wiadomo, dlatego wzbudza tyle emocji i jest tak bardzo autentyczna. Równie barwny jest Jon Ferdinand, któremu poświęca się w lekturze trochę mniej uwagi, niemniej jednak mocno zapada w pamięć z podobnego względu co Johanna – jest osobą niejednoznaczną, także trochę zagubioną, ze szwankującą na starość pamięcią. Autor „użył" tę postać w sposób niecodzienny, stworzył szalenie intrygującego bohatera, którego poppapraniec mimo wszystko bardzo polubił.

Poppapraniec ma nieodparte wrażenie, że w kryminale tym autor nazbyt często opierał się na przypadkach losu. Nie wzbudzałoby to w poppaprańcu zastrzeżeń na początku historii, ale kiedy nagle okazuje się, że w wyniku zrządzenia losu na tej samej wyspie znajduje się kilka osób, których przeszłość jest silnie powiązana i ma niemały wpływ na rozwiązanie zagadki morderstwa, coś musi zazgrzytać w myślach każdego czytelnika. Przypadek to naprawdę bardzo słaba motywacja dla spotkania po latach. Poppapraniec nie bardzo też wie, jak ma interpretować ostatnią scenę powieści, w której ni stąd ni zowąd dochodzi do wymieszania kryminału ze zjawiskami fantastycznymi. Cóż, Tajemnica wyspy Flatey jest powieścią wzbudzającą wiele wątpliwości, konstrukcją wzlotów i upadków. Na pewno nie nazwałbym całości nietypowym kryminałem, choć wątek morderstwa rzeczywiście taki był, bo ciągle nazbyt widoczne są wcześniej opisane niedociągnięcia. W stosunku do niej poppapraniec ma ambiwalentne odczucia i raczej nie zachęcałby do jej przeczytania.

Ocena: 3/6
©Poppapraniec
Rozsypane po całej wyspie wulkany, urokliwe fiordy i źródła termalne, a także drewniane domki i przepiękne krajobrazy. Dokładnie taki obraz najczęściej maluje wyobraźnia, gdy w ludzkich myślach pojawia się popularna w ostatnich latach Islandia. Malownicza wyspa kusi surowym klimatem, ale okazuje się, że jeszcze bardziej enigmatyczna aura spowija setki pobliskich wysepek, tak pięknie otulających wyspę główną. To właśnie na jednej z nich, niemal na środku zatoki Breiðafjörður, toczy się akcja osobliwej powieści kryminalnej Tajemnica wyspy Flatey, którą czytelnikom proponuje islandzki pisarz, Viktor Arnar Ingólfsson.

Na niezamieszkałej wysepce, niedaleko islandzkiej wyspy Flatey, znalezione zostają zwłoki mężczyzny. Identyfikacja ciała okazuje się nie lada trudnością, gdyż w pobliżu nie odnotowano żadnego zaginięcia. Do wyjaśnienia sprawy wyznaczony zostaje przedstawiciel prefekta, Kjartan, którego umiejętności śledcze, podobnie jak chęci, niestety nie powalają na łopatki. Mężczyzna ewidentnie nie czuje się na siłach, aby prowadzić tak swoiste dochodzenie, ale autor nie daje mu wielkiego wyboru. W śledztwie pomaga prawnikowi miejscowa lekarka, a także inni mieszkańcy wyspy, z których prawie każdy dokłada własną cegiełkę do rozwiązania nietypowej sprawy. W tym samym czasie w Reykjaviku, prowadzone jest równoległe jednoosobowe śledztwo, ale nie trudno zauważyć, że traktowane jest ono raczej lakonicznie. Dalszy bieg wydarzeń, tak drastyczny i niespodziewany, znacząco poszerza horyzonty dochodzenia i prowadzi śledczych do tajemniczej zagadki, ukrytej w kartach średniowiecznego manuskryptu Flateyjarbók…

Viktor Arnar Ingólfsson przenosi czytelnika do początku lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia i trzeba przyznać, że smak tamtych czasów jest tu mocno wyczuwalny. Brak telefonów, jedna radiostacja na całej wyspie i Elvis Presley usłyszany, gdy tylko uda się złapać zagraniczny sygnał radiowy. Autor niezwykle drobiazgowo opisuje ówczesną rzeczywistość, ale równie rzetelnie przedstawia osadniczą codzienność, którą cechują monotonia i brak pośpiechu. Opisy są tu rozbudowane i wyraźnie szczegółowe, a zatem nie ma wątpliwości, iż wiernie oddają charakter miejsca – tak intrygujący, srogi i niepokojący zarazem. Nie każdy z łatwością wtopi się w zaproponowany klimat, gdyż akcja płynie tu nieśpiesznie, a zastosowana czcionka jest na tyle mała, że czytelnik musi mocno koncentrować się na tekście.

Surowy klimat przenika nozdrza i staje się w oczach odbiorcy niezaprzeczalnym atutem powieści, ale opisując Tajemnicę wyspy Flatey, należy także wspomnieć o swoistej konstrukcji fabularnej, jaką proponuje islandzki autor. Każdy rozdział zakończony jest tu bowiem fragmentem innej opowieści, którą początkowo trudno okiełznać oczami wyobraźni, ale z czasem nabiera ona sensu i okazuje się nieopisaną wprost częścią fabuły głównej. W równolegle toczącej się historii czytelnik staje się niemym świadkiem wyjątkowo treściwej rozmowy dwojga ludzi, przekazujących wzajemnie wiedzę o islandzkim manuskrypcie Flateyjarbók, który to stanowi fundament zagadki kryminalnej, jaką przygotował pan Ingólfsson. Rozgałęziona ścieżka fabularna może początkowo mieszać w głowie, ale kolejne wydarzenia pokazują, że lektura dodatkowych fragmentów nie jest obligatoryjna, a jedynie stanowi ciekawostkę dla tych, którzy pragną bliżej poznać treść zagadki flatejskiej. Flateyjarbók nie jest bowiem wymysłem autora, a realnie istniejącą księgą, której historia sięga aż XIV wieku. Jak widać, powieść ma mocno merytoryczne podłoże, dodatkowo urozmaicone o kilka rysunków, zgrabnie dopinających treść dawnej zagadki.

Finał islandzkiego dochodzenia dostarcza rozwiązanie, którego elementy można wysnuć wcześniej, ale nie oznacza to, że jest ono mało pomysłowe lub niedopracowane. Śledztwo prowadzone jest bowiem w sposób logiczny i na tyle tajemniczy, że odbiorca właściwie do końca pozostaje zdezorientowany. Stałe poczucie niepewności, choć wydaje się pożądane, tutaj nie sprawdza się jednak stuprocentowo, gdyż nie jest efektem samej intrygi kryminalnej, a raczej zbyt trudnych pytań, jakie tworzą zagadkę flatejską. Zadania odnoszą się bowiem do faktów historycznych, które nawet dla wytrawnego miłośnika historii stanowią nie lada zagwozdkę. Niektóre z odpowiedzi odnoszą się do postaci historycznych i wypowiadanych przez nie słów – te zadania, chociaż wymagają nieprzeciętnej wiedzy, nie budzą moich wątpliwości. Gorzej jest z tymi przypadkami, w których autor przywołuje reakcje, czyny i zachowania, a te można przecież wyrazić w tak zróżnicowany sposób, że już sama próba znalezienia rozwiązania zdaje się nie lada wyczynem. Z perspektywy czasu, jestem zatem gotowa stwierdzić, że gratis fabularny w postaci treści zagadki flatejskiej, nie jest aż tak przełomowy, aby odbiorca był obligowany do jego doszczętnego poznawania. Fragmenty te można więc uznać za treści przeznaczone jedynie dla wyjątkowo dociekliwych.

