ebook Moja walka. Księga 4
4.18 / 5.00 (liczba ocen: 2533) Ilość stron (szacowana): 618

Moja walka. Księga 4
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

E-book - polecana oferta: 25.66
wciąż za drogo?
30.60 złpremium: 19.74 zł Lub 19.74 zł
-22% 25.66 zł Lub 23.09 zł
32.90 zł Lub 29.61 zł
25.28 zł
26.11 zł
kliknij aby zobaczyć pozostałe oferty (6)
Inne proponowane

Czwarta dawka literackiego narkotyku. Autobiograficzna powieść, w której rzeczywistość przeraża bardziej niż najmroczniejsze skandynawskie kryminały. Osobista wiwisekcja, ekshibicjonizm, prozatorski majstersztyk. Walka wciąż trwa!

Karl Ove ma osiemnaście lat. Właśnie przeprowadza się na norweską prowincję, aby tam pracować jako nauczyciel. Zajęcie to ma nie przysparzać mu nadmiaru obowiązków, a jednocześnie podreperować stan finansów. Wszystko po to, by aspirujący prozaik mógł się w pełni skupić na pisaniu. Proste? Tak mogłoby się wydawać.
Życie młodego Knausgårda w małej, odizolowanej od świata rybackiej wiosce szybko zostaje jednak zdominowane przez seksualność. Im dłuższe i ciemniejsze są noce, tym mroczniejsze staje się też życie chłopaka. Usilne próby realizacji erotycznych pragnień przeradzają się bowiem w dokumentne porażki...

„Fani Knausgårda będą zachwyceni pikantnym poczuciem humoru i wspaniałą żywiołowością tej książki” – „Evening Standard”

„Szczere i mistrzowskie selfie” – National Public Radio

„Zapadająca w pamięć wariacja na temat pragnień młodego człowieka” – „Dagens Næringsliv”

Moja walka. Księga 4 od Karl Ove Knausgård możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Pogoda to przecież coś, przez co ujawnia się egzystencja. Dokładnie tak samo, jak my ujawniamy się przez nastrój, w jakim jesteśmy, przez to, co w danej chwili czujemy.
Już po raz czwarty Karl Ove Knausgård opowiada o swoim życiu, i gdy tak czyta się kolejne księgi nie można nie odnieść wrażenia, że jest ono pełne klęsk, przegranych bitew, nieudanych przedsięwzięć, sromotnych porażek. Tak jakby autor chciał powiedzieć: patrzcie na moje żałosne życie, zobaczcie, jak ono mną poniewierało, a ja przekułem to na sukces! Opisałem moją historię, tylko spójrzcie na moją walkę. Ale z kim jest toczona ta walka, kto jest przeciwnikiem? Wydaje mi się, że z kimkolwiek walczy Karl Ove, z kimkolwiek mówi nam, że walczy (z apodyktycznym ojcem, z kolegami, którym chce zaimponować, z dziewczynami, które nie pozwalają sobie dobrać się do majtek) to jednak jest to tylko zasłona dymna, mająca ukryć tę prawdziwą, jedyną, największą walkę: walkę z samym sobą.

Karl Ove ma osiemnaście lat i jasno sprecyzowany cel: chce zostać pisarzem. Pisanie jest, jak wiadomo, mało dochodowym zajęciem, więc dla podreperowania budżetu wyjeżdża na norweską prowincję, gdzie będzie pracował jako nauczyciel. Miejsce nie jest wybrane przypadkowo: młodzieniec ma nadzieję, że w nowym otoczeniu, gdzie nikogo nie zna, będzie miał sporo wolnego czasu, który przeznaczy na pierwsze pisarskie wprawki. Ha, nic z tego! Okazuje się, że w małej wiosce, w której wszyscy się znają, przybycie młodego, przystojnego nauczyciela wywołuje niemałe poruszenie. Koledzy i koleżanki z pracy wciąż zapraszają go na imprezy czy wpadają bez zapowiedzi do jego mieszkania, by chwilę pogawędzić, uczniowie szukają jego uwagi i akceptacji, a uczennice wodzą za nim maślanym wzrokiem. Właściwie nigdy nie jest sam i nawet, gdy chce się wybrać na spacer, jest wciąż obserwowany.

Po rozstaniu z nimi rozmyślałem w drodze do mieszkania o tej zaskakującej otwartości tutejszych ludzi, zapraszali mnie wszędzie, chociaż nie byłem jednym z nich, więc zastanawiałem się, dlaczego tak jest. Co im po kimś z Kristiansand, kto chodzi w czarnym płaszczu i berecie, ma wyrafinowany gust muzyczny, po co ciągać go ze sobą wieczorami? W Kristansand każde wyjście wymagało planowania, należało przezwyciężyć wiele przeszkód, nie wystarczyło ot tak pojawić się u kogoś w domu czy przysiąść się w knajpie do stolika jakiegoś dalekiego znajomego. Tam wszyscy mieli swoje kręgi, a jeśli się do żadnego takiego kręgu nie należało, to właściwie pozostawało się poza nawiasem. Możliwe, że podobne kręgi istniały również tutaj, lecz w takim razie nie były ostatecznie zamknięte. W ciągu tych kilku tygodni, jakie tutaj spędziłem, największe zdumienie wzbudziło we mnie odkrycie, że wszystkich tu akceptowano. Niekoniecznie lubiono, ale zawsze akceptowano. Przecież nie musieli mnie przywoływać i zapraszać do siebie, ale właśnie tak się zachowywali, i to nie tylko niektórzy, lecz wszyscy.

