ebook 444
3.49 / 5.00 (liczba ocen: 1362) Ilość stron (szacowana): 560

444
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

najlepsza cena! w ostatnich dwóch tygodniach
E-book - najniższa cena: 24.28
Audiobook - najniższa cena: 25.43
wciąż za drogo?
32.46 złpremium: 20.94 zł Lub 20.94 zł
24.28 zł Lub 21.85 zł
-30% 24.33 zł
25.13 zł 20% rabatu
26.18 zł Lub 23.56 zł
28.54 zł
29.67 zł
kliknij aby zobaczyć pozostałe oferty (4)
Inne proponowane

Dlaczego obraz Matejki przepowiadający losy świata do dziś pozostaje w ukryciu? Sensacyjna powieść oparta na prawdziwych wydarzeniach, tak znakomicie łącząca prawdę historyczną z fikcją literacką, że ich granice są nie do rozpoznania. Uwaga! Oto nowe – świetne – nazwisko wśród autorów polskich sensacyjnych thrillerów.

W wypadku samochodowym ginie dziennikarz jednej z popularnych gazet. Jego auto zostaje zmiażdżone przez rozpędzonego tira na albańskich rejestracjach. Ta śmierć udaremnia ujawnienie ważnych dokumentów dotyczących Chrztu Warneńczyka – najczęściej kradzionego obrazu Jana Matejki. Jakub Kania, prokurator IPN-u i adresat dokumentów, zostaje wciągnięty w niebezpieczną rozgrywkę o tajemnicze płótno. Trwa ona od kilkuset lat, z udziałem m.in. hitlerowskiego grabieżcy dzieł sztuki, żydowskiego antykwariusza z Krakowa oraz dyrektora warszawskiego Muzeum Narodowego. Tajemnica związana z obrazem dotyczy sekretnego proroctwa, według którego co 444 lata pojawi się szansa pojednania islamu z chrześcijaństwem. Ale jest ktoś, kto nie zawaha się przed niczym, aby udaremnić spełnienie przepowiedni. Jakub Kania właśnie stanął mu na drodze.

444 od Maciej Siembieda możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook) lub słuchać w formie audiobooka (mp3).
Idea potrafi zawładnąć umysłami, a najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi jest ludzki mózg.
O tym że niektóre rzeczy są niemożliwe, często decyduje nasz brak wyobraźni.
Najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi jest ludzki mózg.
Pan Samochodzik? Robert Langdon? Tirso Alfaro? Bezcenny Miłoszewskiego? Sceny z Sejfu Sekielskiego? Wszystko co tam było fascynujące jest też w 444 i to z nawiązką, a główny bohater (to największe zdziwienie – prokurator IPN nie jest zamroczonym oszołomem tylko normalnym człowiekiem?!?!?) Jakub Kania jest sympatyczny i sprytny.

Tajemnice, szyfry, współczesność, historyczne retrospekcje. Wyprawy krzyżowe, bitwa pod Warną i powstanie styczniowe, Al-Kaida i serbscy zamachowcy, podejrzane wypadki w górach i centrum Warszawy, ukryte leśniczówki i tajemnicze wyspy (też uwielbiam jak Jakub i Kasia!), tajne śledztwa izraelskich służb i akcje polskiego wojska w Bagdadzie, zbrodnie hitlerowskie i radzieckie mistyfikacje.
I Matejko, nudny i zarozumiały celebryta swoich czasów czy wielbiciel tajemnic i szyfrów, ukrywający je w swoich dziełach.
Przygoda, sensacja, historia, kryminał, szczypta romansu, no i dekoracja z fantastyki! Oczywiście, że to wszystko bajka! Ale jaka!

560 stron w niecałe trzy dni! Szczerze, to już nie mogę się doczekać kolejnej tajemniczo – przygodowej książki! Kiedy Miejsce i imię? Mam nadzieję, że szybko! Bo naprawdę 444 jest ZNAKOMITE!

Ocena: 5+/6
©CzytAśka
Mam na półce Miejsce i imię tego autora. Książka patrzy na mnie błagalnie od dłuższego czasu, ale w sumie dobrze, że nie miałam kiedy po nią sięgnąć, ponieważ zorientowałam się niedawno, że to drugi tom cyklu o prokuratorze IPN-u, Jakubie Kani. Tom pierwszy zaś to właśnie recenzowane przeze mnie teraz 444. Czy jestem zadowolona z lektury? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie poniżej.

Jakub Kania, prokurator IPN-u, czeka na spotkanie z niejakim Pawłem Włodarczykiem, dziennikarzem. Mężczyzna zamierza przedstawić Kani pewną teorię dotyczącą zaginionego obrazu Jana Matejki "Chrzest Władysława Warneńczyka" i swoje wnioski z poszukiwań, które przeprowadził. Niestety, dziennikarz nie dociera na miejsce spotkania. Jego auto taranuje tir, a Włodarczyk ginie na miejscu. Już na wstępie dowiadujemy się, że to nie był przypadek, lecz zaplanowane zabójstwo. Komu zależało na śmierci zwykłego dziennikarza z jednej z warszawskich gazet?
Kania, kiedy dowiaduje się o wypadku Włodarczyka, rozpoczyna własne śledztwo związane z obrazem. Intryguje go spowijająca malowidło tajemnica. W dodatku okazuje się, że wcale nie jest pierwszym prokuratorem, który próbował wyjaśnić zagadkę obrazu i ukrytej w nim przepowiedni. W dodatku jego poprzednik również zginął w wypadku...
Czego dotyczy przepowiednia? W skrócie, by nie zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że chodzi o próbę pojednania dwóch religii: chrześcijaństwa i islamu, czego będzie mógł dokonać wybraniec (łącznie narodzi się ich czterech), przychodzący na świat co 444 lata. W związku z tym w powieści obserwujemy wydarzenia z wszystkich czterech okresów: w roku 998, 1444, 1881 oraz 2332. Opisywane czasy nam współczesne zarezerwowane są dla Kani i jego śledztwa. Przyznam, że były momenty w tej wędrówce między czterema okresami w dziejach, które trochę mi się dłużyły, ale jednak musiałam przeczytać całość, aby nie stracić wątku. Najmniej przypadł mi do gustu przeskok w przyszłość, ale rozumiem, że taki był zamysł autora i ta część stanowi całość z wcześniejszymi rozdziałami.

Postaci w tej powieści jest naprawdę całe mnóstwo i trzeba się nieźle spiąć, aby je wszystkie ogarnąć i powiązać z opisywanymi wątkami. Pomocny może okazać się spis bohaterów, który znajdziecie na końcu książki.
Bohaterowie są dopracowani, wielowymiarowi, prawdziwi. Poznajemy ich trochę bliżej, włącznie z ich przeszłością, dzięki czemu lepiej rozumiemy ich zachowania i decyzje, które podejmują.

Jestem pełna podziwu dla pracy, jaką autor włożył w przygotowanie się do napisania tej powieści. Research musiał zrobić potężny i naprawdę szczegółowy, bo opisy historyczne są świetnie dopracowane. Wszystko napisane jest tak, że nie sposób dostrzec, gdzie przebiega linia między prawdą a fikcją literacką. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy potrafią na tyle opanować dane wiadomości, by umieć tak plastycznie opisać sceny bitew czy innych wydarzeń historycznych.

Powieść skojarzyła mi się w pewnym stopniu z twórczością Dana Browna czy Jamesa Rollinsa, ale autor pisze zdecydowanie spokojniej. Akcja nie pędzi na łeb na szyję, jak w cyklu Sigma Force, gdzie każda strona przynosi jakiś szok. Tutaj musiałam przestawić się na trochę wolniejsze tempo, by poznać wszystkie wątki i powiązać je tak, by zrozumieć odkrywaną przez kolejne rozdziały tajemnicę.
Urwałam jeden punkt, bo to ocena w stu procentach subiektywna, więc moja, ale nie sugerujcie się. Dla mnie to po prostu był bardzo, ale to bardzo spokojny thriller, którego akcja rozwijała się dość leniwie. Dreszczyk emocji pojawił się w chwili, kiedy dotarłam do śledztwa Kani. Resztę czytało mi się jak powieść historyczną. Jestem bardzo ciekawa, czy drugi tom serii napisany jest w podobny sposób, więc myślę, że sięgnę po niego w niedalekiej przyszłości.

Ocena: 5/6
©Bibliotecznie
Do sięgnięcia po książkę Macieja Siembiedy skłoniły mnie pozytywne recenzje, ale szalę przeważyło coś po trosze związanego z literaturą, ale jednak innego. Były to sympatia, szacunek, wzajemne uznanie i wsparcie panów Siembiedy i Bochusa, które zaobserwowałam w mediach społecznościowych, i które bardzo mnie ujęły. Twórczość Krzysztofa Bochusa znam i cenię, a dodając do tego to o czym wspomniałam, otrzymałam dosyć oczywistą odpowiedź – kolejną książką, którą będę czytała będzie 444.

Te zawiłe wywody opisane powyżej, to nic w porównaniu z tym co zaserwował nam autor w swojej powieści. Chylę czoła przed ogromem pracy jaka została włożona w napisanie tak złożonej i wielowarstwowej fabuły. Mnogość postaci, wątków, czasów akcji może przyprawić o zawrót głowy, ale na pomoc przychodzi "ściąga" umieszczona na końcu książki, dzięki której możemy odnaleźć się w gąszczu bohaterów powieści (tak, ebookowicze, miejcie to na uwadze, bo ja to udogodnienie „odkryłam” po skończeniu książki, czyli da się i bez niej nie zgubić). Poza tym fabuła została tak umiejętnie skonstruowana, że przy minimum skupienia wszystko zgrabnie układa się w całość. Ach i co ważne, przez 560 stron cały czas coś się dzieje, coś ważnego, mającego znaczenie i wpływ na kolejne puzzle lejtmotivu, czyli nie ma nudy! Pamiętacie szkolne lektury, gdzie „wycinało się” nużące opisy przyrody? W444 takiej sytuacji nie doświadczycie.

Nie sposób książki Siembiedy nie próbować zestawiać z książkami Dana Browna, choć porównań nie lubię i ich unikam. Z prostej przyczyny – w 444 głównym rekwizytem jest obraz, który został namalowany w 1881 roku przez Jana Matejkę pod tytułem „Chrzest Warneńczyka”. Przepowiednia w nim ukryta może odmienić losy świata. Obraz ten, który w przeszłości wielokrotnie zmieniał właściciela, zaginął. W czasach współczesnych jego losy bada prokurator IPN Jakub Kania. W czasie poszukiwań odkrywa, że sam obraz ściśle wiąże się z tak zwaną przepowiednią abry głoszącą, że co 444 lata, począwszy od 1000 roku, jeden wybraniec zyska szansę pojednania świata chrześcijańskiego z islamskim. Od tego momentu niejedno niebezpieczeństwo będzie czyhało na prokuratora Kanię.

Dałam się porwać, oj dałam, kunsztowi pisarskiemu autora – przez powieść się po prostu płynie. Poza tym niesamowitą wiedzą i umiejętnościami jej przełożenia na ciekawą fabułę – gdzież nas Siembieda nie zabrał? Z kim pozwolił nam obcować? Jakie miejsca, dwory, pola bitew, nawet przestrzeń kosmiczną odkrywaliśmy? Kupił mnie również humorem i niezwykłą organizacją pracy mającą przełożenie na efekt końcowy. Tak, 444 po skończonej lekturze jawi mi się jako ogromna walizka, obok której na początku leżała sterta niezbędnych rzeczy do zapakowania, wydawałoby się przekraczająca swoją objętością możliwości walizki, a zmyślny architekt tak to wszystko ogarnął, poukładał, zaaranżował, że nie dość, że wszystko się zmieściło (nie trzeba było nic odkładać ani dopychać kolanem), to jeszcze nic się nie zmięło i nie wylało. Wszystko wyszło idealnie.

W 444 Maciej Siembieda zdradził początek fabuły kolejnej swojej książki mającej tytuł Miejsce i imię. Chyba nie wątpicie, że po nią sięgnę? A 444 bardzo polecam wszystkim tym, którzy lubią kawał dobrej historii z podróżami w czasie i … przestrzeni.

Ocena: 5+/6
©Na czytniku
Kilka dni temu podjęłam się pewnego zadania: próbowałam znaleźć wszystkie książki, które przez media, blogerów lub wydawców zostały porównane do książek Dana Browna. Znalazłam kilka „podobnych do Kodu Leonarda da Vinci”, pisarzy piszących „niczym Dan Brown” oraz bohaterów „intrygujących jak Robert Langdon”. Oczywistym jest, że taki marketingowy zabieg może przynieść dużo dobrego, przełożyć się na zwiększone nakłady, a co za tym idzie – świetną sprzedaż. Wszystko zależy od tak zwanego „targetu”. Ja w tym wypadku jestem poza nim. Nie zachwycił mnie „Kod Leonarda da Vinci”, nie pokonały mnie Anioły i demony, a Inferno odłożyłam po stu stronach. Może i jeszcze to pierwsze przeczytałam z niejakim zainteresowaniem, może nawet zerknęłam przy okazji na Toma Hanksa walczącego z Opus Dei, ale naprawdę – ile można? Był to zasadniczy powód, dla którego książka 444 Macieja Siembiedy przeleżała na moim regale kilka ładnych miesięcy, zanim postanowiłam wreszcie zmierzyć się z lekturą. Przyznam, że porównywanie jej do hitu Browna całkowicie mnie zniechęcało. Płomyk nadziei tlił się jedynie w osobie autora, który jest przecież cenionym dziennikarzem, reportażystą (a to drugie w moich oczach czyni go szczególnym). Czy ktoś, kto jest trzykrotnym laureatem tzw. „polskiego Pulitzera” może stworzyć literacką kichę na miarę niedoszłego muzyka? Pewnie może, ale przecież nie musi. Z takim wewnętrznym dysonansem rozpoczęłam literacką podróż za przepowiednią arby, skrupulatnie oddzielając prawdę od fikcji.

Głównym bohaterem „trzech czwórek” jest obraz Jana Matejki „Chrzest Warneńczyka”, który – zgodnie z legendą – otwiera światu drogę do pojednania dwóch religii: islamu i chrześcijaństwa. Nic zatem dziwnego, że płótno staje się niezwykle pożądanym kąskiem dla wielu wpływowych osób. Za tę historię umierają ludzie, nieświadomi faktu, że nadepnęli na odcisk niebezpiecznemu bractwu Bokira, które od wieków za wszelką cenę chce zachować tajemnicę arby. Siembieda zabiera nas w podróż przez kilka czasoprzestrzeni. Startujemy w czasach współczesnych, by za chwilę znaleźć się w 998 roku wśród piasków pustyni, gdzie poznajemy okoliczności śmierci pierwszego z czterech. Podróżujemy przez XV wiek, by przypomnieć sobie, kim był Władysław Warneńczyk i w jakich okolicznościach na trzy dni rzeczywiście udało się zażegnać odwieczny konflikt między religiami. Wiek XIX to śmierć kolejnego z bohaterów przepowiedni, a także powstanie obrazu. Wiek XX to już pierwsze polskie śledztwa dotyczące arby, które płynnie przenoszą nas do naszych czasów, kiedy toczy się „właściwe” śledztwo. To tutaj Jakub Kania stara się rozwikłać zagadkę, na którą naprowadził go zmarły w tragicznych okolicznościach dziennikarz. Siembieda poszedł dalej, ukazując nam tajemnicę arby również w XXIV wieku.

Muszę przyznać, że dla mnie wszystkie futurystyczne opowieści są mało zjadliwe. Nie lubię wybiegać w przyszłość o kolejnych sto lat. Po przeczytaniu 444 odkryłam jedną rzecz: zjem wszystko, jeśli ktoś poda to w odpowiednio przyrządzony sposób, najlepiej z lekko pikantnymi przyprawami. Panu Maciejowi to się udało. Dotyczy to całych niemal sześciuset stron. Może rzeczywiście tematem swojej książki uczynił problematykę rodem z „Kodu Leonarda da Vinci”, jednak zrobił to z reporterską pieczołowitością. Czytając o Abelardzie da Tarragona czułam na twarzy samum, który wciskał między moje zęby ziarenka piasku. Z przyjemnością spędzałam czas w domu Jana Głębockiego, skradając się za plecami Leona Wyczółkowskiego poprawiającego dzieła mistrza Matejki. Wreszcie – zachłysnęłam się Jakubem Kanią, który jako inteligentny, bezpośredni, zabawny mężczyzna skradł moje serce. W zasadzie nie wiem już, czy tę historię opowiedział reportażysta czy raczej gawędziarz snujący piękną historię. Język, którym operuje pisarz, jest językiem erudyty. Przyznam, że to niezwykłe doświadczenie czytać książkę, która cieszy oczy, uszy i mózg pięknym językiem. Nie potrzeba do tego patetyzmu, szafowania swoją wiedzą z każdego zakresu. Tutaj czuć było, że Siembieda jest po prostu najlepszym człowiekiem do napisania takiej książki – jego przygotowanie, genialne łączenie wątków, mieszanie czasoprzestrzeni, ganianie czytelnika z jednego miejsca w drugie, wprowadzenie mnóstwa bohaterów – wszystko to wykonane z precyzją i wrażliwością. (Za nietuzinkowy sposób opisywania urody i osobowości Kasi Karewicz należy się najwyższa ocena.)

I ciągle się zastanawiam… Jak można porównywać Siembiedę do Browna? Niech się ten drugi uczy od pierwszego, a porównania niech tyczą się jedynie nakładu – życzę, żeby książki Pana Macieja sprzedawały się równie dobrze. Już za chwilę premiera kolejnej.

Ocena: 6/6
©Spadło mi z regała
Przyznać muszę, że dawno, bardzo dawno nie rozsmakowałem się tak w lekturze, jak było to w przypadku magicznej liczby zawartej w tytule 444. Nie potrzebowałem wiele, raptem kilkanaście stron i już miałem świadomość, że to, co najlepsze dopiero przede mną, że z każdą kolejną stroną będzie jeszcze ciekawiej i jeszcze intensywniej dotykać mnie będą różnorakie emocje.

444 lata, tyle według pewnej islamskiej przepowiedni arby dzieli jedną możliwość pojednania chrześcijaństwa z islamem od drugiej. To, co nie udaje się w roku 1000 ma realne szanse zaistnieć w 1444 dzięki polskiemu królowi. I to jemu Jan Matejko dedykuje swój najbardziej tajemniczy obraz. W 1881 roku maluje Chrzest Warneńczyka. Od tej chwili będzie to najczęściej kradzione, a jednocześnie bardzo tajemnicze i znane tylko nielicznym, dzieło sztuki. (...)

Cała recenzja na blogu: 444

Ocena: 5/6
©Żółta karteczka
Dziennikarz Paweł Włodarczyk od lat pasjonuje się zaginionym obrazem Jana Matejki – Chrztem Warneńczyka, namalowanym na zamówienie arcydziełem, które przez kilkadziesiąt lat zdążyło obrosnąć legendą. Włodarczyk ma zamiar zainteresować swoim śledztwem prokuratora IPN-u, Jakuba Kanię, ale niestety – w drodze na spotkanie ginie w wypadku samochodowym. Kania podejmuje jednak trop, który przez meandry historii prowadzi go do starożytnej przepowiedni, która bezpośrednio dotyka polskiego króla, Władysława Warneńczyka i jego portretu wykonanego przez Jana Matejkę. Przepowiednia mówi, że co 444 lata rodzi się człowiek zdolny pojednać chrześcijaństwo z islamem. Wszystko wskazuje jednak na to, że komuś bardzo zależy, by tajemnica obrazu nie ujrzała światła dziennego… Kto to jest i dlaczego tak stara się ukryć przed światem przepowiednię? Przekonajcie się, sięgając po 444 Macieja Siembiedy.

Myślę, że już ten skrót fabuły wielu z Was zainteresuje. Współczesny wątek śledztwa Jakuba Kani przetykany jest historiami z przeszłości i przyszłości, mamy więc okazję razem z Siembiedą przemierzyć Europę od Hiszpanii po Rosję, od roku 998 do 2332. Autor umiejętnie splata wszystkie te wątki, a często zmieniające się miejsca akcji i sceneria nadają powieści dodatkowego tempa. Uwagę zwraca mnogość postaci z różnych okresów historycznych, przy czym muszę zaznaczyć, że znaczna większość z nich to naprawdę dobrze wykreowani bohaterowie, każdy jest inny i w pewien sposób odzwierciedla mentalność i sposób myślenia ludzi swojej epoki. Oznacza to, że Autor odrobił zadanie domowe i dobrze przygotował się do pisania, co w przypadku tego typu powieści jest niezwykle ważne, bo moim zdaniem, jeżeli chcemy, by taka historia była wiarygodna, podstawą jest dobre i rzetelne umocowanie jej w historii.

Z początku troszeczkę bałem się, jak będzie właśnie z tą wiarygodnością i realizmem. Wiecie, po przeczytaniu powieści Dana Browna jestem na to uczulony. Pojednanie chrześcijaństwa i islamu? Brzmi na teorię, którą można rozwinąć do opowieści niesmacznej, nużącej, chwytającej się aktualnie modnego tematu islamu i terroryzmu. I pewnie m o ż n a b y to zrobić, ale 444 zdecydowanie uniknęło tego losu. Ta powieść jest, moim zdaniem, niezwykle wiarygodna, wątki i postaci historyczne i fikcyjne „zlewają się”, łączą w jedną całość tak, że granice pomiędzy nimi trudno dostrzec, i sami zaczynamy wątpić, co jest prawdą, a co nie. W ten sposób Autor osiągnął najważniejszy bodaj cel tego typu powieści – wciągnął mnie bez reszty i sprawił, że żyłem przygodami bohaterów, kibicując im całym sercem. I to mi się podoba!

Oczywiście 444 to nie powieść światowej klasy, bo dla mnie, z zasady właściwie, „przygodowe powieści historyczne” (bo tak nazywam ten typ literatury), do niej nie należą. Powieść Siembiedy nie unika pewnych schematów – mamy tu przepowiednię, mamy duet inteligentnego prawnika i jego ładnej, młodej towarzyszki, mamy zaginiony obraz… standard, można by rzec. Ale jednocześnie jest to standard, który się nie nudzi, bo to jednak inna historia, inny obraz, inny prawnik. Dodatkowo na korzyść 444 działa fakt, że to opowieść w większości o naszej polskiej historii, że odwiedzimy miejsca bliskie nam wszystkim, odgrywające w naszej historii ważną rolę. Widać wyraźnie, zwłaszcza w ostatniej części, której zdecydowanie najbliżej do fikcji, pragnienie Autora, by Polska stała się państwem znaczącym na arenie międzynarodowej… to najbardziej „naciągany” fragment, moim zdaniem, ale myślę, że można to wybaczyć… w końcu wszyscy, gdzieś w głębi serca, chcielibyśmy tego, nawet jeśli nie wierzymy, że to możliwe…

Podsumowując, 444 to fantastyczna, wciągająca opowieść dla każdego. Nieważne, czy interesujecie się historią, czy nie – Autor opisuje wszystko w taki sposób, że na pewno nie pogubicie się w opowieści. Znajdziecie tu i wątek sensacyjny, i tajemnicę, i dobrze poprowadzony wątek romansowy. Oczywiście nie powinniście się spodziewać historii swojego życia, ale jeżeli szukacie powieści na majówkę, na wiosenne wieczory, jeśli szukacie dobrej rozrywki i lekkiej, wciągającej lektury, to z czystym sumieniem mogę polecić Wam 444. Myślę, że nie pożałujecie!



Ocena: 4/6


©Kto czyta, żyje podwójnie
Sięgając po książkę 444 Macieja Siembiedy nie byłam pewna, czego mam się spodziewać. Fabuła już na pierwszy rzut oka przypomina nieco słynny Kod Leonarda da Vinci, chociaż ze wstydem przyznaję, że z twórczością Dana Browna do tej pory było mi nie po drodze. Jest to jednak na tyle rozpowszechniona historia, że prawdopodobnie każdy o niej słyszał i ma z nią pewne skojarzenia. Nie będę jednak w stanie ocenić, czy powieść Siembiedy ma szansę stać się polskim Kodem Leonarda da Vinci, ale trzeba przyznać, że książka jest na swój sposób intrygująca, choć co nieco jej brakuje.

Podobno w swoim obrazie Chrzest Warneńczyka Jan Matejko zawarł przepowiednię, która może odmienić losy świata. Podobno znajduje się tam wskazówka, w jaki sposób ma dojść do pogodzenia się religii chrześcijańskiej i islamskiej. Z tego powodu obraz ten jest wielce pożądany przez antykwariuszy, dyrektora Muzeum Narodowego, a także hitlerowskiego grabieżcę dzieł sztuki. Uwagę na niego zwraca również prokurator Instytutu Pamięci Narodowej, Jakub Kania. Wpada na trop związku obrazu Matejki z przepowiednią arby, zgodnie z którą co 444 lata na ziemi pojawia się wybraniec mający moc pojednania islamu z chrześcijaństwem. A jednym z nich był właśnie Warneńczyk… Ale chyba nie do końca wykorzystał swoją szansę.

Jakub to istota bardzo zawzięta, która choćby nie wiem, co się działo, będzie dążyła do swoich celów. A jego celem jest rozwiązanie zagadki Chrztu Warneńczyka. Kania stąpa po kruchym lodzie, bowiem każdy jego ruch jest śledzony przez współczesnych islamistów, którzy nie chcą, aby przepowiednia arby się wypełniła. Co więcej, obrazu Matejki pożąda także wiele innych osób. Czy rzeczywiście dzieło polskiego malarza stanowi klucz do przepowiedni? Czy na tym obrazie znalazło się coś, co może odmienić losy świata? Czy rzeczywiście istnieje szansa na pojednanie się dwóch skrajnych religii? Na te teoretycznie fikcyjne pytania stara się odpowiedzieć Jakub podczas swojego śledztwa. Początkowo toczy się ono dosyć powoli, potem mamy pewien przełom, aż tu nagle akcja się urywa, a my przenosimy się kilka lat w przód. O dziwo nie jest to nawet takie dezorientujące, jak mogłoby się wydawać.

Główny motyw tej powieści stanowi dochodzenie prowadzone przez głównego bohatera, ale mamy tutaj także pewną nutkę romansu. Na drodze Jakuba pojawia się Katarzyna Karewicz, wnuczka Kazimierza Karewicza, który był pasjonatem teorii spiskowych i interesował się również obrazem Matejki i przepowiednią o wybrańcach. Dodatkowym elementem są tutaj retrospekcje z przeszłości, z różnych okresów. Raz przenosimy się do roku 998, potem do lat 1440-1444, nie brakuje także zaprezentowania przeszłości z okresu 1881-1893, kiedy to żył Jan Matejko. Jednak główna akcja toczy się w latach obecnych, ale intrygujące może być samo zakończenie, kiedy to autor przenosi nas do roku 2332. Zapewne wszystko to miało połączyć się w jedną, logiczną całość, jednak w moim odczuciu niektóre sytuacje były tutaj ni przypiął, ni przyłatał. Nie byłam w stanie dostrzec ciągu przyczynowo skutkowego, a w przypadku takich thrillerów jest to jeden z bardziej istotnych elementów.

Choć zaprezentowana tutaj historia naprawdę potrafi wciągnąć, tak w pewnym momencie czytelnika uderza brak dynamiki i napięcia. Chociaż pojawia się zarys pewnego niebezpieczeństwa i akcji, to jest on raczej bardzo stonowany i nie da się go odpowiednio wyczuć. Idziemy do przodu wraz z bohaterami, ale czegoś tutaj brakuje. To książka, która posiada w sobie tajemnicę, ale jest napisana bardzo lekko i zdecydowanie nie należy do zbyt skomplikowanych i wymagających powieści. Choć niektóre rzeczy niezbyt mi się sobą współgrały, tak książkę czyta się przyjemnie. Niestety, nie wywarła na mnie takiego efektu, jakiego bym oczekiwała. Jest dobra, poprawna i napisana w taki bezpieczny, schematyczny sposób. Maciej Siembieda nie przekroczył żadnych granic i nie wyszedł poza normy, trzymał się tego, co jest już czytelnikom dobrze znane. Dlatego Ci, którzy szukają czegoś bardziej zaawansowanego i innowacyjnego mogą się poczuć rozczarowani po lekturze 444. Jednak na pewno znajdą się i tacy, którzy mają ochotę na coś lekkiego, utrzymanego właśnie w takim stylu, jaki zaprezentował autor.

Ani specjalnie nie odradzam, ani specjalnie nie polecam. Pozostaję neutralna. Książka potrafi wciągnąć i ma swoje zalety, ale też nie jest to coś wyjątkowo ambitnego, co skłaniałoby nas do dogłębnych analiz i wbijało w fotel. Teoretycznie mamy tutaj wszystkie te elementy, które być powinny: spisek, intryga, tajne stowarzyszenia, sensacja, pościg, groźby, romans… Ale czegoś zabrakło. 3/6

Ocena: 3/6
©BookeaterReality
Komentarze dotyczące książki:
  • Awatar

    Tajemnica, która nie porywa.

    W mojej głowie istnieje specjalna szufladka, do której myślałem, że „444” Macieja Siembiedy pasuje jak ulał – „książki biblioteczno – tramwajowe” - takie nie do końca guilty pleasure, choć niebezpiecznie się o tą kategorię ocierające, jednak albo fajnie, sprawnie napisane, albo pozwalające dowiedzieć się czegoś ciekawego. Generalnie są to książki, po których nie spodziewam się zbyt dużo - mają pomóc zabić czas przy codziennych dojazdach do pracy, ale nie chcę po przeczytaniu zostawiać ich w kolekcji.

    I co? I niestety spotkał mnie zawód.

    Niby historia zapowiada się fajnie. Mamy zaginione płótno Jana Matejki, mamy młodego, ambitnego prokuratora IPNu, który próbuje je odnaleźć, mamy tajną islamską organizację pozbywającą się każdego, kto stanie na jej drodze; dodatkowo, co autor podkreśla w epilogu, wiele z wydarzeń opisanych przez niego w powieści miało miejsce w rzeczywistości – Czego chcieć więcej? Już odpowiadam.

    Po pierwsze postaci są wycięte z papieru, stereotypowe do bólu, infantylne i po prostu nudne - służą tylko za nośniki dialogów, za długich, encyklopedycznych zdań, irytujących i nieciekawych, co sprawia, że czytanie powieści nie jest zbyt przyjemne; do tego autor powinien dość solidnie popracować nad warsztatem pisarskim.
    Po drugie książka jest stanowczo za długa, akcji brakuje tempa, co w thrillerze jest niedopuszczalne; różne poboczne historie, nijak nie nie mające się do akcji, jakieś anegdotki, czy ciekawe czy nie to już inna kwestia, kompletnie nic nie wnoszące do fabuły – czytasz coś o forsowaniu Odry przez czerwonoarmistów, czytasz i … nic z tego nie wynika.
    I po trzecie – absolutny brak logiki już na poziomie budowania akcji! Liczysz na jakiś zwrot, na coś, co wyjaśnia dlaczego ten obraz jest taki ważny i nie dostajesz nic konkretnego, jakby autor nie miał pomysłu na co komu właściwie to płótno jest potrzebne.

    Podsumowując, media obiecały polski Kod Leonarda Da Vinci (pomimo wielu zastrzeżeń do bestselleru Browna, powieść Amerykanina jest o dwie, trzy półki wyżej), lub przygód na miarę Pana Samochodzika (jakaś kpina), a dostajemy książkę przegadaną, nudną, przewidywalną i ze dwa razy za grubą – szkoda zmarnowanego potencjału, zdecydowanie nie polecam.

  • Awatar

    www.czytaska.blogspot.com

    Pan Samochodzik? Robert Langdon? Tirso Alfaro? "Bezcenny" Miłoszewskiego? Sceny z "Sejfu" Sekielskiego? Wszystko co tam było fascynujące jest też w "444" i to z nawiązką, a główny bohater (to największe zdziwienie - prokurator IPN nie jest zamroczonym oszołomem tylko normalnym człowiekiem?!?!?) Jakub Kania jest sympatyczny i sprytny.

    Tajemnice, szyfry, współczesność, historyczne retrospekcje. Wyprawy krzyżowe, bitwa pod Warną i powstanie styczniowe, Al-Kaida i serbscy zamachowcy, podejrzane wypadki w górach i centrum Warszawy, ukryte leśniczówki i tajemnicze wyspy (też uwielbiam jak Jakub i Kasia!), tajne śledztwa izraelskich służb i akcje polskiego wojska w Bagdadzie, zbrodnie hitlerowskie i radzieckie mistyfikacje.
    I Matejko, nudny i zarozumiały celebryta swoich czasów czy wielbiciel tajemnic i szyfrów, ukrywający je w swoich dziełach.
    Przygoda, sensacja, historia, kryminał, szczypta romansu, no i dekoracja z fantastyki! Oczywiście, że to wszystko bajka! Ale jaka!

    560 stron w niecałe trzy dni! Szczerze, to już nie mogę się doczekać kolejnej tajemniczo - przygodowej książki! Kiedy "Miejsce i imię"? Mam nadzieję, że szybko! Bo naprawdę "444" jest ZNAKOMITE!

Warto zerknąć