Tajemnica wyspy Flatey to kryminał niecodzienny, gdyż brakuje w nim charakternych śledczych i typowego dla tego gatunku pośpiechu. W zamian czytelnik otrzymuje bogaty przegląd dawnej wyspiarskiej codzienności, która raptownie zostaje wzburzona. Tajemnicze morderstwo niepokoi mieszkańców tytułowej wyspy, czytelnika natomiast – zwyczajnie intryguje. I właśnie w tym miejscu, w którym odbiorca chce posmakować islandzkiego dochodzenia, sprawa zaczyna ustępować miejsca średniowiecznej księdze Flateyjarbók, wokół której autor osnuwa całą intrygę. Umieszczone w powieści fragmenty zagadki flatejskiej okazują się jednak na tyle trudne do rozszyfrowania, że tylko prawdziwy pasjonat historii, szczególnie tej czysto skandynawskiej, może poczuć się swojo w ich merytorycznych odmętach. Viktor Arnar Ingólfsson proponuje zatem powieść, która blokuje aktywny udział czytelnika w prowadzonym śledztwie, ale jednocześnie intryguje tajemniczą aurą. Jeżeli jesteście gotowi na takie wyrzeczenie i macie duże pokłady cierpliwości, to ze swojej strony naprawdę polecam.

Ocena: 4/6
©Mozaika Literacka
Skandynawia to mój żywioł. Od muzyki, poprzez bajeczną przyrodę, na kulturze i języku norweskim kończąc. Tym razem mamy do czynienia z powieścią, w której główne skrzypce odgrywa islandzka kultura oraz średniowieczny manuskrypt – Flateyjarbók.

Jest islandzka wiosna 1960 roku. Mieszkańcom wyspy Flatey, znajdującej się u wybrzeży zatoki Breiðafjörður towarzyszy zapach morza, odgłosy ptaków i nadmorska bryza. Wszyscy żyją spokojnie i w zgodzie z naturą. Niestety, wszystko zmienia się, gdy zostają znalezione zwłoki na jednej z pobliskich wysepek. Kjartan, zostaje wyznaczony do wyjaśnienia zagadki tajemniczej śmierci, a tym samym odkrywa, jak głębokie sekrety ukrywają przed światem mieszkańcy Flatey. Tylko co wspólnego ma ze wszystkim średniowieczny manuskrypt Flateyjarbók? Gdy byłam dzieckiem, ojciec opowiadał mi sagi z tej księgi jak bajki. I ja sama zaczęłam opowiadać moje ulubione historie na swój sposób… Zacznę od tego, iż literatura skandynawska nie należy do tej z gatunku łatwych i przyjemnych. Nie chodzi mi tutaj o fabułę czy powtarzalność, o której wspomina wielu czytelników, tylko o język, który wielu osobom może sprawiać trudność: idealnym tego przykładem są choćby nordyckie imiona lub nazwy miast, którymi posługuje się autor. Nie każdy wie i nie każdy musi wiedzieć, że Kjartan czytamy jak Śartan. Czy jest to utrudnieniem? Na pewno, dlatego też dużo osób z tego względu nie sięga po tę literaturę, a warto. Powiadają, że kiedy Thorgeir zmarł, wyjęto jego serce, by zobaczyć, jak wygląda, bo tak był odważny. Mówią, że serce miał wyjątkowo małe, bo z dawien dawna mawiali niektórzy, że mniejsze jest serce nieustraszonych niźli niemyślących. Nie spotkałam się jeszcze z żadną książką kryminalną, w której tak szczegółowo ukazana byłaby fauna i flora. Autor przedstawia ją na wielu kartach powieści, czym jeszcze bardziej ukazuje piękno tamtejszej surowej przyrody, a dołączając do tego kawałek historii Wikingów oraz sag nordyckich ukazanych we Flateyjarbók robi idealną mieszankę wybuchową i trafia prosto w serce czytelnika. Uważam, że takie połączenie naprawdę dodaje tej powieści sporo na wartości. Niestety Tajemnica wyspy Flatey nie zawiera tylko pozytywnych aspektów. Uważam, iż autor mógł nieco wzbogacić charakter poszczególnych postaci, gdyż dla mnie są oni pospolici i z pewnością nie pozostaną w mojej głowie na długo. Kryminał Viktora Arnara Ingólfssona nie zaskakuje tempem akcji: myślę, że jest to książka dobra dla osób, które lubią stare sagi nordyckie oraz brak dużego rozlewu krwi ukazanego w powieści. Jednak jak na kryminał przystało, zwłaszcza odnoszący się do staronordyckich tradycji, znajdziemy tutaj odwołania do licznych kar, którymi posługiwali się Wikingowie, a piszę to dlatego, iż nie są one ukazane w sposób łagodny. Nie przeszkadza to jednak w czytaniu tej powieści i nawet wrażliwe osoby powinny dać radę swobodnie przebrnąć przez treść.

Ocena: 5/6
©Marionetka Literacka
Klimat małego skandynawskiego miasteczka, wikińskie mity i legendy, tajemnicza księga i nierozwiązana krzyżówka – muszę przyznać, że Tajemnica wyspy Flatey Viktora Arnara Ingólfssona to dość nietypowy kryminał.

Akcja powieści rozgrywa się na islandzkiej wyspie w latach sześćdziesiątych XX wieku. Mieszkańcy Flatey tworzą niewielką osadę. W ciszy, spokoju i zgodzie z naturą celebrują życie, trudząc się łowieniem ryb i fok. Sielankę zakłóca makabryczne znalezisko. Trzypokoleniowa rodzina na jednej z okolicznych wysepek odnajduje zwłoki duńskiego naukowca, który od lat starał się zgłębić tajemnicę średniowiecznego manuskryptu. Jakiś czas później ginie dziennikarz, który podążał śladem badacza. Z pomocą wójta i miejscowego nauczyciela, którzy cieszą się sympatią i przede wszystkim zaufaniem lokalnej społeczności, śledztwo w tej sprawie prowadzi młody funkcjonariusz Kjartan. Wszystko wskazuje na to, że kluczem do rozwiązania zagadki kryminalnej staje się rozwiązanie zagadki, krzyżówki, dotyczącej Flateyjarbók – zbioru sag i eposów o starodawnych wikingach. W moim odczuciu to właśnie księga jest głównym bohaterem historii.

Tajemnica wyspy Flatey budzi we mnie mieszane uczucia. Czytałam tę powieść prawie dwa tygodnie… Nie należę do grona miłośników pradawnych legend i mitów, które mimo upływu lat odciskają piętno na społeczności. Lubię szybką akcję, dreszcze niepokoju, gęsią skórkę, a tu niestety mi tego zabrakło. Mam wrażenie, że Viktor Ingólfsson bardziej niż na budowaniu napięcia, skupił się na przybliżeniu historii średniowiecznego manuskryptu. Zrobił to z drobiazgową wręcz dokładnością. Godny uwagi jest sposób narracji. Teraźniejszość przeplata się z fragmentami manuskryptu i rozmową na temat zagadki. Te części tekstu są wyróżnione kursywą.

Do gustu nie przypadł mi także sposób kreowania postaci. I mieszkańcy wyspy, i śledczy, choć skrywali tajemnice, wydawali się po prostu nudni, bez wyrazu. Bohaterowie więcej uwagi poświęcili poszukiwaniu rozwiązania krzyżówki niż tożsamości podwójnego zabójcy.

Muszę przyznać, że w lekturę wciągnęłam się dopiero po połowie, gdy doszło do drugiego morderstwa. Z ciekawością czytałam ostatnie sto stron, chcąc poznać zakończenie. Finał powieści naprawdę mnie zaskoczył. Dzięki temu książka zyskała w moich oczach.

Bogate w szczegóły tło historyczno - kulturowe, atmosfera maleńkiej wyspy i sieć niedomówień to bez wątpienia atuty powieści. Mnie wciągnęła dopiero w połowie, ale może Was zachwyci od pierwszych stron? Warto dać jej szansę.

Ocena: 4/6
©Recenzje Dropsa Książkowego
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć