Małe życie
ebook: epub (ipad), mobi (kindle)

Kategoria: /
średnia ocena: 4.27 / 5.00
liczba ocen: 840
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
-39% 28.80 zł
35.26 zł
-15% 40.79 zł
40.79 zł
45.60 zł
Pozostałe księgarnie
40.79 zł
40.79 zł
43.19 zł
43.50 zł
45.59 zł
47.99 złpremium: 28.79 zł
47.99 zł
Opis:

Poruszający obraz dojrzewania, w którym sukces, trauma i przyjaźń stanowią jedno. Najgłośniejsza amerykańska powieść 2015 r. Wzbudziła falę zachwytu i zarazem gorącą dyskusję wśród krytyków i czytelników. Proza w całym swoim pięknie opisująca doświadczenie zła, granice ludzkiej wytrzymałości i tyranię pamięci.

Pochodząca z Hawajów amerykańska pisarka opisuje kilkadziesiąt lat z życia czterech przyjaciół. Bohaterów powieści poznajemy w chwili, gdy kończą studia i przenoszą się do Nowego Jorku. Przetrwanie, nie mówiąc już o sukcesie, w jednym z najwspanialszych miast świata nie jest łatwe, lecz szczęście wydaje się im sprzyjać. Pełen temperamentu JB jest malarzem i z czasem zaczyna brylować w kręgach nowojorskiej bohemy. Malcolm zostaje uznanym architektem, a Willem robi błyskotliwą karierę aktorską. Najbardziej tajemniczy z nich, Jude, przejawia wybitny talent matematyczny, jako prawnik również odnosi sukces za sukcesem. W przeciwieństwie do przyjaciół nigdy jednak nie wspomina o swojej przeszłości ani o rodzinie, choć poważne problemy zdrowotne i emocjonalne wskazują na to, że w jego życiu wydarzyło się coś, o czym nie potrafi zapomnieć.
Willem, Malcolm i JB stopniowo będą odkrywać straszną prawdę, która kładzie się cieniem na całym życiu przyjaciela. Nieuchronnie nadchodzi dla nich czas trudnej próby empatii i dojrzałości. Co będą gotowi poświęcić, by ratować Jude’a, pogrążającego się w mroku?


„Małe życie” to poruszająca do głębi powieść o codziennym bytowaniu w wielkim mieście, które daje szansę na zapomnienie o przeszłości, oraz o bólu, który nie pozwala zapomnieć o przeszłości. To proza, która w całym swoim pięknie opisuje doświadczenie zła, granice ludzkiej wytrzymałości i tyranię pamięci.
Powieść „Małe życie” w Ameryce i w Anglii odniosła ogromny sukces wśród krytyków i czytelników – trafiła do finału Nagrody Bookera i National Book Award, otrzymała prestiżową Kirkus Prize, znalazła się na czele rankingów najlepszych powieści 2015 roku sporządzonych przez najważniejsze tytuły prasowe, rozgłośnie radiowe i portale internetowe (m.in. „The New York Times”, „The Washington Post”, „The Wall Street Journal”, „The Guardian”, „The BuzzFeed”, „The Goodreads, Oprah”). Prawa do opublikowania powieści dotychczas sprzedano do dwudziestu krajów.

CYTATY:
Lecz sprawiedliwość to nie jedyny, nawet nie najważniejszy wzgląd, jakim kieruje się prawo: prawo nie zawsze jest fair.
Lecz czym było szczęście, jak nie ekstrawagancją, stanem niemożliwym do zachowania, po części dlatego, że tak trudno go wysłowić?
Jeżeli kochasz dom - a nawet jeśli nie - to nic nie bywa tak przytulne, tak swojskie, tak rozkoszne jak ten pierwszy tydzień po powrocie.
Lepiej ufać czy być czujnym? Czy można mówić o prawdziwej przyjaźni, jeśli jakaś cześć ciebie stale spodziewa się zdrady?
Moralność pomaga nam tworzyć prawa, lecz nie pomaga nam ich stosować.
Ale czy nie jest tak, że każdy opowiada własne życie - naprawdę opowiada własne życie - tylko jednej osobie? Jak często można odeń oczekiwać, że będzie się powtarzał, kiedy on z każdym opowiadaniem zdziera ubranie z własnej skóry i ciało z własnych kości, aż staje się bezbronny jak mała różowa myszka?
Cała sztuka z przyjaźnią polega na tym, żeby znaleźć ludzi lepszych od siebie, nie inteligentniejszych, nie bardziej cool, ale lepszych, serdeczniejszych i bardziej wybaczających, a potem szanować ich za to, czego mogą cię nauczyć i słuchać ich, gdy mówią ci coś o sobie samym, choćby najgorszego... albo i najlepszego, to się zdarza; i ufać im, co jest najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale też i najlepsze.
Przyjaźń to ciąg wymiany: uczuć, czasu, niekiedy pieniędzy, zawsze informacji.
Przedmioty psują się i czasami są naprawiane, ale w większości przypadków uświadamiamy sobie, że bez względu na to, co się zniszczyło, życie układa się na nowo, by zrekompensować nam stratę, niekiedy w sposób cudowny.
Recenzje blogerów
Żyletka. Małe ustrojstwo, którym można wyrządzić sobie niesamowitą krzywdę. Ostre, cienkie i niebezpieczne. Całe moje dzieciństwo powtarzano mi, żeby jej nie dotykać. Pamiętam doskonale, kiedy to maszynki jednorazowego użytku były towarem deficytowym i wśród przyborów do golenia mojego ojca i dziadka była brzydka pseudosrebrna maszynka na żyletki. „I tylko broń Panie Boże, żebyś to brała do ręki” – grzmiała mama. Oczywiście, że nie słuchałam. Oczywiście, że poczułam, co znaczy być nieostrożną i nie umieć się obsługiwać ostrym narzędziem. Oczywiście, że przyznałam jej rację, choć nigdy na głos. Ale nauczyłam się. Teraz, kiedy sama jestem mamą, rozumiem moją rodzicielkę doskonale. Drżę nawet, gdy mój sześciolatek sięga po nożyczki dla dzieci, a co dopiero nóż czy inne równie ostre przedmioty. Strachu przed bólem też trzeba się nauczyć, trzeba przejść proces odpowiedniej socjalizacji, żeby wiedzieć, na co uważać. Często trzeba doświadczyć na własnej skórze bólu. Człowiek ma jednak to do siebie, że zrobi wszystko, by go uniknąć. Zdrowy człowiek. Bo z chorym bywa różnie…

Małe życie Hanyi Yanagihary przeleżało na moim regale sporo czasu. Kupione niedługo po wydaniu, sukcesywnie odstraszało gabarytami. Jako, że niedawno skończyłam równie opasłego Szczygła Donny Tartt, nie miałam zbytniej ochoty znów zagłębiać się w historię opisaną na ośmiuset stronach. Uznałam jednak, że dwutygodniowy urlop to dobry moment – relaksując się nad morzem chętnie poznam głównych bohaterów: JB, Malcolma, Jude’a i Willema.

Dwa tygodnie nie wystarczyły.

Małe życie zostało okrzyknięte najgłośniejszą amerykańską powieścią i największym wydarzeniem literackim 2015 roku. Książka została nominowana do prestiżowych nagród, przetłumaczona na wiele języków i określona jako arcydzieło. Jest to historia czterech przyjaciół, którzy poznają się w college’u i wspólnie postanawiają zamieszkać w Nowym Jorku. Każdy z nich zostaje „kimś”. JB znanym malarzem, Malcolm świetnym architektem, Willem rozpoznawalnym aktorem, a Jude niepokonanym prawnikiem. Po pierwszych stu stronach, które – przyznaję – nieco mnie nużyły, byłam przekonana, że doskonale przewidziałam, o czym będzie ta książka. Pomyślałam „Czterech kumpli będzie się bawić, a Yanagihara zrobi wokół tego duży szum i na tym się skończy”. Tymczasem okazało się, że zbyt szybko i niesprawiedliwie oceniłam zamysł autorki. To nie była książka o imprezujących przyjaciołach. I zupełnie nie było w niej szumu. Był ból. Przeraźliwy, wypełniający wszystkie żyły i tętnice, powodujący niejednokrotnie odruch wymiotny. Tak, jakby pisarka chciała, żebyśmy poczuli choć trochę, co przeżywał Jude – bo to on stanowi kanwę opowieści. To jego nikt nie nauczył, że żyletki nie służą do zabawy. Nie miał go kto nauczyć, bo w swoim dzieciństwie nie spotkał nikogo, kto nauczyłby go czegokolwiek istotnego. Jego życie było błędem innych ludzi, wynikiem ich okrucieństwa, psychoz, patologii i braku człowieczeństwa. Na ośmiuset stronach poznajemy jego życie, sposoby radzenia sobie z przeszłością, bólem i brakiem motywacji.

Nie polubiłam go. Było mi go żal, ale to, co robił w swoim dorosłym życiu doprowadzało mnie do szału. Odkładałam książkę co jakiś czas, wściekając się na niego i klnąc na Yanagihare (ostatnio takie emocje wzbudziła we mnie Pozorność Natalii Nowak-Lewandowskiej). Po głowie chodziło mi ciągle jedno pytanie „Jak tak można?!”.

I kiedy już minęły dwa tygodnie urlopu, a mnie zostało jeszcze około stu stron do przeczytania, postanowiłam, że odpuszczam. Nie dam rady. Teraz wiem na pewno, jak to się skończy. Jednak to nie w moim stylu. Dokończyłam. Nie wszystko było tak, jak przewidziałam. Przykleiłam się do fotela robiąc coraz większe oczy i zastanawiając się, jak mogło do tego wszystkiego dojść.
Z regału spadła już kolejna książka do przeczytania. Przekartkowałam ją, przeczytałam kilkanaście stron i wróciłam do Małego życia. Otwieram je na przypadkowych stronach, jeszcze raz przypominam sobie tą historię i myślę, ile przyjaźń może wnieść, znieść i jak bardzo można się w swoim życiu pogubić, gdy nie pozwoli się sobie pomóc. Myślę, jak to dobrze mieć obok siebie prawdziwego przyjaciela, miłość oraz szacunek i jak bardzo może to trzymać przy życiu. I jak wielkie spustoszenie może siać brak tego wszystkiego.

Ocena: 6/6
©Spadło mi z regała
Rok temu w USA, a obecnie w Polsce słychać zewsząd zachwyt nad powieścią Małe życie Hanyi Yanagihary. Książka stała się absolutnym bestsellerem, którego szanujący się hipster nie może zlekceważyć. Akcja powieści rozgrywa się w sercu Ameryki, a jednocześnie w najbardziej wielokulturowym i innym od całej reszty Wielkim Jabłku, jak często nazywa się Nowy Jork. W naszym kraju sam ten fakt dodaje powieści dwa kolejne levele do bestsellerowatości.
Historia ta opowiada o losach czwórki przyjaciół, młodych ludzi, którzy poznali się i zaprzyjaźnili w college’u. Żyją w środowisku, w którym w zasadzie nie istnieją problemy rasowe, a homoseksualne przygody też nie są czymś, nad czym bohaterowie mieliby się zastanawiać zbyt długo. Jednak ten książkowy Nowy Jork jest trochę dziwny, a czytelnik zaczyna to odczuwać stopniowo i coraz wyraźniej. Jeśli obserwujemy bohaterów przez kilkadziesiąt lat ich życia, a najskromniej licząc przez około trzydzieści, to miejsce, w którym żyją też powinno się zmieniać. Tego jednak nie widzimy, choć logika mówi nam, że ta historia powinna się skończyć całkiem niedawno. Czy ktoś żyjący w Nowym Jorku nie zauważyłby ataku na WTC w 2001 roku? Skoro ten Nowy Jork jest taki poza czasem i historią, to jak należy traktować bohaterów?

Realizm magiczny

Według mnie pierwszoplanowa postać tej opowieści nie jest zbyt wiarygodna. Bohater jest sierotą wychowującym się początkowo w klasztorze. Zakonnicy znęcają się nad nim. Jeden z nich jest pedofilem, i czyni z bohatera męską prostytutkę. To powoduje, że tak skopany przez życie chłopak nie tylko zostaje zarażony rozmaitymi chorobami, w tym wenerycznymi. Nabiera wstrętu do swojego ciała i seksualności, ale też do końca życia tnie się żyletkami, co akurat jest zjawiskiem znanym psychologii. Jednak to wszystko nie przeszkadza mu uczęszczać do dobrego college’u, skończyć prestiżowe studia, a potem zostać wziętym prawnikiem, który po latach jest człowiekiem bardzo zamożnym. Nie byłoby to tak fantastyczne, gdybyśmy mówili o czasach dzisiejszych, ale realizm każe nam te wydarzenia umieścić w w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, a może i wcześniej. Nieszczęścia, których obiektem stał się Jude, bo tak ma na imię najważniejsza postać powieści, wyczerpują możliwości zła. W zasadzie wszyscy wokół niego, od szkolnych kolegów zaczynając, są wcieleniem dobra. Wydaje się to również niezbyt realistyczne.
Jest jeszcze wiele innych elementów, które powodują, że chwilami mamy wrażenie obcowania z kolejną wersją Ani z Zielonego Wzgórza. Jednak nie chcę ich wymieniać, aby nie zepsuć obcowania z książką tym, którzy jednak po nią sięgną.
Kolejnym zgrzytem książki jest całkowity bałagan narracyjny. Powoduje to, że lektura chwilami jest mało przyjemna. Mamy tam tradycyjnego narratora w trzeciej osobie, ale też postacie występujące w książce w pewnych momentach przejmują narrację, a spora jej część jest czymś w rodzaju monologu lub listu jednej z postaci do innej, która już nie żyje. Do tego dochodzą jeszcze spore fragmenty retrospekcyjne, które również nie ułatwiają odbioru. Jest to męczące dużo bardziej niż w Atlasie chmur, gdzie stylistycznie i narracyjnie jest podobny zabieg, ale znacznie doskonalszy. Z kolei chropowatość stylu przywołuje narrację w Grze o tron, ale brak w niej konsekwencji George’a R.R. Martina.

Jednak jest w tej powieści coś, co powoduje, że warto przebrnąć przez te osiemset stron. Pojawia się w niej wątek miłości Jude’a i drugiego z bohaterów – z pochodzenia Skandynawa – Willema. I w tym momencie powieść staje się liryczna, ta trudna miłość przedstawiona jest bez cukierkowatości, z delikatnością, a jednocześnie w żaden sposób nie można przez to książki zaliczyć do jakiegoś tam nurtu gejowskiego, jak kilka innych ważnych dzieł współczesnej sztuki. To nie jest opowieść o miłości homoseksualnej, ale o prawdziwej miłości – trudnej, pełnej poświęcenia i dobroci. Ta część książki jest bardzo poruszająca i prawdziwa w swojej wymowie.

Ocena 5/6
©Autorski przewodnik kulturalny
Tym razem będzie to recenzja nietypowa, gdyż Małe życie skończyłam czytać w listopadzie zeszłego roku. Nie była to lektura wybitna, ale na pewno intrygująca. Na tyle intrygująca, że chyba nigdy nie przetrawiłam jej do końca. A co więcej: mocno nie zgadzam się z niektórymi spostrzeżeniami zanotowanymi krótko po lekturze. I mam potrzebę je sprostować. Zapraszam.

Zacznijmy od początku: Nowy Jork, czwórka przyjaciół. J.B. - homoseksualny malarz z dobrymi perspektywami. Malcolm - architekt, który nie wie, co chce zrobić ze swoim życiem. Willem - aspirujący aktor, który na razie dorabia w restauracji. Oraz Jude - wrażliwy początkujący prawnik, najbardziej z całej czwórki zamknięty w sobie. Pierwsze sto stron, to drobiazgowy opis ich codziennego życia oraz problemów. Potem wszystko się zmienia. To Jude i jego życie zaczyna angażować większość naszej uwagi, jego przyjaciele pozostają gdzieś w tyle.

Tutaj na chwilę się zatrzymamy. Przez dłuższy czas optowałam za tezą, że ta zmiana "tematu" powieści to kwestia złego rozplanowania. Tyle że to średnio trzyma się kupy. Małe życie jest pod innymi względami zbyt dobre, by autorka miała popełnić tak idiotyczny błąd. I, co najważniejsze, nie poprawić go, zwłaszcza w świetle faktu, iż swojej debiutanckiej powieści, Ludziom na drzewach, poświęciła kilkanaście lat. Poza tym ewolucja tematu jest niezwykle płynna i naturalna. Oraz najwyraźniej celowa.

Punktem wyjścia jest więc portret czterech przeciętnych (i cholernie uprzywilejowanych - sic!) mężczyzn, przyjaciół. Zdają się oni żyć po prostu swoim małym (i cholernie uprzywilejowanym - sic!) życiem, bez większych dramatów czy nieprawdopodobnych zdarzeń. I nagle okazuje się, że jeden z nich przeżył w przeszłości naprawdę straszne rzeczy, i że nikt o tym nie wie. W tym miejscu Małe życie to powieść o "przegapionych" ludzkich tragediach. O traumach, które ofiara może starać się ignorować, ale tak naprawdę których nigdy się nie pozbędzie, i które w końcu się ujawnią i zwyciężą.
Tutaj mam jednak również dwa zastrzeżenia. Po pierwsze: żal mi porzuconych historii pozostałej dwójki (bo Willem akurat otrzymuje porcję naszej uwagi). Zwłaszcza Malcolma - frustrujące jest zobaczyć, że ze swoimi problemami poradził sobie gdzieś w międzyczasie, pomiędzy jednym występem a drugim. Po drugiej: sam charakter traum Jude'a. Cocteau & Co. odwołuje się tu do estetyki queer i wedle mojej szczątkowej wiedzy taka interpretacja trzyma się kupy. Jedno jest pewne: Jude przeżywa zbyt wiele złych rzeczy, żeby mieścić się w ramach nawet najmniejszego prawdopodobieństwa. Tragedia goni tragedię, czasami wiążę się z poprzednią, a czasami ma charakter zupełnie przypadkowy. Sieroctwo, molestowanie seksualne, prostytucja dziecięca, kalectwo, toksyczny, przemocowy związek... I jeszcze kilka rzeczy. I choć same wydarzenia trącą mocną dramą, to coś sprawia, że powieść da się czytać bez zgrzytania zębów. To realizm psychologiczny. Połączenie jego oraz nieprawdopodobnie dramatycznych zdarzeń daje efekt niemal katartyczny.

Nieco inaczej rzecz się ma z realizmem emocjonalnym bohaterów. Spotkać można trochę opinii, wedle których Jude i Willem są niezwykle kobiecy, a ich orientację seksualną autorka traktuje w zbyt umowny sposób. Byłabym nawet skłonna się z tym zgodzić, gdyby nie pewne ogólne wrażenie wyniesione z lektury. To nie tak, że Yanagihara "nie umie w płcie". Ona zdaje się do pewnego stopnia świadomie ignorować ich rolę. Stąd na przykład unikanie określenia Willema jako biseksualnego. Autorka jakby chciała, abyśmy nie postrzegali ich związku przez pryzmat płci. W tym świetle ich relacja romantyczna, a potem seksualna, jawi się jako zwieńczenie przyjaźni i bliskości między dwoma osobami, na którą płeć nie ma większego wpływu. Nie rozpatrywałabym więc tego wątku pod względem ewentualnej "realistyczności", po prostu przyjęła go bez zastrzeżeń.

O czym więc jest Małe życie? Nie wiem. I nie wiem, czy można je w ogóle wpisać w jakąś spójną tematykę. Jest jednak pozycją naprawdę intrygującą oraz głośną, co według moich standardów już czyni ją wartą poznania. Dla mnie na pewno będzie stanowić ważny punkt odniesienia przy okazji innych lektur. I może kiedyś znajdę kolejne jej dno.

Ocena: 4/6
©Między sklejonymi kartkami
Komentarze dotyczące oferty:
  • Awatar

    Życie nieustannie stawia przed Tobą znaki zapytania. Dobrze jest dostrzec je w porę nie odrzucając życzliwego ramienia gotowego na wspólne ujarzmianie. Jestem pewna, że nie tylko Hanya Yanagihara przyznałaby mi rację. Gdyby ta pochodząca z Hawajów znana amerykańska dziennikarka pewnego dnia nie przejrzała się w krytycznym spojrzeniu redaktora Daniela Mendelsohna, dziś nie byłaby także niespełna czterdziestodwuletnią autorką „Małego życia” książki, dla której 2015 rok okazał się wyjątkowo łaskawy. Nie wierzysz? Sam sobie odpowiedz czy gale finałowe tak prestiżowych nagród jak „Man Booker Prize” czy „National Book Award” i wciąż jeszcze niepewne plany przeniesienia jej na ekran to wystarczający dowód na pokrycie moich słów. Ja w tym czasie podziękuję Wydawnictwu „W. A. B”. Nie tyle za ubiegłoroczny dwudziesty siódmy dzień kwietnia. Dziękuję jeszcze, a może przede wszystkim za hipnotyzującą okładkę, obok której nie mogłam przejść obojętnie. Liczę, że pewnego dnia któreś z rodzimych wydawnictw dostrzeże także wydaną przed czterema laty „The People in the Trees”, która była debiutem Hanyii. O tym czy nie są to płonne nadzieje jak zwykle zdecydują prawa zegara…

    Czwarta nad ranem. Czas o smaku dojrzałych oczekiwań i myśli, które nie wydały jeszcze ostatniego tchnienia. Cokolwiek spoczywa na ołowianych powiekach zwie się wspomnieniem o tamtej piosence, która z błędu powstała. Świtało dnia nie jest tu bezwstydem. To sojusznik w pół do słodkiej niepamięci o zbliżającym się powrocie ciemności samotnego kąta i falujące w niepokoju myśli, że wyjść z niego nie pora. Kimkolwiek jesteś w nie pierwszą z trzecich nocy, wybacz. Nie umiem dziś ochrzcić siebie bezkresną samotnością a razem łatwiej, pamiętasz?

    W taką noc jak dziś wołam w niebo. Bezgłośnie, bo czy nie zauważyłeś, że ludzie nadużywają słów? Mówią, że prawda leży zawsze po środku choć sami nie znają jej rysopisu ani adresu. Być może wiedzą co to niejeden aksjomat, lecz kiedy podejdziesz bliżej spostrzeżesz, że nie potrafią udowodnić wartości żadnego z nich. Karmią bajkami, ale nie wspominają, że w niemal przy każdej upragnionej chatce czai się wilk z wielkimi kłami i lekarz gotów podzielić tabletkę pozornego szczęścia. Autorka „Małego życia” jest jedną z tych, którzy nad słowa przekładają czyny. To ona pokazała mi świat pełen krzyków niejednoznacznych i różnicy w jego barwach wynikających z natężenia światła. Jeśli zapytasz, która z nich jest dziś częścią mnie przyznam, że jest zbyt ciemno by ją odnaleźć. Mimo wszystko czuję, że jest. Czuję równie mocno jak dobrze pamiętam opowieść o kilku drzewach rosnących z dala od siebie, których gałęzie uparcie zapragnęły wysokości. Z czasem ich korzenie rozrosły się tak głęboko, że nadszedł dzień na wykonanie wspólnego, podziemnego tańca. Był to gest tak wielkiej jedności, że gdy spojrzysz z daleka owszem wyglądają, jak gdyby rosły osobno, lecz to pozory stworzone po to by mogły wspólnie dosięgnąć najdalszych z gwiazd.

    Skoro już mowa o gwiazdach… Podobno są nimi słowa, które drogi do domu nie odnalazły. Kiedy siedemnaście mgnień księżyca wcześniej decydowałam się im pomóc w myślach miałam pamięć o miłości w wydaniu Bukowskiego a w ręku kalendarz z przepisem na tych osiemset szesnaście kroków przede mną. Dotarłam do celu z satysfakcją na końcu języka i uporczywym wrażeniem, że najwidoczniej gdzieś pomyliłam kroki. Czy jest inny sposób by wytłumaczyć sercu, że choć opis pod obrazem przedstawia „One: Number 31, 1950” pędzla Jackson’a Pollock’a to jakieś inne płótno? Obraz, której autor owszem bardzo się starał, ale nie miał na tyle samokrytyki by dostrzec, że zbliżone kształty to za mało ani na tyle odwagi by pójść własną, dobrze zapowiadającą się drogą.

    Istnieją tysiące powodów, dla których to „DoWidzenia” nie będzie uwiezione w ramach. Wybacz JB liczę, że przynajmniej Ty zrozumiesz jak bardzo nie umiem nie być sobą. To już blisko prawda? Czas zamkniętych drzwi, mroku w słuchawce i wdzięczności, której tak naprawdę nie zdążyłam okazać. Myślisz, że znalazłbyś dla mnie choć jeszcze chwilę? Na ten jeden moment, w którym pozwolimy by nienawiść do Whisky i gorycz bakłażana uderzyły nam do głowy a jutro? Przyjdzie kolejny dzień i następne wspomnienia i tylko czasem oglądając Pollocka utknę w pół do słodyczy...

  • Awatar

    "Małe życie, ale naprawdę wielka literatura" ~ Agnieszka Błaszczyk

    Myślę, że to stwierdzenie pasuje w stu procentach do tej pozycji.

    Małe życie z początku przedstawia nam historie czterech przyjaciół Willema, Malcoma, JB i Juda. Jednak takim naprawdę głównym bohaterem jest tutaj Jude, na którego ciężkim dzieciństwie i jego wpływie na całe jego życie w większości będzie się skupiać ta książka.

    Lektura ta, nie należy do łatwych. Porusza naprawdę wiele interesujących, ciężkich i bolesnych tematów takich jak: poczucie własnej tożsamości, molestowanie seksualne, brak poczucia własnej wartości, narkotyki, uzależnienie od drugiej osoby, prawdziwa przyjaźń i jeszcze wiele innych…

    Wszystko to jest opisane doskonałym językiem, i do tego bardzo trafnym i bezpośrednim językiem, ze wszelkimi szczegółami całego zła i cierpienia mieszczącego się w tej książce.

    Lektura ta naprawdę wywołuje mnóstwo emocji w czytelniku, oraz co najważniejsze daje naprawdę mnóstwo do myślenia m.in. jak bardzo jeden człowiek może skrzywdzić w prosty sposób innego człowieka a tym samym zniszczyć całe jego życie i osobowość.

    Ciężko tak naprawdę coś napisać na temat tej pozycji ponieważ kalejdoskop tematów, które ona porusza, ilość uczuć, które wywołuje sprawia, że nie jestem w stanie tego wszystkie wyrazić.

    Książkę naprawdę polecam, jest warta przeczytania i zostawi w was naprawdę wiele…
    Myślę, że można śmiało stwierdzić, że jest to arcydzieło…

  • Awatar

    Książka, którą trzeba przeczytać. Zdecydowanie jedna z lepszych pozycji jakie zostały napisane. Poziom książki przyrównałabym do Tajemnej historii - Donna Tarot. Wciągająca i wstrząsająca, czytając ją w komunikacji miejskiej musiałam uważać, żeby nie było widać łez które się pojawiały w trakcie czytania. Moja książka teraz wędruje i mam nadzieję, że każdego tak zachwyci jak mnie.

  • Awatar

    Ksiązka ,która wbija w fotel i długo nie można z niego zejść. Myślę ,że odczucia z nią związane zależą w jakim punkcie zycia się właśnie znajdujemy.Po 20 % przeczytanej książki nie możemy się od niej oderwać. Wkurzamy się na bohatera, współczujemy mu gdzieś głęboko chcemy ,żeby mu się udało. Ksiązka daje taki wachlarz emocji ,że trudno powrócić do rzeczywistości. Masę przemyśleń na temat ludzkiej natury, daru przyjaźni.

  • Awatar

    Wierzymy (lub przynajmniej chcemy wierzyć), że życie jest sprawiedliwe, że los za zło odpłaca karą, że wynagradza dobro, a krzywdę naprawia. Chcemy wierzyć, że życie może być bajką. Że biedny pastuszek, młynarczyk czy szewczyk za swą odwagę i spryt otrzyma pół królestwa i rękę księżniczki. Że pocałunek prawdziwej miłości potrafi odczynić klątwy i wybudzić z wiecznego snu… Tymczasem… Tymczasem w życiu jedni mogą zrealizować, wszystko co zamarzą, bo los im zawsze sprzyja. Innym od początku (tj. od narodzin) los rzuca kłody pod nogi – rodzą się z wadami genetycznymi, żyją w biedzie i umierają w samotności. Biedni, zamiast otrzymać pół królestwa, umierają z głodu lub w chorobie. Dobroć nie chroni przed przestępczością, chorobą lub biedą. Dzieci padają ofiarami pedofilii, a zamiast naprawy krzywd czeka je choroba, śmierć lub zniszczona psychika… A pocałunek prawdziwej miłości nie ma aż takiej cudownej mocy…

    Ciąg dalszy na stronie http://www.thelksinoe.pl/blog/2016/07/03/male-zycie-hanya-yanagihara/

Inne proponowane
Warto zerknąć