ebook Zima
3.47 / 5.00 (liczba ocen: 200) Ilość stron (szacowana): 244

Zima
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

E-book - polecana oferta: 20.98
wciąż za drogo?
25.02 złpremium: 16.14 zł Lub 16.14 zł
20.98 zł Lub 18.88 zł
26.90 zł Lub 24.21 zł
20.68 zł
21.25 zł 20% rabatu
kliknij aby zobaczyć pozostałe oferty (5)
Inne proponowane

Minęła jesień. Wraz z nadejściem zimy słynny z „Mojej walki” Karl Ove Knausgård ponownie spogląda na otaczający go świat, by kontynuować swoją pełną ciepła, intymną opowieść dla nienarodzonej jeszcze córeczki.

Do narodzin czwartego dziecka Karla Ovego pozostaje coraz mniej czasu. Minęła jesień, a wraz z nadejściem zimy autor – który jak nikt inny na świecie potrafi pisać o rzeczach najprostszych i najważniejszych zarazem – ponownie spogląda na otaczający go świat, by kontynuować swoją opowieść dla nienarodzonej jeszcze córki.

„Dziwne, że istniejesz, a mimo to nie wiesz, jak wy­gląda świat. Dziwne, że istnieje pierwszy raz, kiedy widzimy niebo, pierwszy raz, kiedy widzimy słońce, pierwszy raz, kiedy czujemy powietrze na skórze. Dziwne, że istnieje pierwszy raz, kiedy widzimy twarz, drzewo, lampę, piżamę, but. W moim życiu to się już prawie nigdy nie zdarza. Ale wkrótce się zdarzy. Za kilka miesięcy po raz pierwszy zobaczę Ciebie”.

Pierwszy śnieg, Święty Mikołaj, fajerwerki, szczoteczka do zębów, seks i poczucie sensu. Żona, dzieci i wspomnienia sprzed lat, a wszystko zanurzone w oryginalnej „knausgårdowskiej” atmosferze.
„Zima” to druga część cyklu „Cztery Pory Roku” autorstwa Karla Ovego Knausgårda, pisarza, któremu światową sławę przyniosła monumentalna, sześciotomowa powieść autobiograficzna „Moja walka”. Jego opowieści towarzyszą znakomite grafiki Larsa Lerina, „spektakularnie piękne”, jak określił je szwedzki dziennik „Expressen”.

„To największy hołd dla rodzicielstwa, jaki kiedykolwiek czytałem. Największa pochwała życia, które na co dzień wydaje nam się pasmem udręk, nudy, banału, rutyny, a tutaj pokazuje przecież swoją nieraz okrutną, ale zawsze piękną twarz. Po tej lekturze należałoby właściwie porzucić dotychczasowe życie, pełne bzdur, przejmowania się rzeczami niewartymi nawet splunięcia, toczenia awantur o sprawy niegodne jednego słowa, życia przepełnionego uczuciami niskimi i wypreparowanego z uczuć najwyższych. Knausgård w pewnym sensie ratuje nasze dusze” – Krzysztof Varga, „Gazeta Wyborcza”

Zima od Karl Ove Knausgård możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Chcę pokazać Ci nasz świat takim, jaki jest: drzwi, podłogę, kran i zlew, fotel ogrodowy tuż przy murze pod oknem kuchennym, słońce, wodę i drzewa. Będziesz przyglądać mu się po swojemu, będziesz doświadczać go po swojemu, gromadzić swoje własne doświadczenia i wieść własne życie, więc to oczywiste, że przede wszystkim robię to dla siebie: pokazując Ci świat, moja maleńka, przekonuję się, że warto żyć.

Moja ostatnia jesień i zima zdecydowanie odbiegały od normy. Mam na myśli, przede wszystkim, kwestie związane z klimatem. Spędzając czas od września do Świąt Bożego Narodzenia w Hiszpanii, znany mi porządek pór roku został zaburzony. “Zaburzony” to zdecydowanie za mało powiedziane, zwłaszcza gdy w drugiej połowie grudnia uczestniczy się w jarmarku świątecznym pod palmami a termometr wskazuje niemalże dwadzieścia stopni. O przyjęciu mnie przez Polskę na Święta można powiedzieć wszystko, prócz tego, że było ciepłe (jak nigdy wcześniej odczułam ironiczność życzenia “ciepłych” Świąt). Na początku stycznia wróciłam do wciąż jesiennej, w odniesieniu do polskich standardów klimatycznych, Hiszpanii, by u schyłku miesiąca wrócić na dobre (choć bardziej trafne byłoby stwierdzenie: “na złe”) do kraju i zostać systematycznie zasypywaną śniegiem i skuwaną lodem.
Mam nadzieję, że znając te szczegóły, zrozumiecie, dlaczego w niniejszym tekście recenzuję Jesień i Zimę Karla Ove Knausgårda (Wydawnictwo Literackie) jako równie aktualne. Zresztą, znając prozę Norwega wiemy, że trudno o bardziej uniwersalnego pisarza. Ten uniwersalizm jest, moim zdaniem, nie do przecenienia, bowiem “przed Knausgårdem” sądziłam, że “uniwersalny” i “autobiograficzny” znajdują się na antypodach.

Czerwień i zieleń.
(…) Te dwa kolory znaczą dla mnie bardzo dużo, jest w nich coś, co przyciąga, i myślę, że to jeden z powodów, dla których zostałem pisarzem, bo czuję to przyciąganie bardzo wyraźnie, i rozumiem, że jest ważne, ale nie potrafię wyrazić tego słowami i dlatego nie wiem dokładnie, co to jest. Próbowałem i musiałem skapitulować. Moją kapitulacją są książki, które udało mi się wydać. (…)
Krew krążąca w żyłach, trawa wyrastająca z ziemi, drzewa, o!, drzewa, które kołyszą się na wietrze.

Znany z serii Moja walka Knausgård i tym razem bierze się za bary z życiem, jednak w zgoła odmienny sposób. O ile sześciotomowy cykl (w Polsce czekamy na przekład ostatniej części) stanowił zapis podejmowanych każdego dnia na nowo zmagań wpisanych w egzystencję ludzką, o tyle seria Cztery pory roku (a przynajmniej dwa pierwsze tomy) są afirmacją życia a nawet jego pochwałą. Pisarz dedykuje ją swojej (nie/nowo)narodzonej córce – dziecko przychodzi na świat 29 stycznia, tj. mniej więcej w połowie drugiego tomu – spisując swego rodzaju instrukcję heideggerowskiego bycia-w-świecie. W porównaniu z Moją walką jest to na pewno wyciszenie, jednak nie wycofanie z życia; autor bezkonkurencyjnie oswaja jego odblaski. Tekst dopełniają obrazy Vanessy Baird (Jesień) i Larsa Lerina (Zima).

Z moimi własnymi palcami sprawa przedstawia się inaczej. Kiedy na nie patrzę, nie mogę w żaden sposób powiązać ich z tym, kim jestem. Kiedy zginam je razem w kierunku środka dłoni, widzę czterech braci, którzy są do siebie podobni i trzymają się razem, i ich ojca, grubszego silniejszego, który zawsze zachowuje pewien dystans wobec synów. Ich twarze, to znaczy paznokcie, są gładkie jak szyby w oknach i dlatego niosą obietnicę, że można przez nie patrzeć, chociaż nie można – ich szarobiały kolor jest nieprzenikniony: wyglądają jak niewidomi ludzie.

Bohaterami Jesieni i Zimy są w głównej mierze zazwyczaj przez nas pomijane składniki codzienności, strefy, w której wszystko, co się w niej znajdzie, zostaje skazane na zapomnienie. Knausgård na tę amnestię przyzwolenia nie daje, stąd w mikrorozdziałach przeplatają się rozważania o przyrodzie (jabłka, księżyc, małpy wodne, śnieg, wydra), ubiorze (kalosze, kozaki, guziki), ludzkim ciele (uszy, usta, mózg, zęby, wargi sromowe, krew) czy znanych i nieznanych ludziach (Georg, J., Van Gogh, Święci Mikołajowie, August Sander, Flaubert). Z jednej strony pisze o tym, co trywialne, lecz nigdy w trywialny sposób (szczoteczki do zębów przypominają mu bukiet kwiatów, łóżko jest łódką, do której człowiek wsiada każdego wieczoru, by dać się przewieźć przez noc, termos stanowi przedłużenie własnego domu w świecie a kalosze izolując nas od błota stanowią gwarant niezależności i niezniszczalności), z drugiej łamie wciąż istniejące tabu, obnażając te aspekty ludzkiego życia, które łączą się z instynktem, poczuciem wstydu czy budzą odrazę (wszy, pożądanie seksualne, wymiociny, patyczki kosmetyczne (pisze o powszechnej rozkoszy wynikającej z usuwania woskowiny z małych jam ciała). Tyle samo miejsca poświęca przebaczeniu, muszlom klozetowym, bólowi, fajerwerkom i wojnie, odkrywając mało popularną prawdę, że każdy z tych składników świata jest równie bliski ludzkiej egzystencji.

Mostem między tymi dwoma martwymi światami, literatury i zabawek, jest, być może, lista życzeń, która nie ma nic z namacalności zabawek, a jedynie ją przyciąga, tak jak literatura zawsze przyciągała namacalny świat i pozwalała, by unosił się lekko i zwiewnie w naszych umysłach. Jednak w odróżnieniu od literatury listy życzeń mogą zostać zrealizowane i dlatego siedzę tutaj co roku, w samym środku rzeki prezentów, i staram się urzeczywistnić marzenia dzieci. One same uważają, że w prezentach pod choinkę chodzi wyłącznie o to, ale ja wiem, że podróż prezentów świątecznych jest dłuższa: jak nadzieje nadpływają z wysp wyimaginowanej przyszłości do plaż rzeczywistości, gdzie zyskują wagę i ciężar, ale nie na długo, ponieważ muszą wyruszyć w dalszą drogę, na drugą stronę, do utraconej przeszłości, w której ich życie toczy się dalej w postaci bezcielesnych wspomnień.

Knausgård snuje mikroopowieści o rzeczywistości dla swojego dziecka. Jego język jest niezwykle wrażliwy, czuły, sensualny – już w warstwie językowej uwidacznia się troska związana z przyjściem na świat kolejnej istoty, która będzie musiała zmierzyć się z jego wyzwaniami. Autor, chcąc złożyć hołd rodzicielstwu i pokazać, że być rodzicem oznacza otwierać na świat, szeroko otwiera oczy i bacznie obserwuje świat, ludzi, siebie samego. Dzięki uważności, ale i wyobraźni pisarza (nieoczywiste porównania i metafory) czytelnik może na nowo zachłysnąć się tym, co widzi, lecz czego nie dostrzega każdego dnia. Jest w tym coś z optyki zaciekawionego światem dziecka. Tym, co uderza w prozie Knausgårda są budzące zaufanie szczerość, bezpretensjonalność i brak roszczeń wobec świata. Dla wielu są to oznaki kapitulacji, jednak w rękach pisarza stanowi olbrzymią broń. Przed czym broni czytelnika? Przed rutyną, rezygnacją i zobojętnieniem. Knausgård po prostu każe brać świat takim, jakim jest. Każe żyć.

Jak skomplikowaną istotą jest człowiek! Kilka ruchomych błon i kosteczek sprawia, że słyszymy. Kilka małych kamyków w uchu sprawia, że trzymamy się w pionie. Z tej perspektywy niewiele nas różni od dinozaurów, które, by strawić posiłek, połykały ogromne kamienie, a gdy dinozaur szedł, kamienie leżące w żołądku ocierały się o siebie, mieląc pokarm. Gdy ich powierzchnie stawały się zbyt gładkie, dinozaur zwracał zużyte kamienie i połykał nowe. Było to, co prawda, prymitywne zachowanie, ale pokazuje ono, jak cienka może być linia oddzielająca świat materialny od stworzeń. Bo tak to już jest: życie zawsze łapało się wszystkich środków, by przetrwać, i wcielało elementy świata materialnego do swoich ciągłych procesów udoskonalających. Prąd w nerwach, woda w jamach, kamyki w uszach.

Jest jeszcze jeden powód – tak naprawdę o wiele ważniejszy od moich klimatycznych zawirowań – dla którego zdecydowałam się zrecenzować dwa tomy serii Cztery pory roku w jednym tekście bez obawy o pominięcie jakiegoś istotnego aspektu którejś z książek. O ile Jesień zaskakuje konwencją, uderza zarazem prostotą i nieoczywistością, ustanawia nowy punkt widzenia świata, o tyle Zima stanowi rozszerzenie tej perspektywy a w dużej części także powtórzenie egzystencjalnych spostrzeżeń, których przyczynek stanowi codzienność. Kalosze stają się kozakami a morświny małpami wodnymi. Dlatego mając za sobą bardzo dobrą Jesień i nadal dobre pół roku widziane oczami Knausgårda, moje oczekiwania związane z nadejściem Wiosny straciły na intensywności. Chyba że Knausgård potrafi przemieniać nie tylko krajobraz duszy, ale także to, co za oknem.

Ocena: 4/6
©do dzieła
Komentarze dotyczące książki:
Warto zerknąć