Królestwo kanciarzy
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 4.61 / 5.00
liczba ocen: 74275
Ilość stron (szacowana): 608
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
24.90 zł
31.92 zł
32.30 zł
38.00 złpremium: 22.80 zł
38.00 zł
Pozostałe księgarnie
19.76 zł
31.78 zł
32.30 zł
33.82 zł
34.50 zł
37.99 zł
38.00 zł
Opis:

Kontynuacja znakomitej „Szóstki wron”. Wojna zbiera krwawe żniwo. Lojalność w obrębie ekipy zostaje wystawiona na próbę. Kaz i jego ludzie muszą się postarać, żeby znaleźć się po stronie zwycięzców. Bez względu na koszty…

Kaz Brekker i jego ekipa dopiero co przeprowadzili skok przekraczający najśmielsze wyobrażenia. Zamiast jednak dzielić sowite zyski, muszą walczyć o życie. Zostali wystawieni do wiatru i poważnie osłabieni; dokucza im brak funduszy, sprzymierzeńców i nadziei…
Leigh Bardugo w fenomenalny sposób łączy w swojej serii fantastykę, przygodę i akcję dorównującą najlepszym filmom sensacyjnym. O tej autorce usłyszymy jeszcze nie raz!

CYTATY:
Zawsze uderzaj tam, gdzie cel nie spodziewa się ataku.
Człowiek zniesie każdy rodzaj bólu, ale wstyd... Wstyd potrafi pożreć go w całości.
Cierpienie niczym nie różni się od innych rzeczy: kiedy człowiek z nim żyje dostatecznie długo, uczy się doceniać jego smak.
Jeśli nie możesz wygrać, zmień zasady gry.
Nie da się wyprawić przyjęcia, jeśli nikt nie dostanie zaproszenia.
Recenzje blogerów
Wiecie co, bardzo lubię książki Leigh Bardugo. I prawdopodobnie gdybym tę recenzję pisała kilka dni temu, wyglądałaby zupełnie inaczej. Byłaby pełna emocji, które sprawiły by, że moglibyście wielu rzeczy nie zrozumieć. Kilka dni odpoczynku pozwoliło mi na pewien dystans i sprawiło, że do pisania tej recenzji podeszłam zupełnie inaczej. Dużo bardziej krytycznie. I szalenie się z tego cieszę. Poznajcie recenzję nie przesłodzoną, którą trudno znaleźć, gdy chodzi o tę konkretną książkę.

Stawka gry jest ogromna. Fabuła zaczyna się w miejscu, gdzie skończyła się akcja Szóstki Wron. Wylan ma twarz Kuwei'a Yul-Bo, Inej wpada w poważne tarapaty, a do tego każda Wrona chce się zemścić i pokonać van Ecka. Ale to nawet nie jest ułamek tego, co Was czeka. Ta książka to wypadkowa przygody i szaleństwa, mroku i fascynacji. Udało mi się wydzielić cztery wątki. I każdy z nich kochałam tak samo. To jest niesamowite.

Nie czytałam Trylogii Griszy, więc trudno mi ocenić progres w warsztacie Bardugo. Wiem tylko, że kocham jej styl. Dulogia Szóstka Wron jest złożona, bogata w wątki i bardzo dobrze napisana. Jestem pod wrażeniem, jak dobrze poradziła sobie autorka z kilkoma perspektywami. Leigh żongluje wieloma różnorodnymi postaciami i sprawia, że z każdym z nich czujemy jakąś więź, przejmujemy się ich losami. Do tego sprawnie prowadzi czytelnika, nie pozwalając mu się zagubić w miejscami zawiłej akcji. Choć nadal mam problem z pojęciem, jak udało się to wszystko wymyślić pisarce. To ile jest tutaj różnych plot twistów jest niesamowite. Kilka razy mój mózg nie chciał wszystkiego przyjąć do wiadomości i kilka razy czytałam jedno zdanie, żeby się upewnić, czy to co się stało, stało się naprawdę.

Porównywanie tej książki do rollercoastera będzie frazesem, ale taka jest rzeczywistość. Królestwo kanciarzy zagwarantuje wzloty i upadki emocji, śmiech i łzy, radość i frustrację. Historia jest seksowna, mroczna, brutalna, ale i romantyczna. Od skrajności w skrajność. Bardugo nie uznaje półśrodków. Akcja i napięcie nigdy nie ustępują. Autorka nie stworzyła zwykłej książki. To bestia, która w końcu wyrwie ci serce! Bardugo uderza w serce czytelnika. I to mocno. Koniec to czysta doskonałość. Był rodzaj zakończenia, które rozrywa serce na pół, ale jest to również zakończenie, na które zasługuje ta historia. Pozostawia ochotę na więcej, ale wiem, że zakończyła się w odpowiednim miejscu.

Mimo moich wielu zachwytów, muszę przejść do minusów i wad tej książki. Każdy tekst literacki ma słabe miejsca, ten również. I właśnie to początek jest problemem. Miałam pewne trudności, żeby wgryźć się w historię, coś mnie powstrzymywało, a nawet odrzucało. Wyzwaniem było dla mnie przeczytaniem kilku stron. Po wybuchowym zakończeniu Szóstki Wron liczyłam, że Królestwo Kanciarzy będzie płynną kontynuacją, ale trochę się przeliczyłam. Po przetrwaniu pierwszych około dwadzieścia pięć procent objętości książki było już dużo lepiej. Cieszę się, że się nie zraziłam i przeczekałam najgorsze.

Autorka pod otoczką fantastyki przedstawia kwestie drażliwe. Warstwy społeczne, związki homoseksualne, pozycje kobiet i rolę religii. Jak sobie z tym poradziła? Nie najgorzej. Każdy z naszych bohaterów ma innego boga, wszyscy żyją w zgodzie, jedni się modlą, a drudzy mają wszystko w głębokim poważaniu. I to jak najbardziej oddaje realną sytuację. Leigh Bardugo stworzyła dwie ważne bohaterki, ale wcale nie próbowała feminizować na siłę. Inej reprezentuje zupełnie inny typ kobiety niż Nina. I bardzo się z tego cieszę. Miłość homoseksualna jest bardzo subtelna, ma się wrażenie, że jest to bardzo naturalne, a autorka przemyca prawidłową postawę rodzica względem dziecka, o innej orientacji seksualnej. Niestety, ale problem klas społeczny został rozegrany w najgorszy z możliwych sposób. Powieść w żaden sposób, w tej kategorii, nie odbiega od znanych nam stereotypów. Jest to kolejne powielenie. I to bardzo boli. Chciałabym jakiegoś przełamania, rozmontowania problemu. Zdaję sobie sprawę, że być może fantastyka nie jest najlepszym miejscem przeznaczonym do tego, ale skoro autorka postanowiła wybrać, świadomie lub mniej, taki temat, powinna sobie z tym poradzić. Tak się jednak nie stało. A szkoda.

Moim ulubionym bohaterem do tej pory był Kaz. Mam słabośc do przebiegłych i bezwzględnych bohaterów. Jednak w Królestwie Kanciarzy Leigh Bardugo go trochę zepsuła. Nie mogłam uwierzyć, że on walczy ze swoimi wewnętrznymi demonami, kiedy jego walka była opisana na trzech stronach. Większość jego interakcji z bohaterami składała się z rozkazów. Miałam wrażenie, że ​​jest on skorupą samego siebie.

W niektórych momentach zabrakło mi spokoju. Akcja pędziła na łeb, na szyję i w dużej mierze mi się to podobało, ale czasami oczekiwałam postoju. Przez to miałam pewien problem z przejmowaniem się losem bohaterów, bo nie miałam czasu ich lepiej poznać. I to było widać na głównej złej postaci. Nie czułam z nim żadnego związku i mało obchodził mnie jego los. A szkoda. Bo to mogłoby wzmocnić końcowy efekt.

Nie zrozumcie mnie źle. Mnie się naprawdę podobało. Jednak uważam, że pewne rzeczy dało się napisać lepiej. A już na pewno powinna zrobić to Leigh Bardugo, bo pierwszy tom się zdecydowanie bardziej podobał. I chociaż zakończenie rozerwało mi serce, to uważam, że jest to najlepsze zakończenie, jakie mogła napisać Bardugo. Ci bohaterowie zasługiwali na nie.

Ocena: 4+/6
©Literowa
Królestwo kanciarzy to udana kontynuacja dylogii Szóstki wron. Podobnie jak w pierwszej części, nie brak w niej zaskakujących zwrotów akcji, przekrętów, intryg i ekscytujących przygód. Kaz wraz z ekipą szumowin musi stawić czoła piętrzącym się przeciwnościom losu.

Akcja toczy się bezpośrednio po wydarzeniach z Lodowego Dworu - nie zwalniając, od razu przenosimy się w wir wydarzeń. Leigh Bardugo zabiera czytelnika do Ketterdamskich uliczek, których mroczny klimat buduje osobliwą atmosferę. Pomimo, iż Szóstka wron bardziej przypadła mi do gustu, to Królestwo kanciarzy dostarczyło mi również wiele emocji i dobrej zabawy. W tej części poznajemy bliżej postacie wcześniej nieco schowane przed czytelnikiem. Dowiadujemy się znacznie więcej o Wylanie i Jesperze, relacja między Niną a Matthiasem dojrzewa, a wątek Inej i Kaz zostaje konsekwentnie poprowadzony w obranym przez autorkę kierunku. Królestwo kanciarzy to przede wszystkim bohaterowie, którzy chociaż w mojej opinii stracili nieco wyrazistość, stali się bardziej ludzcy.

Leigh Bardugo stworzyła klimatyczną serię z gatunku literatury młodzieżowej, jedną z lepszych jakie czytałam. Szczególnie podobało mi się, że elementy fantastyczne nie dominowały w powieści, a dodawały jej smaku. Królestwo kanciarzy to obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy sięgnęli już po Szóstkę wron. Natomiast obie części spodobają się nie tylko tym młodszym fanom fantastyki.

Ocena: 4/6
©Obsesyjna
Kilka miesięcy temu przeczytałam wyśmienicie wciągającą książkę, jaką była Szóstka wron. Dobrze pamiętam, że na początku odrobinę zapierałam się przed lekturą tej powieści, bo Leigh Bardugo, do której nie miałam zaufania za grosz; bo te nieszczęsne Grisze, co początki miały dobre, ale środki i końce już nie. Na moje (nie)szczęście, zawsze mogę liczyć na kilka pomocnych dusz z metaforycznymi tasakami w rękach, którymi wywijają w każdą stronę, zachęcając do czytania, poznawania i wyzbywania się uprzedzeń. Zaspoileruję Wam z miejsca - zakochałam się. Pokochałam Szóstkę wron od pierwszych stron, od pierwszych zabawnych dialogów i łotrzykowskich klimatów. Pokochałam tę historię z całym inwentarzem i każdą ułomnością, jaką zawierała - a niestety było ich kilka. Na kontynuację wydawnictwo Mag nie kazało czytelnikom czekać długo, chociaż, tak szczerze, dla mnie była to cała wieczność. Kiedy więc w końcu Królestwo kanciarzy przywędrowało w me zachłanne ręce, powróciłam na brudne, niebezpieczne uliczki Ketterdamu i zaczęłam czytać.

Lekturę ostatniej części tej wciągającej dylogii skończyłam już jakiś czas temu, lecz z ciemnych uliczek, pełnych szulerów i kieszonkowców wciąż nie powróciłam. Nie zamierzam.

Leigh Bardugo zręcznie plecie intrygę, po raz kolejny stawiając swoich bohaterów przed niemożliwymi wręcz zadaniami. Jak jednak w Szóstce wron mieliśmy do czynienia z sześcioma postaciami, które wcale się nie znały; szukały swoich mocnych i słabych stron; dopiero stawały się tym zespołem, którym powinny, tak w Królestwie kanciarzy ich wzajemna lojalność i braterstwo wydzierają z każdego zdania, sprawiając, że powieść czyta się naprawdę przyjemnie. Strasznie miło było mi obserwować w pierwszym tomie, jak Matthias i Nina odpychają się i przyciągają; Kaz po trupach zmierza do upragnionej zemsty, a Inej mu w tym pomaga; Jasper walczy ze swoim nałogiem, a Wylan z ojcem i rodzinną spuścizną. Autorka stworzyła barwne, interesujące postacie, z jakimi naprawdę trudno jest się nie utożsamiać, czy im nie kibicować.

Uwielbiałam czytać o ich przygodach, nawet pomijając fakt, że większość tych przekrętów wydawała mi się uroczo naiwna, biorąc pod uwagę, jak wiele rzeczy mogło pójść nie tak; ile zaangażowanych w nie osób mogło coś - nazywać rzeczy po imieniu - spartolić. Nie pomagał tutaj także fakt, że chociaż intrygi Wron wydawały się szczegółowe i dopięte na ostatni guzik, jestem pewna, że w prawdziwym życiu wcale by nie przeszły. Trudno jednak się gniewać czy umniejszać przez to całej historii, kiedy całość wypada tak nieziemsko olśniewająco; od lektury powieści naprawdę trudno się oderwać; a żonglowanie sześcioma narracjami wychodzi Bardugo jeszcze lepiej niż poprzednio.

Zostańmy jeszcze na moment przy tych sześciu narracjach, ponieważ istnieje jeden, ogromny problem, jaki mam z tą dylogią, a jest nim niestety wiek bohaterów. Naprawdę staram się zrozumieć argument, jako że gdy autor pragnie z daną historią wbić się w konkretny target, najlepiej choć trochę pisać pod publiczkę. Szóstka wron i Królestwo kanciarzy to jest typowe młodzieżowe fantasy, przede wszystkim kierowane do nastolatek. Tym sposobem niby dzieje się mnóstwo złych rzeczy, a nasi bohaterowie nie raz wpadają w tarapaty, lecz jako takich scen +18 czytelnik tutaj nie uświadczy. Niestety, zabieg ten działa na niekorzyść całej historii, zwłaszcza wtedy, kiedy Bardugo próbuje wmówić swoim czytelnikom, że nie pisze o dzieciach, że jej bohaterowie są ciężko doświadczeni przez los, każdy z nich ma swoją własną, mroczną przeszłość i tak dalej, i tak dalej... A potem obwieszcza wszem i wobec, że mowa o szesnastolatkach. W takich momentach zaczynam się zastanawiać, kiedy autor ostatni raz widział prawdziwego szesnastolatka na oczy. Także, podsumowując, rozumiem zabieg, ale to nie zmienia faktu, że podobne podejście spłyca całą historię; sprawia, że wydaje się ona w jakimś stopniu najzwyczajniej nienaturalna i pretensjonalna.

Ogromny plus za to za wprowadzenie wątku LGBT, który - ach musicie to przyznać! - mógłby równie dobrze zostać wyśniony przez wszystkie fangirl shippujące tę parę. Bezwstydnie przyznam, że ja shippowałam. Poza tą miłą niespodzianką, Leigh Bardugo umieszcza w Królestwie wron jeszcze kilka innych atrakcji, niestety niektóre z nich są mniej przyjemne niż te pozostałe. W tym momencie chciałabym napisać, że bardzo, ale to bardzo nie podobało mi się, w jaki sposób pisarka poprowadziła jeden z ważniejszych dla powieści wątków. Z jednej strony wiadomo, że wszystko dla Wron nie mogło być słodkie, piękne i proste, ponieważ wtedy nie byłoby to łotrzykowskie fantasy o bohaterach, których życie doświadcza, ale oni wciąż stoją i się nie poddają. Rozumiem więc, dlaczego autorka akurat w taki sposób poprowadziła rzeczony wątek. Mam jednak pretensje do sposobu, w jaki to zrobiła. Gdy już ta nieprzyjemna niespodzianka nadeszła, wydawała mi się bardzo nie na miejscu; tak doczepiona do fabuły na taśmę klejącą i jeden pacierz, żeby jednak nie było tak pięknie i kolorowo i coś złego się w tej książce wydarzyło. Przepraszam, wiem że piszę w tym momencie odrobinę nieskładnie. Jeśli przeczytacie tę powieść, będziecie wiedzieć, co mam na myśli.

A przeczytać ją na pewno powinniście, podobnie jak pierwszą część dylogii, czyli Szóstkę wron. Już dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas czytania powieści młodzieżowej, takiego młodzieżowego, łotrzykowskiego fantasy. Leigh Bardugo w swojej najnowszej serii serwuje czytelnikom mnóstwo dobrej rozrywki; zapierające dech wydarzenia; odrobinę magii i ponurego, Ketterdamowskiego klimatu oraz wielowarstwowych, charakternych bohaterów, z którymi naprawdę nie można się nudzić. Po nużącej Griszy, Szóstka wron i Królestwo kanciarzy jest najlepszym, co mogło mnie spotkać i przywrócić wiarę w Leigh Bardugo. Teraz (nie)cierpliwie czekam na kolejne powieści i może... jakiegoś spin-offa? Z jednej strony wiem, że przygoda Wron nie mogłaby skończyć się lepiej, że pisarka po mistrzowsku podarowała im coś w rodzaju happy endu (chociaż tak nie do końca!), ale, ech, ale sami wiecie! Moje czytelnicze serce bije w rytm kontynuacji i nowej przygody. A kto mógłby mu odmówić?

Ocena: 5/6
©Nocny Cień
Królestwo kanciarzy to jedna z tych książek, na które czekałam i wypatrywałam informacji o nich w zapowiedziach. Szóstka wron była lekturą nieprzeciętną, pełną niespodzianek i wywołującą u czytelnika sporo emocji. Nie spodziewałam się tego po niej i pokochałam ją. Nie tylko ja: większość świata odniosła podobne wrażenie. Słyszałam kilka negatywnych opinii, jednak koniec końców zostały przytłoczone przez te pozytywne. Królestwo kanciarzy nie musiało długo czekać na zainteresowanie z mojej strony. Coś się jednak zmieniło: albo we mnie, albo w tej serii. Wcale a wcale nie jestem zachwycona. Ani trochę.

SPOJLERY DO SZÓSTKI WRON
Kaz nienawidzi tego, że razem ze swoją ekipą został okpiony. Zaciska zęby z nerwów i ma zamiar odzyskać swoje - niekoniecznie uczciwie - zarobione pieniądze oraz Inej, która została porwana. Po wcześniejszych wydarzeniach muszą się ukrywać, a w mieście trwają wzmożone poszukiwania Kuweia, jak i Wylana. Do Ketterdamu zjeżdżają potężne siły z całego świata gotowe zrobić wszystko, by zdobyć receptę na super niebezpieczny narkotyk, jakim jest jurda parem, którego sekret kryje się w głowie Kuweia. Magia Griszów jest w potężnym niebezpieczeństwie.
Kaz Brekker ma plan.
KONIEC SPOJLERÓW

O szacunek się nie prosi, trzeba sobie na niego zasłużyć.

Kaz Brekker jest postacią, którą kocham. Naprawdę. Całym sercem. W drugim tomie jednak został bardzo spłaszczony i stracił trochę tej swojej kazowatości, przez co odniosłam wrażenie, że to ktoś całkiem inny. Rozumiem motyw bohatera, który przechodzi przemianę wewnętrzną, jednak tutaj nie wyszło to nikomu na dobre. Dużo się w nim nie zmieniło, a równocześnie zmieniło się wszystko. Leigh Bardugo skupiła się tu bardziej na Wylanie, który w Szóstce wron był raczej tłem, niż równoważną postacią. Tutaj polubiłam go dużo bardziej, a zakończenie jego wątku spodobało mi się najbardziej ze wszystkich. Inej, Matthias oraz Nina również stracili sporo ze swojej żywotności. Czasami ciężko mi było przypomnieć sobie dlaczego tak bardzo ich polubiłam i za co.

Słyszałam, że ta książka łamie serce swoim zakończeniem. Błąd. Owszem: zrobiło mi się trochę przykro. Ale nic więcej. Gdzie łzy, gdzie przytłaczający smutek i ból rozstania? Królestwo kanciarzy to druga i równocześnie ostatnia część tej serii, ale nie ruszyło mnie to. Leigh Bardugo próbowała rozegrać to wszystko z przytupem - i pod względem logicznym jej to wyszło - jednak zboczyła trochę z wcześniej obranej ścieżki. Takie rozegranie tego nie pasuje. Oczekiwałam czegoś innego, przez co bardzo się zawiodłam. Fabularnie Królestwo kanciarzy nie jest takie złe, acz brakuje tu czegoś ważnego. Nie potrafię uchwycić dokładnie czym jest to coś, ale odnoszę wrażenie, że zrobiłam błąd sięgając po kontynuację. Mogłam żyć w nieświadomości i nie wiedzieć, jak bardzo kiepska ona jest.

(...) te najstraszniejsze potwory nigdy nie wyglądają jak potwory.

O ile w poprzedniej części magia Griszów się pojawiała, jednak nie wysuwała na pierwszy plan, tak Królestwo kanciarzy ma w sobie jej całkiem sporo i nie da się nie dostrzec postaci, które pojawiły się już w Trylogii Grisza - a przynajmniej tak słyszałam. Nie mam zamiaru chwytać za nią więc nie przeraziły mnie w żaden sposób spojlery, które się tu pojawiły, jednak jeśli chcecie przeczytać poprzedni cykl Leigh Bardugo darujcie sobie na razie Królestwo kanciarzy. Dużo nie stracicie. Być może po tych wszystkich zachwytach dotyczących tej książki miałam co do niej zbyt duże oczekiwania, jednak kiedy przeczytałam kilkanaście pierwszych stron uderzyło mnie rozczarowanie tak mocne, że nie mogłam się pozbierać. Chciałam walczyć z Inej o lepszy świat, pomóc Kazowi w jego planach, a śledziłam ich losy bez większego zainteresowania. Poczułam się tak, jakby mój Kaz z pierwszego tomu umarł, a zastąpiła go jakaś marna kukła, która czasami - owszem - zarzuci jakimś dobrym pomysłem, jednak to nie to samo.

O ile Szóstka wron była książką, która pochłonęła mnie praktycznie od pierwszych stron to Królestwo kanciarzy w ogóle. Nie mogłam się w nią wbić, a całość okazała się być po prostu... dobra. Nic więcej. Oczekiwałam bomby, a dostałam marną petardę, która na dodatek nie wybuchła. Ciężko mi to wszystko pisać. Przed oczami mam wydarzenia z pierwszej części i wciąż czuję lekki dreszcz, który mi wtedy towarzyszył. Kiedy myślę o drugim tomie mam ochotę wzruszyć ramionami, popatrzeć jeszcze trochę na to piękne wydanie, odłożyć ją na półkę i zapomnieć o tym tragicznym rozczarowaniu, którego doznałam. Dobrze było skończyć tą duologię i dziękuję Bogu, że nie będzie tego więcej. Leigh Bardugo - to koniec naszej przyjaźni.

Ocenka: 3/6
©Papierowe Miasta
Komentarze dotyczące oferty:
Inne proponowane
Warto zerknąć