Nic nie jest tak jak trzeba. Pierwsze wprawki pisarskie są nieudane: Karl Ove pisze, szuka swego stylu, rozpaczliwie chce stworzyć Dzieło, jednak teksty szybko się urywają, zdania nie dobiegają do kropki, nie rozrastają się w większą historię. I nawet, gdy w końcu udaje mu się napisać kilka opowiadań, z których jest całkiem dumny, tak dumny, że przesyła je rodzinie i znajomym, czekając na pochwały, okazuje się, że jego twórczość wywołuje umiarkowany zachwyt. Bo jakże przyjąć słowa matki, że opowiadania, owszem, jej się podobały, ale zapewne podobałby jej się każdy tekst spod jego pióra, bo jest jej synem? Jak znieść śmiech Yngvego, którym ten wybucha na wieść, że młodszy brat chce wysłać to, co napisał do wydawnictw?

Tom czwarty mówi więc o pisaniu i o niemożności pisania. Autor puszcza tu do nas oko i wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej pokazuje, że całe to przedsięwzięcie, jakim jest siedem tomów Mojej walki jest swego rodzaju literackim oszustwem. Otóż gdy czytelnik zaczyna już wierzyć, że to, co opisuje Knausgård jest prawdą (oczywiście w ramach świata przedstawionego), otrzymuje opis zarysu opowiadania, którego treść… jest dziwnie znajoma. A jest znajoma dlatego, że owa scenka została przedstawiona w tomie trzecim jako zdarzenie z dzieciństwa samego autora. Jednak mi to nie przeszkadza, bowiem od początku zakładałam, że Karl Ove wykorzystał pewne zdarzenia i doświadczenia ze swojego życia, by przekształcić je na coś innego – na powieść. To słowo jest nawet zapisane na okładce, i tylko siebie można obwiniać, jeśli zżymamy się teraz, że pisarz, zręcznie operując słowem, nas oszukał.

Drugim tematem tej części jest inicjacja seksualna. Młody chłopak, jakiego przedstawia w tym tomie Knausgård, rozpaczliwie stara się zaspokoić swoje żądze i chyba nie zdziwię tych, którzy czytali poprzednie tomy Mojej walki pisząc, że początkowo nic mu z tego nie wychodzi. Karl Ove chce, ale nie może: bo żadna dziewczyna się nim nie interesuje, bo jest niezręczny i zbyt namolny, bo jest pijany i za prędki, bo ma problemy typowe dla młodego mężczyzny, ale myśli, że jest w swych doświadczeniach osamotniony, bowiem wszyscy – czy to jego brat czy koledzy – wmawiają mu, że zaliczają panienki jedna za drugą i że ich inicjacja nastąpiła już dawno temu. Karl Ove ciągle myśli o seksie, ale nie potrafi doprowadzić do stosunku.

I wreszcie trzeci temat, czyli pijaństwo: pijaństwo ojca głównego bohatera i jego własne, bowiem mimo tego, że Karl Ove z niesmakiem patrzy na ojca, który popija coraz częściej i coraz więcej, by potem stawać się na przemian nieznośnie sentymentalnym i przerażająco agresywnym, to jednak nie przeszkadza mu to w tym, by samemu wlewać w siebie litrami alkohol. On nie pije, on chla: chla na licznych imprezach, chla przez cały weekend, ma potem wszelkie objawy kaca, które skrupulatnie opisuje, jak zwykle obnażając przed czytelnikiem wszystkie swoje słabości.

To nie jest literatura dla pruderyjnych czytelników, którzy zasłaniają oczy przy słowie „seks” i to nie jest lektura dla tych, którzy lubią czytać jedynie o tym, co piękne i wzniosłe. To pełnokrwista opowieść o życiu, historia bez upiększającego książkowego makijażu. Knausgård robi coś wręcz odwrotnego: pokazuje najbrzydsze elementy istnienia. Z drugiej strony Moja walka to także refleksyjne opisy na temat masek, które musimy nosić, to zachwyty przyrodą i rozpaczliwa pierwsza miłość, jaką tylko nastolatek może przeżywać. Dużo w tej książce piękna, choć nie tak łatwo je dostrzec.

Poczułem ogromną radość, bo ta cisza była ogromna, tak jak ogromne jest morze, a jednocześnie, jak w każdej radości, tkwił w niej cień bólu. Cisza na takiej wysokości, po brzegi wypełniona pięknem, kazała mi zobaczyć samego siebie, czy raczej zdać sobie sprawę z własnego istnienia; nie chodziło w tym o moją psychikę czy moralność, nie miało nic wspólnego z moimi cechami, tylko o to, że się tam znalazłem, że moje ciało sunęło do góry, że tam byłem i to wszystko przeżywałem, no a potem miałem umrzeć.

Wciąż wzbudza we mnie podziw lekkość pióra Knausgårda i nadal nie znalazłam odpowiedzi na pytanie: co jest tak ciekawego w tej, zdawałoby się, całkiem zwyczajnej prozie? Może znajdę rozwiązanie, czytając kolejne tomy Mojej walki?

Ocena: 5-/6
©tanayah czyta
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć