ebook Księga morza czyli Jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
3.61 / 5.00 (liczba ocen: 183) Ilość stron (szacowana): 336

Księga morza czyli Jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku

Chcę otrzymać powiadomienie,
kiedy oferta będzie dostępna
Podając nam adres e-mail
lub korzystając z konta na Facebooku

damy Ci znać, kiedy oferta będzie dostępna.
EMPIK#EMPIK WTK
EMPIK#EMPIK WTK
Aktualnie brak dostępnej pozycji do zakupu
Warto zerknąć

Przez fiordy na otwarte morze… Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wielkie wyzwania. Pozwala uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie.

Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja?
W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować.
Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.
Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.

„Genialna literatura faktu. Wiedza i mądrość Strøksnesa na temat morza jest bezcenna i bezkresna, w dodatku spisana przejrzystym, norweskim stylem” – „Vart Land”

„Bogata, pełna energii książka, która sprawi, że zatęsknicie za podróżowaniem… Największe skarby można odnaleźć w morskich głębinach – pisze autor z zaraźliwą pasją. I to owa pasja jest dla książki najbardziej charakterystyczna” – „Prosa”

„Arcydzieło… Dzięki perfekcyjnej kompozycji i inspiracji prawdziwym życiem książka Strøksnesa mogłaby stanąć obok takich klasyków jak choćby «Stary człowiek i morze» Hemingwaya” – „Bergens Tidende”

Księga morza czyli Jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku od Morten A. Strøksnes możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Naprawdę mało wiemy o morzach i oceanach. Więcej ludzi zbadało powierzchnię księżyca, niż morskie głębiny. Być może to właśnie dlatego poznanie – choć w niewielkim stopniu – tego, co w nich żyje, wydaje się być dla mnie fascynujące.

Książka, po którą sięgnęłam tym razem, należy do gatunku non-fiction. Zauważyłam, że choć w ostatnim czasie przeczytałam trochę więcej (z racji zrobionego w zeszły weekend maratonu), to literatura faktu nadal jest jedną z tych, z którymi obcuję najrzadziej, mimo że wolę by było zupełnie na odwrót. Dlatego tym razem trafiło na „sięgę morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku autorstwa Mortena A. Strøksnesa w przekładzie Marii Gołębiewskiej-Bijak. Statek, Hugo i ja jesteśmy trzeźwi jak noworodki. To morze jest pijane. Ileż to razy wychylałem się za burtę, wpatrzony w otchłań? Tę niespełna 340 stronicową książkę połknęłam jednego dnia. I choć z początku nie przekonała mnie do siebie językiem, to zdecydowanie trafiła do mnie treścią. Zresztą, pozycje wydawane przez Wydawnictwo Literackie w większości przemawiają do mnie od razu, jak było na przykład z autobiografią Knausgårda. Przeczytanie omawianej dzisiaj historii odkładałam jednak w czasie. Czekała ona sobie na półce, aż po nią sięgnę i tak minęły chyba ze dwa lata, zanim do tego doszło. Tu postawię sobie pytanie, dlaczego właśnie teraz? Odpowiedź będzie krótka, ponieważ morze, oceany oraz morskie stworzenia fascynują mnie i choć sama nie zajmuję się ich badaniem, to lubię dużo czytać na ten temat, oglądać i wyobrażać sobie, do czego natura jest jeszcze zdolna, a czego my nie jesteśmy jeszcze świadomi. Specjalny gatunek niebieskozielonych glonów jest tak produktywny i liczny, że naukowcy przyjmują, iż wytwarza dwadzieścia procent ziemskiego tlenu. A do lat dziewięćdziesiątych nauka nawet nie wiedziała o jego istnieniu. Książka ta nie jest tylko opowieścią o poszukiwaniu i łowieniu rekina polarnego żyjącego w wodach morza norweskiego. Autor wraz ze swoim przyjacielem – ekscentrycznym malarzem i rybakiem Hugonem znajduje się na Lofotach, archipelagu będącym jednym z najpiękniejszych miejsc w całej Norwegii. Tam właśnie towarzyszy w wyprawach na głębiny, opisując przy tym każdą z przeprowadzonych wypraw i połowów, a zarazem raczy nas ciekawostkami związanymi z nieznaną nam otchłanią. Łagodny szept morza, suche ciepło słońca, idealna przejrzystość powietrza – wokół pełny spokój. Takie dni się kolekcjonuje i zachowuje w pamięci przez lata. Czym jest Moskstraumen lub Velella Velella? Kim był Johan Hjort? Dlaczego swego czasu mieszkańcy Nordlandu gardzili zwykłą makrelą? Na te i inne pytania z pewnością odpowie nam książka. Momentami czytałam ją, myśląc, że przed sobą trzymam encyklopedię. I jest to zarówno pozytyw, jak i pewnego rodzaju zarzut. O ile mi, osobie, która interesuje się tematem, nie przeszkadzało nagromadzenie ciekawych, jak i tych mniej interesujących informacji, to czytelnikowi, który szykuje się na opowieść o walce z żywiołem oraz rekinem polarnym… No cóż… Taki ktoś po prostu się zawiedzie. To nie jest beletrystyka nastawiona na rozwój akcji ani zawrotne tempo. Powiedziałabym raczej, że narracja jest leniwa, płynie sobie powoli. Przed lekturą nie nastawiałam się praktycznie na nic, dlatego się nie rozczarowałam. Co więcej, brakuje mi na polskim rynku książek o podobnej tematyce, zwłaszcza o morskich stworzeniach. Dla mnie to była naprawdę ciekawa podróż i dobrze zgłębiony temat. Na końcu znajdziemy również długą listę przypisów, więc będzie po co sięgać na przyszłość.

Ocena: 5+/6
©Marionetka Literacka
C
o za idiotyczny, morderczy zamiar chcemy zrealizować? Czy chodzi o to, by zaspokoić ciekawość? Stanąć oko w oko z własnym strachem? O instynkt łowcy, który każde nam ubić największe zwierzę, jakie teoretycznie jesteśmy w stanie upolować?

Pewnego dnia Morten A. Strøksnes wraz ze swoim przyjacielem, artystą i rybakiem, Hugonem, postanawia złowić rekina polarnego - żyjącą w arktycznych wodach olbrzymią rybę, rzadką i zadziwiającą swoją fizjologią: dożywającą 500 lat, na wpół ślepą, o trującym mięsie. Łowy zajmą im rok i wymuszą kilka podejść, a dwaj panowie znajdą się na ustach większości mieszkańców Lofotów.

Ustalmy na początek jedną rzecz: jeśli oczekujecie epickiej opowieści o zmaganiach z samym sobą, to przeczytajcie Starego człowieka i morze (choć osobiście szczerze nie znoszę tej książki). Tutaj akcji nie znajdziecie, a nawet jeśli, to zostanie ona potraktowana czysto pretekstowo - będzie okazją do opowiedzenia o absolutnie wszystkim, co tylko autorowi przyjdzie do głowy, co tylko mu się skojarzy. O przyrodzie Lofotów, kulturze i historii jej mieszkańców, stworach zamieszkujących głębiny. Strøksnes przekazuje nam informacje z zakresu historii, biologii, geologii, ekologii i nie tylko. Każdy rozdział opowiada o czymś innym, lecz wszystkie napisane są z niebywałą swadą. Nie da się ukryć, że to te "dodatki" stanowią clue książki, że samo polowanie, zwłaszcza tak rozwleczone, nie nadawałoby się na materiał do książki. Nie można traktować tego jako wadę - jak czyni to część rozczarowanych czytelników - to po prostu cecha i, moim zdaniem, największa zaleta Księgi morza.

Przy tej okazji nie potrafię nie zatrzymać się na moment przy bardziej filozoficznym wymiarze takiej struktury opowieści. Księga morza doskonale uwidacznia, jak mocno nasze działania wpisane są wpisane w olbrzymi kontekst historyczny i jak mało wiemy o rzeczach, które nas otaczają. Jak wielkie bogactwo treści nam umyka. Również sam autor porusza te strony, pisząc o zmianach klimatu i o odchodzeniu w niepamięć świata, jaki znamy.

Szkoda tylko, że tak ciekawa książka nie doczekała się jednego: porządnej polskiej redakcji i korekty. Nie chodzi tylko o klasyczne kwiatki w stylu suszoną, a także soloną i suszoną czy tajemniczych Pomorów (prawdopodobnie Pomorzan) ze strony 76, ale błędy naukowe - Z każdą nową ekspedycją odkrywa się nowe gatunki, lecz także nieznane dotąd organizmy czy twierdzenie, że woda powstaje z połączenia atomu tlenu i atomu wodoru, podczas gdy chodziło o cząsteczkę tego drugiego. Książce podróżniczo-przygodowej można kilka takich błędów wybaczyć, ale popularnonaukowej wielu podobnych już nie.

Recenzja krótka i jakaś taka poszarpana, ale też nie ma tu dużo do roztrząsania: Księga morza to dobra, oryginalna książka wypełniona po brzegi fascynującymi tematami. Idealna lektura zarówno dla miłośników przyrody, jak i wszelakich ciekawostek. Polecam.

PS. Podczas pisania tej książki nie ucierpiał żaden rekin polarny. I mają szczęście.

Ocena: 5/6
©Między sklejonymi kartkami
Są takie książki, na które się czeka, z różnych powodów. Śledzisz zapowiedzi, czytasz udostępniony przez wydawnictwo fragment, googlujesz informacje o autorze. Czekasz i czekasz na tę swoją upatrzoną pozycję. W końcu kurier puka do Twoich drzwi (tu bloger ma szansę na otrzymanie książki przed oficjalną premierą, co, zaraz po chwale i splendorze jest największą korzyścią z prowadzenia bloga). Rozrywasz paczkę: wąchasz, kartkujesz i wreszcie czytasz. A potem, równie gorliwie, czekasz aż książka się skończy.
Znajomy scenariusz? Mnie trafia się on rzadko, ostatni raz w przypadku Księgi morza, której autorem jest Morten A. Strøksnes. Głośno promowana (choć po premierze słuch o niej zaginął), tajemnicza, niby wpisująca się w ekologiczny trend literacki, ale jednak w inny sposób podchodząca do tematu. Wydana z dużą starannością przez Wydawnictwo Literackie: ciekawa okładka, ilustrowana w środku (piękna wyklejka!), dobry papier, szycie. Obcowanie z tą książką jako przedmiotem było naprawdę przyjemne. Co zatem poszło nie tak?

Lektura Księgi morza, a właściwie książki: Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku ciągnęła mi się tak długo, jak jej pełny tytuł. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z dziennikiem podróży – bohaterowi i jego przyjacielowi Hugonowi przyświeca jeden cel: chcą złowić rekina polarnego. Podobno zadanie to niełatwe (nie napiszę, czy się udało, ale zdradzę, że autor nie buduje napięcia wokół (nie)powodzenia tej akcji). A ponieważ taka żegluga musi się dłużyć, oprócz opowieści o życiu morskich istot (całkiem ciekawych nawet dla laika w tym temacie), autor serwuje nam różnego rodzaju wynurzenia. Trochę wspomina, trochę streszcza morskie mity i norweskie opowieści, trochę cytuje tych, którzy wcześniej pisali o morzu. Autor jest erudytą – to nie podlega wątpliwości. Widać też, że Strøksnes uwielbia literaturę i dobrze zna jej historię, jednak każde jego powołanie się na inny tekst literacki sprawia, że – chcąc nie chcąc – zestawiam cytowane fragmenty z właściwą książką. I autor Księgi morza wypada na tle tych porównań blado (choć, trzeba przyznać, Strøksnes przytacza słowa głównie gigantów literatury). Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy język w podobnie beznamiętny sposób „płynie” w oryginale, tj. po norwesku, ale mnie ta książka nużyła okropnie. Próżno szukać tu spójności, która po zakończeniu lektury krótkiego rozdziału pchałaby czytelnika naprzód. Niewątpliwie Strøksnes jest gawędziarzem, jednak historie, które – wierzę – mogły okazać się pasjonujące podczas żeglugi, zebrane na kartach książki ociekają monotonią. W trakcie dłużącej się lektury kilkukrotnie porzucałam tę książkę i czytałam coś innego; prawdopodobnie, gdyby nie recenzja, nie dotarłabym do ostatniej strony.

Głębokie, czarne, słone morze toczy się ku nam, zimne i obojętne – zupełnie pozbawione empatii. Nie angażuje się, jest tylko sobą. To jego codzienność. Nie potrzebuje nas do niczego, nie obchodzą go nasze nadzieje ani lęki – a już na pewno nie troszczy się o nasze opisy. Jego mroczna siła przyciągania ma moc absolutu. (…) Morze naprawdę nie zna sentymentów i nie ma pamięci. Co połknie, to znika, staje się żerem dla ryb, krabów i wieloszczetów, do minogów, śluzic, płazińców i pierścienic, dla tamtejszych padlinożerców. Zatopione w objęciach bezbrzeżnej, wszechogarniającej wieczności.

Chcę jednak wspomnieć o walorach tej książki, których nie brakuje. Opowieści o tajemnicach morskiego dna w dużej mierze okazały się dla mnie zaskakujące, jednak tym, co najbardziej mnie w Księdze morza ujęło, był zapis przyjaźni Mortena i Hugona. Na pontonie w otoczeniu morskich fal znalazło się bowiem nie tylko dwóch miłośników morza, ale przede wszystkim para przyjaciół. Będąc na morzu albo czekając na wypłynięcie w domu Hugona, mężczyźni spędzili razem niewyobrażalną – zwłaszcza z punktu widzenia braku pokrewieństwa i powinowactwa – ilość czasu. Poznali swoje dobre i złe strony, musieli się nawzajem znosić, choć nie zawsze było łatwo. Z socjologicznego punktu widzenia, był to ciekawy aspekt książki.

Księga morza była moim drugim – po Sekretnym życiu drzew – podejściem do modnych ekologiczno-przyrodniczych lektur. Drugim nieudanym (choć tym razem rozczarowanie było mniejsze, bo norweski bestseller, w przeciwieństwie do niemieckiego tytułu, nie został okrzyknięty w Polsce książką roku). Mając nadzieję na wyłowienie z nabrzmiałej sieci wydanych w przeciągu ostatniego roku tytułów pozycji ambitnych i nieoczywistych, zawiodłam się. Starając się prowadzić zdrowy styl życia i przejmując się globalnymi ekologicznymi problemami wiem już, że w literaturze pięknej nie szukam przejawów troski o Ziemię (przynajmniej formułowanych w tak nachalny sposób). Ale może ja po prostu boję się wody…

Ocena: 3/6
©do dzieła
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce założyłam, że jest ona pełną akcji historią walki o życie na morzu. Okazało się, że jest to bardzo spokojna lektura. Spokojna, co nie znaczy, że nudna. Walka o życie toczy się, ale na dnie bezkresnych wód.

Morten A. Strøksnes postanowił opowiedzieć o swojej życiowej pasji. Morza i oceany. Toczące się w nich życie, zjawiska przyrody jakie mają tam miejsce, wątki historyczne. Wszystko to, autor sprytnie wplata w opowieść o polowaniu na rekina polarnego. Ten pomysł był niespełnionym marzeniem autora i jego przyjaciela Hugo. Dlatego, gdy tylko nadarzyła się okazja, postanowili ją wykorzystać. Zadanie nie było proste. Wszystko musiało być ze sobą zgrane: odpowiednia pogoda, idealne przygotowanie, dobry plan i choć odrobina szczęścia. Rekin polarny jest ogromny i niebezpieczny. Upolowanie takiego stworzenia jest wielkim wyzywaniem. Z tego powodu kolejny próby przyjaciół toczyły się właściwie przez cały rok w zmiennych warunkach przyrody.


Książka jest przede wszystkim hołdem złożony naturze, jej potędze, sile i nieprzewidywalności. Oceany i morza są tą częścią świata, która ciągle kryje wiele tajemnic. Nawet jeśli coś z siebie odsłania, to i tak jest to kropla w" morzu życia". Na każdym kroku czuć respekt autora do tego ogromnego żywiołu, ale i jego zachwyt.
Opowieść niesie ze sobą także wiele dygresji dotyczących losów Hugo i jego rodziny. Od pokoleń zajmują się oni połowami i handlem rybami. O łodziach, o technikach połowów wiedzą wszystko, a jeśli nie to na pewno bardzo dużo. I choć Hugo jest też artystą, to skutecznie łączy te dwie pasje swojego życia.
Wreszcie, książka ta jest pokłonem w stronę męskiej przyjaźni. Charakterystyczne męskie rozmowy, wspólna walka z żywiołem, wspólne wspomnienia.

Lekturę czyta się na prawdę dobrze. Pozwala ona oderwać się od rzeczywistości. Uroku dodają jej ciekawostki takie jak zjawisko "pijani rekinem", czy ludzki przysmak makreli. Pewne jest jedno, po tym reportażu czytelnik inaczej spojrzy na naturę.

Ci którzy kochają przyrodę, żyją nią, na pewno będą zachwyceni tą książką. Pozostali, trochę mniej zainteresowani, mogą mile się zaskoczyć . "Księga morza" przenosi czytelnika do całkiem innego, niemalże kosmicznego świata. Potrafi, jeśli nie zatrzymać czas, to znacznie go spowolnić.

Ocena: 5/6
©FiFraKu
Człowiek w swej niepohamowanej naiwności zwykł sądzić, że Ziemia nie ma przed nim tajemnic. Zawędrował już wszędzie, gdzie mogły zanieść go nogi, zobaczył wszystko, co mogło ukazać się jego oczom, dotknął i opisał to, co nawinęło mu się pod rękę. Istnieją jednak miejsca wciąż dla niego odległe i niedostępne – jak dno oceanu. Okazuje się bowiem, że więcej ludzi było na Księżycu, niż na samym końcu oceanicznej głębi. Tam ukrywają się ekosystemy o których nie mamy pojęcia, pełne zagadek i fascynujących opowieści w zanadrzu.

Więcej ludzi przebywało w kosmosie niż w głębinach oceanów. (…) Prawie wszystko co tam żyje, ma zadziwiające właściwości, jak gdyby te organizmy pochodziły z inne planety albo powstały w odległej przeszłości, kiedy panowały inne reguły, a każdą fantazję dało się urzeczywistnić.

Jednym z takich stworzeń, wciąż niewystarczająco dobrze zbadanym, jest rekin polarny, którego długość życia sięga aż 500 lat! Wyglądający jak prehistoryczny morski potwór, z robalami przyczepionymi do oka, osiągający wagę ponad 1,5 tony, dorastający do 8 metrów długości, z trującym mięsem, przyprawiającym ludzi o halucynacje, stał się motywem przewodnim podróży dwóch przyjaciół. Hugo i Morten, głodni wiedzy o tym stworzeniu i nie potrafiący doczekać się spotkania z nim oko w oko, wyruszyli w rejs łódką, próbując złapać na wędkę rekina giganta.

„Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku” to – jak sam tytuł wskazuje – przede wszystkim opowieść o odważnej i szalonej przygodzie, jaką postanowiła przeżyć wyżej wymieniona dwójka, ale nie tylko. Spójrzcie na to z tej perspektywy: dwóch facetów, mała łódka, bezmiar oceanu przed nimi i rekin gigant pływający – gdzieś – pod nimi. Byłoby nudno, gdyby przez te kilka mijających pór roku tylko czekali, próbując złapać na wędkę tę gigantyczną rybę, od czasu do czasu walcząc ze sztormem, głównie jednak obchodząc się smakiem widząc, jak rekin się im wymyka. Dlatego zarówno Hugo, jak i Morten, dzielą się z nami zadziwiającą wiedzą o morzu – szczególnie Hugo, którego niemalże całe życie związane jest z wodą, a znajomość tego żywiołu zadziwia.
To opowieść pełna ciekawostek i anegdot, ale też odniesień do klasyków literatury, norweskich badaczy oceanicznych czy historii ewolucji, która podsuwa nam pod nos odpowiedzi, na wciąż zadawane pytania. Z wiedzą eksperta Hugo dzieli się z nami wszystkim tym, co wie o życiu w głębinach. Tym samym sposobem Morten ze strony mniej eksperckiej, bardziej pasjonackiej i naukowej opowiada o słynnych badaczach, literackich toposach i oceanicznych ekspedycjach. W swoich historiach nawiązuje do mitologii, sztuki, malarstwa, literatury, ale również mądrości prostych rybaków. Nawiązuje do miejscowych legend, opowiadając o rekinach, które od czasu do czasu przyjmują ludzką postać, uwodząc dziewice, czy o syrenach, o których wspomnienia pojawiają się nie tylko w książkach, ale i w ludzkich umysłach.

Jeszcze bardziej imponujące jest może to, że wiele głowonogów dziesięcioramiennych strzyka atramentową substancją, która przyjmuje w wodzie kształt ich ciała i w niektórych przypadkach zawiera świecące cząsteczki. Ludzi z podobnymi właściwościami znamy. Z komiksów lub filmów rysunkowych. Nazywają ich superbohaterami.

Jednak nie było by tej książki bez pewnej przykrej, ale bardzo ważnej refleksji. Obok barwnych opowieści o swojej przygodzie Stroksnes nawiązuje do „plastikowych plaż”, maltretowania orek w SeaWorld w Kalifornii, czy polowania na gatunki zagrożone.
Obok barwnych opowieści o swojej przygodzie Strøksnes nawiązuje do „plastikowych plaż”, maltretowania orek w SeaWorld w Kalifornii, czy polowania na gatunki zagrożone. Morze bez nas doskonale sobie poradzi, co więcej, bardziej się rozwinie, wzbogaci swoją florę, natomiast my bez morza zginiemy. Zaznacza też, że zwykliśmy traktować rekina jako niebezpieczną bestię z głębin, a tymczasem to pszczoła czy mrówka częściej zabija ludzi, już nie wspominając o ilości rekinów, które padają ofiarą naszego gatunku.
Archipelag Lofoty został uznany za jedno z najpiękniejszych miejsca na świecie, a po przeczytaniu tej książki jeszcze bardziej mam ochotę zachwycać się tym pięknem, pojechać tam i wchłaniać atmosferę i klimat tego niesamowitego miejsca. Siedzieć na łodzi ze świadomością, że gdzieś w pobliżu mnie pływa rekin polarny, orka przemierza głębiny oceanu, a nieświadoma niebezpieczeństwa foka śpi spokojnie na dnie.
„Księgę morza” czyta się jak opowieść z innego świata, ale nic w tym dziwnego, bo w końcu morski żywioł jest światem zupełnie innym, od naszego, od lądu, do którego przywykliśmy. Nie znamy nawet połowy tych gatunków, które zamieszkają głębie oceanu, a tylko niektóre gatunki przywykły do życia i na lądzie, i w wodzie, w większości przypadków jednak radzą sobie dość nieumiejętnie w jednym z tych żywiołów.
To swoisty reportaż o morzu, opowieść pełna klimatu, zachwycająca wiedzą i ciekawostkami, opowiadająca o ogromnym marzeniu dwójki małych – w obliczu oceanu – ludzi.

Ocena: 6/6
©Jej Wysokość Literatura
Komentarze dotyczące książki: