Wojny alchemiczne: Mechaniczny
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 3.98 / 5.00
liczba ocen: 2966
Ilość stron (szacowana): 464
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
20.90 zł
34.90 złpremium: 20.94 zł
26.18 zł
29.19 zł
29.67 zł
Pozostałe księgarnie
29.29 zł
29.31 zł
30.11 zł
31.06 zł
31.41 zł
31.41 zł
31.50 zł
34.90 zł
34.90 zł
34.90 zł
34.90 zł
34.90 zł
Opis:

Powieść autora znanego polskim czytelnikom z „Mrocznej genezy”. Przenosi w świat, który stoi na pograniczu alternatywnej historii i steampunka. Otwiera świetnie zapowiadający się, skonstruowany jak precyzyjny zegarek cykl SF.

Zegarmistrzowie kłamią!
Zaraz po tym, jak naukowiec i zegarmistrz Christiaan Huygens stworzył w XVII wieku pierwszego Klakiera, Holandia powołała do życia mechaniczną armię. Nie trzeba było długo czekać, żeby legion mosiężnych piechurów pomaszerował na Westminster. Królestwo Niderlandów stało się supermocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę w Europie.
Trzy stulecia później stan rzeczy nadal się utrzymuje. Jedynie Francja zawzięcie broni swoich przekonań, że każdy powinien mieć prawo do wolności, bez względu na to, czy zbudowany jest z ciała czy z mosiądzu. Po dziesięcioleciach zawieruchy wojennej Holandii i Francji udało się osiągnąć kruchy rozejm.
Ale jeden zuchwały Klakier o imieniu Jax nie może już dłużej znieść geas – niewolniczych więzi ze swoimi panami. Jak tylko nadarzy się okazja, wyciągnie mechaniczną rękę po wolność, a konsekwencje jego ucieczki zatrząsną fundamentami Mosiężnego Tronu.

Recenzje blogerów
Steampunk zyskuje ostatnimi czasy ogromną popularność i właśnie z niego narodził się Clockpunk. Jest to gatunek w którym technika w bardzo dużej mierze opiera się na sprężynach, mechanicznych przekładniach, czy zębatkach. Nie bez powodu gatunek ten swoją nazwę zaczerpnął od słowa mechanika (z ang. clockwork ). Chociaż akcja utworów rozgrywa się przeważnie w erze preindustrialnej, to rozmach z jakim jest stosowana technologia sugeruje często co innego. Osobiście kojarzę jedynie grę komputerową Syberia, która mocno nawiązuje do tego gatunku, dlatego też bardzo ucieszyłem się, że Wydawnictwo SQN wyda książką Iana Tregillisa Mechaniczny, która jest idealnym przykładem clockpunku.

W XVII wieku holenderski naukowiec i zegarmistrz Christian Huygens tworzy pierwszego Klakiera - mechaniczną istotę, która jest posłuszna woli właściciela i wykonuje każde jego polecenie. Jest przy tym praktycznie niewrażliwa na obrażenia - w końcu jest zbudowana z różnych stopów metali. Nie trzeba zatem było długo czekać, aż Holandia powołała do życia mechaniczną armię, która pomaszerowała na Westminster. Królestwo Niderlandów stało się supermocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę w Europie. Po trzech stuleciach jedynie Francja jest przeciwwagą dla Holandii i zawzięcie broni swoich przekonań, że każdy powinien mieć prawo do wolności, zarówno ludzie, jak i mechaniczni. Po długiej i wyniszczającej wojnie trwających ostatnie dziesięciolecia, następuje kruchy rozejm, który w każdej chwili może się załamać...

Mechaniczny to niesamowita książka, która urzeka już od pierwszych stron. Zdecydowanie brakowało na polskim rynku pozycji z gatunku clockpunk a Mechaniczny doskonale uzupełnia tę lukę. Czymś niezwykłym było dla mnie poznawanie kolejnych informacji o funkcjonowaniu i działaniu Klakierów. Zafascynowany jak rzadko kiedy czytałem kolejne opisy ich budowy, wydawanych dźwięków, czy szczegółów ich tworzenia. Nie są to bynajmniej bezrozumne maszyny, które ślepo wykonują wolę właściciela. Wbrew temu, co mówią Holendrzy, są to istoty nie tylko myślące jak prawdziwy człowiek, lecz także posiadające własne myśli i uczucia. To czyni z Klakierów element książki, który fascynuje i sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury. Jednak najbardziej autor kupił mnie tym, że nie tylko stworzył pasjonującą lekturę, ale wkomponował w nią także niezwykle błyskotliwe i rzeczowe rozważania na temat natury Klakierów, podczas jednej z dłuższych rozmów - czy są to mechaniczni ludzie, czy tylko nieco bardziej rozbudowane zegarki potrafiące mówić?

W Mechanicznym występuje troje głównych bohaterów. Klakier Jax, który z każdym dniem coraz bardziej nie może znieść niewolniczych więzi ze swoimi panami, tzw. geas; Berenice Charlotte de Mornay-Périgord, wicehrabina de Laval, która w największej tajemnicy bada Klakierów i części pozostawione na polu bitwy, ryzykując zerwanie kruchego rozejmu oraz pastor Luuk Visser - agent Francji, żyjący przez wiele lat we wrogim kraju, który jest w posiadaniu tajemniczej rzeczy, którą na zawsze może zmienić oblicze konfliktu. Trzy różne osoby, trzy różne motywacje pchające ich do działania, lecz jeden wspólny cel: znaleźć sposób, aby pokonać potęgę Holendrów i zyskać powszechną wolność dla ludzi, jak i Klakierów. Przedstawienie akcji z punktu widzenia trzech, tak różnych postaci pozwala bardzo dobrze zapoznać się zarówno z wykreowanym światem, jak i samym pomysłem na fabułę. Bowiem każda z nich ma swój punkt widzenia, swoje cele i nieco inną hierarchię wartości, zwraca więc uwagę na inne rzeczy, niż pozostali. Dzięki temu, każdego z tych trojga bohaterów mamy okazję bardzo dobrze poznać, a wręcz z żyć się z nimi. Podobnie jest z bohaterami pobocznymi - nie ma ich jakoś przesadnie dużo, ich ilość zdecydowanie nie przytłacza i jest odpowiednio wyważona. Uważam to za duży plus, ponieważ nie raz czytałem już książki w których autorzy zasypują czytelnika taką ilością bohaterów, że nie sposób ich wszystkich spamiętać.

Niemniej ciekawy jest sam konflikt pomiędzy Francją a Holandią. Chociaż zakończył się tuż przed opisanymi wydarzeniami w książce, to o jego szczegółach dowiemy się bardzo dużo, ponieważ dopiero co nastąpiło zawieszenie broni. W tym konflikcie mamy z jednej strony armię mechanicznych żołnierzy, którzy zostali specjalnie przystosowani do walki - posiadają wzmocniony pancerz w porównaniu do zwykłych Klakierów oraz ostrza, które czynią z nich śmiertelnie groźnych zabójców. A z drugiej strony mamy Francję, która nie posiada prawie żadnej wiedzy o funkcjonowaniu mechanicznych ludzi. Rekompensują to bardzo dobrą znajomością chemii. Walczą z Klakierami przy pomocy szybkoschnących żywic, które szczelnie pokrywają ciała mechanicznych i zastygają w formie bardzo twardej skorupy, uniemożliwiającej dalsze poruszanie. Jest to jednak środek dość mocno kłopotliwy w użyciu a żołnierze bardzo szybko się poruszają i potrafią unikać takich bomb. Dlatego Francuzi rozpaczliwie pragną poznać, jak można uwolnić mechanicznych od ich geas, bądź też uszkodzić je w dużo prostszy sposób, niż całkowita destrukcja.

Mechaniczny to bardzo udana książka z gatunku clockpunk. Jest to przede wszystkim oryginalna i spójna wizja świata, który od trzech stuleci targany jest wojną Holandii i jej mechanicznych sług z Francja i jej rozwiniętą chemią. To także opowieść o tym, że istoty takie jak Klakierzy posiadają własne myśli i uczucia, a wiążące ich geas jest zbrodnią przeciwko posiadaniu własnej woli. Polecam Mechanicznego każdemu - nie tylko fanom fantasy, czy science-fiction, ponieważ książka Tregillisa niesamowicie urzeka i niecierpliwie czekam na kolejne tomy!

Ocena: 5/6
©Świat fantasy
Powieści z gatunku science-fiction, steampunk, cyberpunk są dla mnie względną nowością, a kreacje światów, bohaterów, które są ich główną cechą rozpoznawczą to istna zagadka. Dlatego też, po przeczytaniu pierwszego tomu Wojen Alchemicznych Iana Tregillisa mam co do tego mieszane uczucia.

Gdy w XVII wieku naukowiec i zegarmistrz Christiaan Huygens stworzył pierwszego klakiera, świat ludzi zmienił się diametralnie. Holandia, powołując do życia mosiężną armię, stała się supermocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę w Europie. Trzy stulecia później obecny stan utrzymuje się, jednak Francja za wszelką cenę broni własnych przekonań w stosunku do wolności każdej istoty, co doprowadziło do starć wojennych pomiędzy obiema stronami konfliktu, kończącym się kruchym rozejmem pomiędzy nimi. Jeden klakier o imieniu Jax postanawia się jednak zbuntować w imię wolności oraz zerwać z niewolniczą więzią łączącą go ze swoimi panami – geas. - Nigdy nas nie zrozumiesz – ty, która postrzegasz nas jako byle maszyny, narzędzia. Nasze tabu, nasze poczucie tożsamości… Jak mogłabyś zrozumieć to, czego istnienia zaprzeczasz? Powieść Iana Tregillisa jest wprowadzeniem do obszerniejszej historii Wojen Alchemicznych, dlatego też rozumiem fakt, iż kompozycja pierwszego tomu ma nas wprowadzić w wykreowany przez autora świat, bohaterów, jak i wydarzenia. Patrząc od tej strony, wiem, że mnogość szczegółów oraz faktów w tej powieści jest nieunikniona. Mam jednak wciąż nieodparte wrażenie, iż autor postawił wszystko na jedną kartę i wrzucił do jednego worka wszystko to, co mogłoby być rozplanowane na kolejne tomy serii. To sprawia, iż czytelnik może nieco pogubić się w fabule, czego doświadczyłam właśnie ja. Być może moje kręgi zainteresowań tak bardzo odbiegają od danej tematyki, że mój umysł, przyzwyczajony do szybkiej akcji, zagadek kryminalnych oraz prostej narracji, wnikając w tę historię, w której z pozoru nie ma za wiele logiki – pogubił się. Jest to książka, która znacząco odbiega od tego, co znałam z przeczytanych już wcześniej powieści. Obraz sytuacji wyłoniony z przechwyconych przez niego wiadomości przesyłanych lampami utwierdził go w przekonaniu, że na dole rozpętało się istne piekło. Chcąc poznać nowe gatunki, czy nowe typy literatury zdarza się, iż nie zawsze trafimy na powieść odpowiednią dla nas i myślę, że tak właśnie stało się w tym przypadku. Nie mogę bowiem odmówić autorowi wyobraźni, ponieważ wykreowany przez niego świat, choć trudny do przyswojenia, jest oryginalny i nietuzinkowy, a poruszany przez niego temat buntu, chęci bycia wolną i odrębną postacią, taką, która posiada własny rozum, sprawia, iż pod względem psychologicznym powieść jest dopracowana. Z innego punktu widzenia muszę odnieść się do samego stylu autora, który zagłębia się w tak szczegółowe opisy, zwłaszcza techniczne, iż ciężko było mi przebrnąć przez tę książkę i zamiast przeczytać ją w tydzień, dwa, czytałam ją prawie trzy miesiące. Zdaje mi się, iż pobiłam swój czytelniczy rekord. Spowodowane było to mniej więcej tym, iż język zaserwowany nam w powieści był dla mnie nużący i zamiast wciągnąć się w historię, prędzej przy niej zasypiałam. Pochwalić muszę jednak wydanie, które od razu przyciąga uwagę. Duży plus dla wydawnictwa, ponieważ jest to jedno z najpiękniejszych wydań, jakie przykuły moją uwagę. Czemu światło słońca było tak chłodne? Myślę, że nie powrócę już do Wojen Alchemicznych i zostawię tę książkę osobom, które zaczytują się w szeroko rozumianej fantastyce oraz właśnie w klimatach steampunkowych. Myślę, że czytelnicy takich gatunków ujrzą w tej powieści więcej, niż ja mogę ujrzeć.

Ocena: 2/6
©Marionetka Literacka
Kiedyś zdarzyło mi się zrecenzować sam pierwszy rozdział powieści. I żeby było jasne, nie miałam problemu z pisaniem o nim, ale czytaniem go. Gdyż zwyczajnie napisano/przetłumaczono go tak, żeby czytelnika odrzucić, i do tego doprawiono całą masą bzdur. Nic więc dziwnego, że brnąc przez początek Mechanicznego, nie mogłam się pozbyć tak okropnych skojarzeń. Na szczęście później było już tylko lepiej. Znacznie lepiej.

1926 rok (nie sugerujcie się, data w żaden sposób nie wpływa na świat przedstawiony i poznajemy ją dość późno). Trzysta lat temu Holandia posiadła sekret konstrukcji klakierów - idealnie posłusznych mechanicznych sług napędzanych alchemią - i stała się światową potęgą. Opiera się jej tylko katolicka Nowa Francja, ale jej dni wydają się policzone. Berenice Charlotte de Mornay-Perigold, wicehrabina de Laval, pełni stanowisko Talleyranda, czyli szefa wywiadu. Docierają do niej wieści o dekonspiracji siatki szpiegowskiej w Hadze oraz straceniu jej członków wraz ze zbuntowanym klakierem, Adamem, który ponoć uzyskał Wolną Wolę. Staje się ona marzeniem wszystkich mechanicznych, w tym Jaxa. Nie wie on, że w osiągnięciu pozornie dalekiego celu pomoże mu niepozorna przesyłka powierzona mu przez księdza Vissera, ostatniego ocalałego szpiega. Musi zostać jednak doręczona za Atlantyk...

Ale co konkretnie jest nie tak? Rozdział pierwszy prezentuje się zwyczajnie tak, jakby dosłownie nikt go ponownie nie przeczytał. Mam pewną skalę oceny złej redakcjokorekty, która zaczyna się przy "no zdarzają się wpadki, ale w zasadzie to w niczym nie przeszkadza", a kończy w momencie, gdy automatycznie zaczynam w głowie przeredagowywać tekst. Tak też się stało w przypadku Mechanicznego. Błędy składniowe ("niesubordynowani klakierzy pojawiali się jedynie w bajeczkach, legendą" - s. 9), angielskie kalki ("symultaniczny" pojawia się chyba z trzy razy na kilkunastu stronach, wrr!), pomylone słowa (fizjologia i fizjonomia to nie to samo - s. 26) i jakże liczne masła maślane (jak "mus przypilający do wypełnienia zadania" - s. 17 - czy "stangret, kobieta odziana w bury wełniany płaszcz, jaki noszą woźnice" - s. 19). Plus zbyt długie zdania, które aż proszą się, by podzielić je kropkami, oraz drobne błędy rzeczowe wynikające raczej z tłumaczenia ("okręt opuścił portowy falochron" - w ogóle jak można opuścić falochron?, s. 112 - a ruszył dopiero na następnej stronie; prawdopodobnie okręt miał minąć (!) ów falochron w czasie przyszłym). Ostatni przykład pochodzi z dalszej części książki, gdyż od rozdziału drugiego powieść wydaje się już bardziej ogarnięta i można naprawdę czerpać przyjemność z jej lektury. Aczkolwiek idealnie nie jest, jak widać na załączonym obrazku.

Kończę już kwestię tłumaczenia, redakcji i korekty, gdyż się nieco rozpisałam, a warto by może przejść do samej treści. Ale nasunął mi się dość przykry wniosek. To moja dziesiąta książka wydawnictwa SQN. Żadna dotąd mnie nie zawiodła, lecz pozycje zagraniczne bardzo często kuleją w tym aspekcie, niezależnie od tłumacza. Trochę szkoda. (Uwielbiam Mechaniczneego na stronie tytułowej oraz brak polskich znaków w kursywie w przypisach).

Jednak co otrzymamy, gdy wygrzebiemy się ze słabej warstwy technicznej? Rozbudowany i zwyczajnie ładny świat. Uwielbiam stylistykę steampunkową i na tym polu się nie zawiodłam. Choć sam gatunek już oznacza, że wszelkie próby zagłębiania się w szczegóły naukowe i ogólną logikę świata zostaną ukarane wkleszczeniem wścibskich paluszków między trybiki. Francuzi tworzą polimery, nie mając zegarków podręcznych, moda zatrzymała się gdzieś na etapie culotów, a mimo całego wstecznictwa emancypacja kobiet ma się świetnie. Ale z drugiej strony otrzymujemy sporo ciekawych odwołań, jak naukowcy pracujący nad "stertą" będącą źródłem prądu czy swoisty odpowiednik amerykańskiej Kolei Podziemnej. Poza tym Tregillis czerpie z możliwości swojego uniwersum pełnymi garściami i podczas lektury możemy delektować się jego bogactwem.

Autorowi udało się również stworzyć trzech ciekawych protagonistów. I to trzech budzących sympatię u tak wybrednego i tak z zasady nikogo nielubiącego czytelnika jak ja. Najpierw Jax: nie wyróżnia się za bardzo, ale od pierwszych stron (no dobra, od drugiego rozdziału jemu poświęconemu) zaczynamy mu szczerze kibicować. Potem Berenice, lubiąca sobie porządnie przekląć, niezależna kobieta. Z owego pierwszego powodu poczułam z nią "prawdziwą więź duchową". Cieszy mnie też, że inteligentna kobieta nie jest ukazana jako anty-męska feministka. Chociaż scena seksu w pracowni bardzo mi nie pasowała.

Ale najlepszego bohatera zostawiłam na koniec. A to dlatego, że jest księdzem. Niby nic nadzwyczajnego. Jednak równocześnie (albo w hołdzie dla tłumacza: symultanicznie) 1) nie jest fanatykiem 2) naprawdę wierzy 3) nie wierzy "nowocześnie" 4) nie jest pokazany jako naiwny, tępawy prostaczek. Bo przyznajcie sami, kiedy ostatnio spotkaliście w fantastyce osobę głęboko wierzącą ukazaną pozytywnie, a przynajmniej rzetelnie i jako zwyczajnego człowieka? No właśnie. Autor chwycił mnie tym autentycznie za serce. Plus zafundował wątkowi Vissera tak genialny zwrot akcji, że nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

Bo tak też jest z całą powieścią. Ze strony na stronę wciągałam się coraz bardziej i gdzieś w połowie zapomniałam o przykrych początkach, dając się porwać nurtowi opowieści. Samo tempo akcji nie jest szybkie, ale przed końcem obydwóch połówek znacznie ono przyspiesza, a my mamy wrażenie, że może się zdarzyć dosłownie wszystko. I w zasadzie zdarza się. Nie pasował mi trochę język oraz styl. Z jednej strony mamy sporo pseudo-technicznych szczegółów oraz słownictwa, a z drugiej liczne pseudo-poetyckie metafory zalatujące na kilometr kiczem. O ile do pierwszego elementu nic nie mam, to drugi mnie raził i nie pasował do całości.
Mechaniczny to bardzo dobra książka. Sama coraz rzadziej sięgam po stricte rozrywkową fantastykę, ale ta pozycja wyjątkowo mi się podobała. I to podobała na tyle, że najchętniej już dziś sięgnęłabym po następny tom. Nie jest to może rzecz wybitna, ale na pewno przyjemna i angażująca. Polecam.

Ocena: 4/6
©Między sklejonymi kartkami
Komentarze dotyczące oferty:
Inne proponowane
Warto zerknąć