Everyman
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Kategoria: /
średnia ocena: 3.54 / 5.00
liczba ocen: 11760
Ilość stron (szacowana): 168
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
26.90 zł
21.40 zł
22.06 zł
22.21 zł
24.21 zł
Pozostałe księgarnie
21.45 zł
21.52 zł
22.06 zł
22.33 zł
22.86 zł
22.87 zł
24.21 zł
24.21 zł
24.50 zł
25.02 zł
26.90 zł
26.90 zł
Opis:

Jedna z późnych powieści Philipa Rotha, traktująca o zmaganiu się ze starością i odchodzeniu. Intymna i zarazem uniwersalna. Przepełniona poczuciem straty i żalem. Jej tytuł pisarz zaczerpnął z piętnastowiecznego moralitetu.

Książka zaczyna się od pogrzebu głównego bohatera. Potem losy Everymana śledzimy, poczynając od jego pierwszego szokującego zetknięcia ze śmiercią na idyllicznej plaży w czasach dzieciństwa, poprzez kolejne małżeńskie próby i osiągnięcia zawodowe mężczyzny w kwiecie wieku, aż po starość, kiedy kolejno żegna swoich rówieśników i walczy z niedoskonałościami ciała, które odmawia mu posłuszeństwa.

To właśnie starzejące się ludzkie ciało – co częste u Rotha – staje się głównym bohaterem tej małej (niespełna 170 stron!), lecz potężnej książki. Nieunikniona kolej rzeczy, budząca w nas jednakowe przerażenie, której doświadczymy wszyscy.

Bohater Rotha jest Każdym naszych czasów, mimo – a może dlatego – że jego życie jest tak bardzo zwyczajne, a finał przewidywalny. Na początku wspominają go najbliżsi, następnie opowieść snuje narrator, czyli sam Roth, który przypisuje mu ostateczną konstatację pozbawioną nadziei: „Uwolniony od istnienia, przeniósł się bezwiednie w krainę nigdzie. Tak jak się tego obawiał od samego początku”.

Zbigniew Pietrasik, „Polityka”

CYTATY:
Starość to nie jest walka - starość to masakra.
Recenzje blogerów
Everyman, najkrótsza z wydanych przez Wydawnictwo Literackie powieści Rotha, rozpoczyna się pogrzebem głównego bohatera. Wydawać by się mogło, że miał niezwykłe życie – trzy żony, gromada już dorosłych dzieci, praca, hobby. Tak naprawdę jego życie było jak życie każdego człowieka – sukcesy, porażki, proza codzienności, błędy o dalekosiężnych skutkach, których nie dało się uniknąć.

Opowieść o Everymanie jest podsumowaniem jego życia, ale równie dobrze może służyć jako podsumowanie życia każdego człowieka. Czasami niektóre biografie uznajemy za godne uwagi - zazdrościmy sławy i pieniędzy, podziwiamy za odnoszone sukcesy. Tylko, że według Rotha nie jest to najważniejsze - w końcu i tak wszyscy skończą w grobie. Roth pisze bardzo prosto, o najprostszych możliwych sprawach, o najbanalniejszych problemach ludzkiego życia. A bohater Everymana to najbardziej przeciętny i standardowy człowiek, który pojawił się w jego powieściach. Zdradzał, kochał, żałował, przepraszał, pracował, tworzył, zazdrościł, żył po prostu. I ostatecznie chorował. Powtarzające się wizyty w szpitalu spowodowane ciągłymi nawrotami choroby wieńcowej, okazują się najbardziej istotnymi wydarzeniami w jego życiu. To one stawiają granice szczęściu, to one, gdy już zaistnieją, spychają wszystkie inne „ważne” sprawy na margines.

Czy Everyman to moralitet? Wiele na to wskazuje. Narrator staje się pod koniec życia bardzo rozżalonym i rozgoryczonym człowiekiem - wyrodnym ojcem porzucającym swe dzieci, zawistnikiem nienawidzącym brata za to, że tego nigdy nie dotknęła choroba i nieudanym synem, który zawiódł oczekiwania swego ojca. Everyman stojąc w obliczu śmierci podsumowuje swe życie i dochodzi do wniosku, że za późno już na naprawienie błędów. Gdyby mógł to żyłby lepiej, teraz pozostaje mu już tylko smutna świadomość tego, że na śmierć nie jesteśmy w stanie się przygotować. Bo wiedza zawsze przychodzi po czasie, dopiero nad grobem wiemy co zrobiliśmy nie tak. I to dotyczy wszystkich, każdy jest everymanem i sam decyduje o tym jak przeżyje swoje pięć minut. Na koniec nie ma dla nas jakiejś specjalnej puenty, żadnych wzniosłych słów poza tymi, które sami sobie wypowiemy aby się lepiej poczuć.

Ocena: 4/6
©Niekoniecznie jasno pisane
Samotność, starość i śmierć a jeszcze bardziej lęk przed nimi – nie ma bardziej uniwersalnych doświadczeń ludzkich. O ile można nie doświadczyć drugiej z nich i, w co dużo trudniej mi uwierzyć, także pierwszej (choć to raczej brak świadomości takiej ostatecznej samotności, bo przez decydujące momenty życia możemy przejść przecież tylko w pojedynkę), o tyle śmierć dotyka każdego. Dla mnie, od tych trzech okrutnych i pozbawionych skrupułów dam gorszy może być tylko lęk związany z ich nadejściem. Strach i trwoga dopadające i paraliżujące w najmniej oczekiwanym momencie. Jednak czy można się na ich doświadczenie przygotować? Odpowiedzi na to pytanie szuka Philip Roth w Everymanie, powieści napisanej w 2006 roku, wznowionej w Polsce ostatniej jesieni przez Wydawnictwo Literackie.

Tytułowy everyman to gość, którym z założenia autora mógłby być każdy z nas – jeśli standardem jest zdrada, trzykrotny ożenek i problemy ze zdrowiem już od najmłodszych lat. Te mniej typowe fragmenty życiorysu bohatera bynajmniej nie utrudniają identyfikacji z nim, ale zakorzeniają w świecie, nadając bardziej autentyczny charakter nastrojów panujących w tej z gruntu uniwersalnej powieści. W krótkiej – liczącej zaledwie 168 stron – książce Roth zapisuje alternatywną historię Hioba. Everyman traci rodziców, nieustannie goni za miłością, choć, jak się wydaje, często rozumianą jedynie jako doznania cielesne, spędza na stole operacyjnym zdecydowanie więcej czasu niż przeciętny człowiek ( a nawet kilku przeciętnych ludzi razem wziętych ), synowie z pierwszego małżeństwa otwarcie nim pogardzają a życie brata to ciąg niekończących się sukcesów na każdym polu. Wypisz, wymaluj, Hiob. Polemika Rotha z Biblią zasadza się na zwątpieniu w istnienie Boga chrześcijańskiego, ale i Boga w ogóle, co ma chyba uwypuklić dość trywialną tezę, zgodnie z którą niemożliwe jest istnienia dobrego Stwórcy w świecie naznaczonym złem. Na końcu nie czeka więc nagroda za znoszenie trudów życia, ale śmierć, która dopada bohatera powieści – człowieka rozgoryczonego, bezradnego, pokonanego.

Everyman to powieść, którą czyta się szybko (pod jej znakiem minęła mi podróż z Hiszpanii do Polski), acz nie z zapartym tchem. Może dlatego, iż już na wstępie dowiadujemy się o śmierci głównego bohatera i nietrudno przewidzieć, że pozostałą część tekstu będzie stanowił opis doprowadzający czytelnika właśnie do sceny początkowej – jego pogrzebu opisanego z perspektywy najbliższych. Kontynuację tekstu stanowi narracja Rotha o życiu tego „każdego z ludzi”, które od dzieciństwa (nawet najbardziej beztroskiego) naznaczone jest śmiercią. Pewne jest, że autor nie chce szokować – na kartach powieści czytamy o drodze (zawsze zbyt krótkiej) ku śmierci. Dobrze wiemy, że taka jest kolej ludzkiej egzystencji. I “dobrze” nie chcemy tego wiedzieć. Właśnie dlatego Roth nie pragnie wcale zaskakiwać, prawdopodobnie stwierdziwszy, że śmierć jako taka jest wystarczająco szokująca, ale jedynie przypomnieć o tym, co nieuniknione. Że niezgoda na nadejście samotności, starości i śmierci nic tu nie pomoże i że, co gorsze, akceptacja też nie. Że strach przed nimi wpisany jest w naturę ludzką. Nie jest to zatem książka niosąca nadzieję. Nie jest to też apoteoza życia mimo świadomości przemijalności ludzkiej. W takim razie, co to? Może pewnego rodzaju skarga? Może, z góry skazana na porażkę, próba ogarnięcia po ludzku eschatologicznych doświadczeń?
Została z nich garstka kości zamkniętych w dwóch skrzynkach, ale te kości były jego kośćmi – zbliżył się do nich, jakby fizyczna bliskość miała ich na powrót zjednoczyć, przerwać poczucie izolacji, zrodzony z utraty perspektyw na przyszłość, i złączyć go na nowo z tym, co minęło. Przez najbliższe półtorej godziny te kości były najważniejszą rzeczą w jego życiu. Nic innego się nie liczyło, mimo przygnębiającej, gnilnej atmosfery otoczenia. Nie mógł rozstać się z tymi kośćmi, nie mógł nie przemawiać do nich, nie mógł nie słuchać, co one do niego mówią. Między nimi a nim sporo się działo, o wiele więcej, niż gdy były odziane w powłokę cielesną. Ciało rozpada się, lecz kości zostają. Kości to jedyna pociecha tych, którzy nie pokładają nadziei w życiu pozagrobowym i wierzą głęboko, że Bóg jest fikcją, a obecne życie – jedynym.

O doświadczeniu śmierci i lęku przed nią, o przejmującej samotności i o niezdolności odnalezienia w starym, ułomnym ciele człowieka, którym było się w przeszłości, a więc o tym, że, parafrazując Stanisława Barańczaka, w życiu nie wolno nam się do niczego przyzwyczajać, pisano od zawsze. Prawdopodobnie na żaden inny temat nie zapełniono tylu stron maszynopisu. Everyman to nietypowa powieść o typowym człowieku, przywodząca na myśl zapis ze stypy, podczas której zgromadzeni grzebią w codzienności zmarłego po to, by choć na chwilę zachować go przy życiu. Kreśląc drogę, chciałoby się powiedzieć od narodzin, ale raczej od śmierci do śmierci, Roth pozostawia czytelnika w ponurym, gorzkim nastroju. Bezsilnego i zrezygnowanego. Z powieści wyziera doświadczenie życiowe autora i autentyzm, którego zasługą jest zarówno dobre pióro, jak i bazowanie na własnych przeżyciach Rotha. Kiedy ją czytałam, przyszło mi pożegnać się z rozpoczętym pół roku temu życiem w Hiszpanii, z okresem niezwykłym. I choć było to trudne, towarzyszyła mi świadomość, że mogę powiedzieć: Do zobaczenia, że to nie musi być koniec. Roth nie ułatwiał mi tego pożegnania pokazując na przykładzie swojego bohatera, że nigdy nie wiesz, kiedy pożegnanie jest tymczasowe a kiedy ostateczne. Nie pozostawia czytelnikowi żadnych złudzeń, nierzadko porażając formułowanymi prawdami o życiu (np. wtedy, gdy pisze o większej bliskości z kośćmi swoich rodziców, niż z nimi samymi z czasów przed śmiercią).
Prawdopodobnie nie jest to najlepsza książka oscylująca wokół tajemnicy życia i śmierci jaką czytałam. Niemniej jednak polecam jej lekturę, zwłaszcza tym, którzy w niewielkiej objętości szukają przejmującej głębi. Po raz ostatni, trochę z poczucia obowiązku przestrzegam, że Roth nie rzuca żadnego koła ratunkowego, że po tej książce nie robi nam się lepiej. Że na końcu zawsze czekają trzy eleganckie damy: samotność, starość i śmierć. Nadziei, czytelniku, poszukaj sobie sam.

Tracił świadomość bez poczucia porażki i końca – raczej w oczekiwaniu ponownego spełnienia – a jednak więcej się nie obudził. Zatrzymanie akcji serca. Już go nie było. Uwolniony od istnienia, przeniósł się bezwiednie w krainę nigdzie. Tak jak się tego obawiał od samego początku.

Ocena: 4/4
©do dzieła
Komentarze dotyczące oferty:
  • Awatar

    „Everyman” Philipa Rotha nawiązuje tytułem do średniowiecznych moralitetów, których bohater był Każdym, nie miał własnego imienia, gdyż jego losy miały odzwierciedlać życie wszystkich ludzi, miały być przykładem albo przestrogą.

    Podobnie rzecz ma się z treścią krótkiej powieści Rotha. Jej bohater nie ma nawet imienia, jest jednym z wielu współczesnych Amerykanów, którego biografię lub jej elementy można by przyporządkować wielu ludziom.
    Poznajemy go na jego własnym pogrzebie. Ze słów, jakie padają nad grobem, możemy domyślać się, jakie relacje łączyły go członkami rodziny. Pojawiające się później retrospekcje rozwijają ten problem, odsłaniając jednocześnie wiele szczegółów z przeszłości nieboszczyka.
    Obraz dzieciństwa i stosunków z ojcem oraz bratem, kolejne żony, dzieci i kochanki pokazują, jakim naprawdę był człowiekiem, jakie dręczyły go problemy i jak bardzo przeżywał starzenie się.

    Właściwie cała historia o Everymanie to opowieść o przemijaniu, strachu przed nim i przed nieuniknioną śmiercią, której nieuchronność ludzie starają się wypierać, jakby milczenie o czymś miało sprawić, że przestanie to istnieć.
    Ten nowy stosunek do śmierci, właściwy przede wszystkim ostatnim dekadom, sprawił, że zmieniła się też dawna ars bene moriendi, czyli sztuka dobrego umierania. Dziś może to brzmieć makabrycznie, lecz przecież jeszcze w pierwszej połowie XX wieku naturalne było umieranie we własnym łóżku, w obecności bliskich, którzy mogli pożegnać się z umierającym, umniejszając w ten sposób jego ból i strach.
    Całkiem niedawno też słowa śmierć i umieranie zastąpiono odejściem i odchodzeniem. Jakby używanie ich mogło zmienić faktyczny stan rzeczy.

    Powieść Rotha, mimo jej niezbyt obszernej treści, można odczytywać na różnych poziomach. To nie tylko utwór o przemijaniu i lęku przed starością.
    To również trafny portret Amerykanów, pokazany poprzez życie tytułowego bohatera, który jest amerykańskim żydem. To właściwie ktoś zwyczajny, który – jak wielu jego rodaków – dąży do zapewnienia sobie dobrobytu, nie zauważając, kiedy zaczyna prowadzić płytki, konsumpcyjny tryb życia. Zatracanie ideałów, odrzucenie tradycji, hedonizm i egoizm sprawiają, że nasz Everyman staje się kimś przeciętnym i mało wartościowym, z czego zdaje sobie sprawę, gdy jest już za późno.

    Ten satyryczny charakter powieści to na pewno jeden z jej największych atutów, podobnie jak język – tak bardzo typowy dla Rotha. O zwyczajnym życiu autor tylko pozornie pisze w zwyczajny sposób. Trudno nie zauważyć tu kunsztownych zdań, zwracających uwagę porównań i opisów, które sąsiadują z prostymi frazami i dialogami. Ten kontrast robi duże wrażenie i zapada w pamięć tak samo jak treść.

    Warto sięgnąć po „Everymana”, gdyż to powieść, którą czyta się jednym tchem, mimo iż nie obfituje ona w częste zwroty akcji i nie odznacza się pędzącą z zawrotną prędkością akcją. Jej siła tkwi w budowaniu napięcia, refleksyjności i ostrym spojrzeniu autora na rzeczywistość.
    BEATA IGIELSKA

Inne proponowane
Warto zerknąć