Tajemnica wyspy Flatey
ebook: pdf, mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 3.38 / 5.00
liczba ocen: 971
Ilość stron (szacowana): 256
cena od: 31.92
Powiadom o promocji
Otrzymasz e-mail,
kiedy cena spadnie poniżej np. 31.92 zł
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
31.92 zł
Pozostałe księgarnie
31.92 zł
31.98 zł
Opis:

Islandzka wiosna. Zapach morza, krzyk ptaków, foki, ryby, przenikliwy wiatr. Wśród burzliwych wód zatoki Breiðafjörður, wśród skał i tysięcy małych wysepek znajduje się Flatey. Na wyspie Flatey wieki temu wybudowano maleńką osadę. Odniesiesz wrażenie, że czas tu zwolnił biegu. Z dala od zgiełku wielkiej cywilizacji mieszkańcy żyją tu w spokoju, w ciszy, bez pośpiechu i w zgodzie z rytmem natury. Małomiasteczkowej sielanki osady nic nie zakłóca. Aż do chwili znalezienia zwłok na morskim wybrzeżu. Już wkrótce Kjartan, którego zadaniem jest wyjaśnienie tej śmierci, uświadamia sobie, że nie ma do czynienia z ofiarą wypadku. Szybko okazuje się, że mieszkańcy wyspy mają swoje głęboko skrywane tajemnice, które w zadziwiający sposób łączą się z mroczną przeszłością. Kluczem do rozwiązania zagadki jest średniowieczny manuskrypt: księga Flateyjarbók, zbiór sag i eposów o starożytnych władcach Wikingów. Aby znaleźć przyczajonego zabójcę, Kjarten musi zejść do ciemnego, niebezpiecznego świata starożytnych legend, symboli i tajnych stowarzyszeń. Trzymasz w dłoni świetny kryminał łączący w sobie elementy klasyki literatury zbrodni i thrillera. Drobiazgowo odmalowane tło historyczne i kulturowe powoduje, że opowieść staje się niezwykle realistyczna i już po pierwszych kilkunastu stronach nie można się od niej oderwać. Wiernie oddana atmosfera maleńkiej wyspiarskiej osady, gdzie teraźniejszość przenika się ze światem legend i krwawych mitów, intrygująca, tajemnicza księga sprzed wieków, umiejętnie dozowany humor i hipnotyzujące, wciągające czytelnika napięcie — tym jest Tajemnica wyspy Flatey! Nie zgasisz lampki nocnej, póki Kjartan nie złamie odwiecznej tajemnicy... Viktor Arnar Ingólfsson jest bez wątpienia jednym z najbardziej poczytnych autorów powieści kryminalnych w Islandii. Z wykształcenia jest inżynierem budownictwa lądowego i wodnego, ukończył też studia z zakresu komunikacji wydawniczej i grafiki komputerowej na Uniwersytecie Washingtona w Waszyngtonie. Mieszka wraz z rodziną w Reykjawiku.

Recenzje blogerów
Rozsypane po całej wyspie wulkany, urokliwe fiordy i źródła termalne, a także drewniane domki i przepiękne krajobrazy. Dokładnie taki obraz najczęściej maluje wyobraźnia, gdy w ludzkich myślach pojawia się popularna w ostatnich latach Islandia. Malownicza wyspa kusi surowym klimatem, ale okazuje się, że jeszcze bardziej enigmatyczna aura spowija setki pobliskich wysepek, tak pięknie otulających wyspę główną. To właśnie na jednej z nich, niemal na środku zatoki Breiðafjörður, toczy się akcja osobliwej powieści kryminalnej Tajemnica wyspy Flatey, którą czytelnikom proponuje islandzki pisarz, Viktor Arnar Ingólfsson.

Na niezamieszkałej wysepce, niedaleko islandzkiej wyspy Flatey, znalezione zostają zwłoki mężczyzny. Identyfikacja ciała okazuje się nie lada trudnością, gdyż w pobliżu nie odnotowano żadnego zaginięcia. Do wyjaśnienia sprawy wyznaczony zostaje przedstawiciel prefekta, Kjartan, którego umiejętności śledcze, podobnie jak chęci, niestety nie powalają na łopatki. Mężczyzna ewidentnie nie czuje się na siłach, aby prowadzić tak swoiste dochodzenie, ale autor nie daje mu wielkiego wyboru. W śledztwie pomaga prawnikowi miejscowa lekarka, a także inni mieszkańcy wyspy, z których prawie każdy dokłada własną cegiełkę do rozwiązania nietypowej sprawy. W tym samym czasie w Reykjaviku, prowadzone jest równoległe jednoosobowe śledztwo, ale nie trudno zauważyć, że traktowane jest ono raczej lakonicznie. Dalszy bieg wydarzeń, tak drastyczny i niespodziewany, znacząco poszerza horyzonty dochodzenia i prowadzi śledczych do tajemniczej zagadki, ukrytej w kartach średniowiecznego manuskryptu Flateyjarbók…

Viktor Arnar Ingólfsson przenosi czytelnika do początku lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia i trzeba przyznać, że smak tamtych czasów jest tu mocno wyczuwalny. Brak telefonów, jedna radiostacja na całej wyspie i Elvis Presley usłyszany, gdy tylko uda się złapać zagraniczny sygnał radiowy. Autor niezwykle drobiazgowo opisuje ówczesną rzeczywistość, ale równie rzetelnie przedstawia osadniczą codzienność, którą cechują monotonia i brak pośpiechu. Opisy są tu rozbudowane i wyraźnie szczegółowe, a zatem nie ma wątpliwości, iż wiernie oddają charakter miejsca – tak intrygujący, srogi i niepokojący zarazem. Nie każdy z łatwością wtopi się w zaproponowany klimat, gdyż akcja płynie tu nieśpiesznie, a zastosowana czcionka jest na tyle mała, że czytelnik musi mocno koncentrować się na tekście.

Surowy klimat przenika nozdrza i staje się w oczach odbiorcy niezaprzeczalnym atutem powieści, ale opisując Tajemnicę wyspy Flatey, należy także wspomnieć o swoistej konstrukcji fabularnej, jaką proponuje islandzki autor. Każdy rozdział zakończony jest tu bowiem fragmentem innej opowieści, którą początkowo trudno okiełznać oczami wyobraźni, ale z czasem nabiera ona sensu i okazuje się nieopisaną wprost częścią fabuły głównej. W równolegle toczącej się historii czytelnik staje się niemym świadkiem wyjątkowo treściwej rozmowy dwojga ludzi, przekazujących wzajemnie wiedzę o islandzkim manuskrypcie Flateyjarbók, który to stanowi fundament zagadki kryminalnej, jaką przygotował pan Ingólfsson. Rozgałęziona ścieżka fabularna może początkowo mieszać w głowie, ale kolejne wydarzenia pokazują, że lektura dodatkowych fragmentów nie jest obligatoryjna, a jedynie stanowi ciekawostkę dla tych, którzy pragną bliżej poznać treść zagadki flatejskiej. Flateyjarbók nie jest bowiem wymysłem autora, a realnie istniejącą księgą, której historia sięga aż XIV wieku. Jak widać, powieść ma mocno merytoryczne podłoże, dodatkowo urozmaicone o kilka rysunków, zgrabnie dopinających treść dawnej zagadki.

Finał islandzkiego dochodzenia dostarcza rozwiązanie, którego elementy można wysnuć wcześniej, ale nie oznacza to, że jest ono mało pomysłowe lub niedopracowane. Śledztwo prowadzone jest bowiem w sposób logiczny i na tyle tajemniczy, że odbiorca właściwie do końca pozostaje zdezorientowany. Stałe poczucie niepewności, choć wydaje się pożądane, tutaj nie sprawdza się jednak stuprocentowo, gdyż nie jest efektem samej intrygi kryminalnej, a raczej zbyt trudnych pytań, jakie tworzą zagadkę flatejską. Zadania odnoszą się bowiem do faktów historycznych, które nawet dla wytrawnego miłośnika historii stanowią nie lada zagwozdkę. Niektóre z odpowiedzi odnoszą się do postaci historycznych i wypowiadanych przez nie słów – te zadania, chociaż wymagają nieprzeciętnej wiedzy, nie budzą moich wątpliwości. Gorzej jest z tymi przypadkami, w których autor przywołuje reakcje, czyny i zachowania, a te można przecież wyrazić w tak zróżnicowany sposób, że już sama próba znalezienia rozwiązania zdaje się nie lada wyczynem. Z perspektywy czasu, jestem zatem gotowa stwierdzić, że gratis fabularny w postaci treści zagadki flatejskiej, nie jest aż tak przełomowy, aby odbiorca był obligowany do jego doszczętnego poznawania. Fragmenty te można więc uznać za treści przeznaczone jedynie dla wyjątkowo dociekliwych.

Tajemnica wyspy Flatey to kryminał niecodzienny, gdyż brakuje w nim charakternych śledczych i typowego dla tego gatunku pośpiechu. W zamian czytelnik otrzymuje bogaty przegląd dawnej wyspiarskiej codzienności, która raptownie zostaje wzburzona. Tajemnicze morderstwo niepokoi mieszkańców tytułowej wyspy, czytelnika natomiast – zwyczajnie intryguje. I właśnie w tym miejscu, w którym odbiorca chce posmakować islandzkiego dochodzenia, sprawa zaczyna ustępować miejsca średniowiecznej księdze Flateyjarbók, wokół której autor osnuwa całą intrygę. Umieszczone w powieści fragmenty zagadki flatejskiej okazują się jednak na tyle trudne do rozszyfrowania, że tylko prawdziwy pasjonat historii, szczególnie tej czysto skandynawskiej, może poczuć się swojo w ich merytorycznych odmętach. Viktor Arnar Ingólfsson proponuje zatem powieść, która blokuje aktywny udział czytelnika w prowadzonym śledztwie, ale jednocześnie intryguje tajemniczą aurą. Jeżeli jesteście gotowi na takie wyrzeczenie i macie duże pokłady cierpliwości, to ze swojej strony naprawdę polecam.

Ocena: 4/6
©Mozaika Literacka
Skandynawia to mój żywioł. Od muzyki, poprzez bajeczną przyrodę, na kulturze i języku norweskim kończąc. Tym razem mamy do czynienia z powieścią, w której główne skrzypce odgrywa islandzka kultura oraz średniowieczny manuskrypt – Flateyjarbók.

Jest islandzka wiosna 1960 roku. Mieszkańcom wyspy Flatey, znajdującej się u wybrzeży zatoki Breiðafjörður towarzyszy zapach morza, odgłosy ptaków i nadmorska bryza. Wszyscy żyją spokojnie i w zgodzie z naturą. Niestety, wszystko zmienia się, gdy zostają znalezione zwłoki na jednej z pobliskich wysepek. Kjartan, zostaje wyznaczony do wyjaśnienia zagadki tajemniczej śmierci, a tym samym odkrywa, jak głębokie sekrety ukrywają przed światem mieszkańcy Flatey. Tylko co wspólnego ma ze wszystkim średniowieczny manuskrypt Flateyjarbók? Gdy byłam dzieckiem, ojciec opowiadał mi sagi z tej księgi jak bajki. I ja sama zaczęłam opowiadać moje ulubione historie na swój sposób… Zacznę od tego, iż literatura skandynawska nie należy do tej z gatunku łatwych i przyjemnych. Nie chodzi mi tutaj o fabułę czy powtarzalność, o której wspomina wielu czytelników, tylko o język, który wielu osobom może sprawiać trudność: idealnym tego przykładem są choćby nordyckie imiona lub nazwy miast, którymi posługuje się autor. Nie każdy wie i nie każdy musi wiedzieć, że Kjartan czytamy jak Śartan. Czy jest to utrudnieniem? Na pewno, dlatego też dużo osób z tego względu nie sięga po tę literaturę, a warto. Powiadają, że kiedy Thorgeir zmarł, wyjęto jego serce, by zobaczyć, jak wygląda, bo tak był odważny. Mówią, że serce miał wyjątkowo małe, bo z dawien dawna mawiali niektórzy, że mniejsze jest serce nieustraszonych niźli niemyślących. Nie spotkałam się jeszcze z żadną książką kryminalną, w której tak szczegółowo ukazana byłaby fauna i flora. Autor przedstawia ją na wielu kartach powieści, czym jeszcze bardziej ukazuje piękno tamtejszej surowej przyrody, a dołączając do tego kawałek historii Wikingów oraz sag nordyckich ukazanych we Flateyjarbók robi idealną mieszankę wybuchową i trafia prosto w serce czytelnika. Uważam, że takie połączenie naprawdę dodaje tej powieści sporo na wartości. Niestety Tajemnica wyspy Flatey nie zawiera tylko pozytywnych aspektów. Uważam, iż autor mógł nieco wzbogacić charakter poszczególnych postaci, gdyż dla mnie są oni pospolici i z pewnością nie pozostaną w mojej głowie na długo. Kryminał Viktora Arnara Ingólfssona nie zaskakuje tempem akcji: myślę, że jest to książka dobra dla osób, które lubią stare sagi nordyckie oraz brak dużego rozlewu krwi ukazanego w powieści. Jednak jak na kryminał przystało, zwłaszcza odnoszący się do staronordyckich tradycji, znajdziemy tutaj odwołania do licznych kar, którymi posługiwali się Wikingowie, a piszę to dlatego, iż nie są one ukazane w sposób łagodny. Nie przeszkadza to jednak w czytaniu tej powieści i nawet wrażliwe osoby powinny dać radę swobodnie przebrnąć przez treść.

Ocena: 5/6
©Marionetka Literacka
Klimat małego skandynawskiego miasteczka, wikińskie mity i legendy, tajemnicza księga i nierozwiązana krzyżówka – muszę przyznać, że Tajemnica wyspy Flatey Viktora Arnara Ingólfssona to dość nietypowy kryminał.

Akcja powieści rozgrywa się na islandzkiej wyspie w latach sześćdziesiątych XX wieku. Mieszkańcy Flatey tworzą niewielką osadę. W ciszy, spokoju i zgodzie z naturą celebrują życie, trudząc się łowieniem ryb i fok. Sielankę zakłóca makabryczne znalezisko. Trzypokoleniowa rodzina na jednej z okolicznych wysepek odnajduje zwłoki duńskiego naukowca, który od lat starał się zgłębić tajemnicę średniowiecznego manuskryptu. Jakiś czas później ginie dziennikarz, który podążał śladem badacza. Z pomocą wójta i miejscowego nauczyciela, którzy cieszą się sympatią i przede wszystkim zaufaniem lokalnej społeczności, śledztwo w tej sprawie prowadzi młody funkcjonariusz Kjartan. Wszystko wskazuje na to, że kluczem do rozwiązania zagadki kryminalnej staje się rozwiązanie zagadki, krzyżówki, dotyczącej Flateyjarbók – zbioru sag i eposów o starodawnych wikingach. W moim odczuciu to właśnie księga jest głównym bohaterem historii.

Tajemnica wyspy Flatey budzi we mnie mieszane uczucia. Czytałam tę powieść prawie dwa tygodnie… Nie należę do grona miłośników pradawnych legend i mitów, które mimo upływu lat odciskają piętno na społeczności. Lubię szybką akcję, dreszcze niepokoju, gęsią skórkę, a tu niestety mi tego zabrakło. Mam wrażenie, że Viktor Ingólfsson bardziej niż na budowaniu napięcia, skupił się na przybliżeniu historii średniowiecznego manuskryptu. Zrobił to z drobiazgową wręcz dokładnością. Godny uwagi jest sposób narracji. Teraźniejszość przeplata się z fragmentami manuskryptu i rozmową na temat zagadki. Te części tekstu są wyróżnione kursywą.

Do gustu nie przypadł mi także sposób kreowania postaci. I mieszkańcy wyspy, i śledczy, choć skrywali tajemnice, wydawali się po prostu nudni, bez wyrazu. Bohaterowie więcej uwagi poświęcili poszukiwaniu rozwiązania krzyżówki niż tożsamości podwójnego zabójcy.

Muszę przyznać, że w lekturę wciągnęłam się dopiero po połowie, gdy doszło do drugiego morderstwa. Z ciekawością czytałam ostatnie sto stron, chcąc poznać zakończenie. Finał powieści naprawdę mnie zaskoczył. Dzięki temu książka zyskała w moich oczach.

Bogate w szczegóły tło historyczno - kulturowe, atmosfera maleńkiej wyspy i sieć niedomówień to bez wątpienia atuty powieści. Mnie wciągnęła dopiero w połowie, ale może Was zachwyci od pierwszych stron? Warto dać jej szansę.

Ocena: 4/6
©Recenzje Dropsa Książkowego
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć