ebook Władczyni Mroku
3.29 / 5.00 (liczba ocen: 60)

Władczyni Mroku
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

najlepsza cena! w ostatnich dwóch tygodniach
E-book - polecana oferta: 17.94
24.90 złpremium: 14.94 zł Lub 14.94 zł
17.94 zł Lub 16.15 zł
24.90 zł
24.90 zł 10 zł na konto
24.90 zł Lub 22.41 zł
17.93 zł
21.17 zł
22.45 zł
22.50 zł
24.90 zł
24.90 zł
24.90 zł
24.90 zł
Inne proponowane
Nie możesz pozbawić jej przeszłości i uniknąć konsekwencji

Megan Rivers jest tak przeciętna, jak tylko może być trzydziestoletnia kobieta mieszkająca w San Francisco. Jedyną rzeczą, którą ją wyróżnia, jest niezwykły tatuaż na plecach.

Jej zwyczajne i nudne życie zmienia się w dniu, w którym oblewa swojego szefa kawą. W niewyjaśnionych okolicznościach napój zamienia się we wrzątek. Megan oczywiście natychmiast zostaje zwolniona. Kolejne dni obfitują w coraz więcej trudnych do wyjaśnienia wydarzeń. Ludzie z otoczenia Megan umierają, a w niej budzą się niepokojące zdolności. Na świecie zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy…

Kiedy w życiu kobiety pojawia się tajemniczy i nieziemsko przystojny Nicholas Marlowe, Megan nie może oprzeć się wrażeniu, że zna go doskonale. Jakby spędziła z nim wieczność…

__

O AUTORCE:

K. C. Hiddenstorm urodziła się w 1987 roku. Jest pisarką pochodzącą z Białegostoku, której cechą rozpoznawczą jest prosty, chwytliwy język i duże poczucie humoru

Władczyni Mroku od K. C. Hiddenstorm możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Kiedy stawką jest nasze życie, nie ma takiego bólu, który byłby w stanie nas zatrzymać. Nie ma, po prostu nie ma takiego bólu.
To nie nasze uczynki są złe, lecz powody, które skłaniają nas do ich popełnienia. Nieistotne jest, co robię, lecz dlaczego.
Mogę wziąć tasak, odrąbać połowę stron tej książki i rozwodzić się w zachwytach nad nią? Nie mogę? No trudno, to będę się czepiać.

Megan to zwyczajna, normalna, może z lekka wyalienowana i zamknięta w sobie dziewczyna. Nuuuuda. Nudna praca, nudny chłopak, nudna codzienność sporadycznie poprzetykana epizodami kokainowo – alkoholowymi. No dobra, tymi alkoholowymi troszkę częściej, ale w zaciszu domowej samotni. I razu pewnego Megan zostaje wylana z roboty, wkurza się niemiłosiernie i oblewa nabiał (z organem towarzyszącym) byłego już szefa gorącą kawą. Kto by pomyślał, że takie spektakularne zakończenie kariery dziennikarki w zapyziałym podrzędnym magazynie zaowocuje taaaaką przemianą życia Megan.

Równolegle, gdzieś w innej czasoprzestrzeni, Władca Ciemności – Lucyfer staje się ofiarą haniebnego spisku, w wyniku którego zostaje uprowadzona Lilith – Władczyni Mroku, umiłowana wybranka Lucyfera. Niecny plan zainicjowany przez przewrotnego i zaślepionego żądzą władzy Gabriela.

Gdyby ta książka była o połowę (sic!) krótsza dostalibyście popis mojego słowotoku wywołanego falą rozanielenia (epitet trochę nie na miejscu?) i zachwytu nad treścią. Bo pomysł na fabułę zaiste przedni. Lucyfer poruszający niebo i ziemie, przeszukujący każdy kąt w poszukiwaniu podstępem uprowadzonej, wręcz ukradzionej, ukochanej. Zakochany Książę Ciemności kontra pyskata, bardzo bezpośrednia Megan z niewyparzonym językiem. W tle przygotowania do batalii i opis zdrady jakiej dopuścili się przedstawiciele zarówno nieba jak i piekła. A reszta? A reszta, to moim zdaniem, balast, który niepotrzebnie zaciemnia przejrzysty obraz konkretnie prowadzonej akcji. Za dużo Jacka Danielsa, niepotrzebnych opisów miejsc, imprezy, śniadania przygotowywanego przez Nicka, nadmiar "truskaweczek", "groszków', "warzyweczek" i i innych "jażyneczek", rozmów z kotem, przechadzania się i ciepłych konwersacji aniołów... zasadniczym minusem tej powieści jest nadmiar. Postać Megan, jej powolna przemiana – owszem – jak najbardziej ciekawa i potrzebna... ale i tutaj zbyt wiele "rozkmin" natury egzystencjalnej, zbyt często myśli głównej bohaterki dryfują w totalnie nieciekawe rejony. Te nużące wtręty sprawiają, że Władczyni mroku jest bardzo nierówną, "falującą" powieścią, która w jednym momencie zatrzymuje nasz oddech z powodu ekscytacji, aby za chwil kilka inicjować falę ziewania i "przemykania wzrokiem" po tekście.

Na wielką uwagę zasługuje charakterystyka postaci oraz kilka scen tak sugestywnie i dokładnie opisanych, jakby autorka była ich naocznym świadkiem. Krwawy deszcz w łazience Nicka, który nie podlega prawie grawitacji i "pada do góry", moment rozpływania się anielskiego ciała Rafael, szaleńczy skok ze skały z opowieści Victorii, wiatr we włosach i niespodziewane zakończenie w ramionach ukochanego... Ta historia jest nasycona magią, nie tylko z racji na podejmowany temat, ale w kwestii magii słowa. Autorka doskonale uwydatnia niebanalność, inność, nieziemskość, z lekkością przychodzi jej opisywanie rzeczy nieopisywalnych. Plus świetnie zarysowuje dysonans miedzy aparycją boskiej/piekielnej postaci a człowiekiem. Różnic można się bowiem doszukać zarówno w sposobie wypowiadania się, poruszania czy wyrażania swoich uczuć.

To odrobinę przewrotna historia, która podważa prawdziwość przyjętych kanonów dobra i zła – w niebie wszak królować powinna pokora, dobro i miłosierdzie. W piekle nie ma miejsca na tak piękne uczucia jak wierność, miłość i zaufanie. Autorka nienachalnie i delikatnie próbuje uświadomić, że podział na dobro i zło nie jest biało – czarny. I w jednym i w drugim mamy bowiem delikatne smugi szarości, delikatną jak piórko niepewność.

Okaleczać książki nie będę, ale i moja ocena musi być obiektywna – Władczyni mroku to trudny do sprecyzowania oryginalny w smaku deser: jakby pomieszanie smaku słonego z nutką goryczy i słodyczy. Momentami zachwyca, momentami irytuje. Ale należy zwrócić uwagę na bardzo istotny szczegół – to jest DEBIUT! Pomimo wielu mankamentów – bardzo udany debiut! Jeśli lubicie historie mocno osadzone w świecie fantasy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że gabaryty książki uznacie za zaletę.

Ocena: 3/6
©Tylko skończę rozdział
Uwielbiam czytać porady pisarskie dla początkujących autorów. Znani pisarze co i rusz publikują podobne teksty na różnych portalach, że nie wspomnę już nawet o książce Stephena Kinga, która w sumie w połowie jest także autobiografią autora. Czytając debiut polskiej autorki, kryjącej się pod pseudonimem K. C. Hiddenstorm, na myśl szczególnie przychodziła mi jedna z rad udzielonych swego czasu przez Kurta Vonneguta – „Zacznij jak najbliżej końca”. Myślę, że wskazówkę amerykańskiego autora w pełni zrozumiałam dopiero podczas lektury powieści Hiddenstorm.
Zanim jednak przejdziemy do wad i zalet, kilka słów o samej powieści. Władczyni mroku jest jedną z tych książek, które na pierwszy rzut oka wydają się przyjemnym czytadłem - w tym wypadku paranormal romance - przy którym można sympatycznie spędzić czas i dobrze się bawić. Czego bowiem tu nie mamy? Opis z okładki zapowiada supernaturalny romans, mnóstwo akcji, zdrady, intrygi i ponadczasową miłość. Gdybym miała strzelać, powiedziałabym, że patrząc na resztę podobnych historii, łatwo byłoby postawić na Władczynię mroku i po dłuższym dniu usiąść z nią z herbatką w drugiej ręce i ulubionym pupilu rozłożonym obok. Kiedy zaczęłam zagłębiać się w lekturę książki, wszystko wydawało się w porządku. Historia miała potencjał, miała też klimat. Główna bohaterka już od pierwszych stron pokazywała pazurki, a ja wiedziałam, że to jedna z tych charakternych, konkretnych postaci, o jakich lubi się czytać. Z biegiem stron jednak cała melodia, jaką jest ta historia, zaczęła łapać coraz więcej fałszywych nut, tak, że nie można było odróżnić początkowego dźwięku. I niestety, pozostało tak do końca.

O ile od strony fabularnej wiedziałam, że sięgam po paranormal romance i czego się spodziewać, tak całkiem nie przewidywałam, że książka będzie całkiem leżeć od strony technicznej. Widziałam opinie innych czytelników, którzy skarżyli się na złą robotę wydawnictwa, ale nic nie przygotowało mnie na to, co zastałam. Władczyni mroku wydaje się powieścią, której redaktor i korektor nie widzieli na oczy. Jest to historia z potencjałem, ale kulejąca od strony technicznej - przydałaby się jej osoba potrafiąca wskazać elementy do usunięcia, sceny do przeróbki. Tymczasem czytelnik dostaje - mogłoby wydawać się - surowy produkt. Dopiero co wyciągniętą spod palców autora powieść, nie ochrzczoną poprawkami czy radami kompetentnego redaktora.

Dla mnie Władczyni mroku mogłaby być z połowę krótsza. Autorka, od czasu do czasu potrafiła mnie zainteresować bieżącymi wydarzeniami, żeby zaraz zamieścić tony opisów, które kompletnie spowalniały akcję. Temu debiutowi przede wszystkim brakuje konkretnie wyznaczonego początku, rozwinięcia i końca. Wracając do rady Kurta Vonneguta z pierwszego akapitu - K.C. Hiddenstorm powinna zacząć swoją historię jak najbliżej końca. W większości powieści - kiedy dostajemy głównego bohatera, który jest dorosły - nie potrzebujemy streszczenia całego jego trzydziestoletniego życia, aby móc zrozumieć kolejne wydarzenia. Jasne, czytelnik może dostać coś na styl podsumowania czy retrospekcji. Czasem przeszłość bohatera jest podana nam w formie zagadki, albo przytaczana krótkimi fragmentami. We Władczyni mroku natomiast pojawia się mnóstwo anegdot, dygresji. Zamiast kilku zdań wytłumaczenia, czytelnik dostaje w pełni przedstawione sytuacje z przeszłości bohaterki, które nie mają aż tak wielkiego impaktu na następne wydarzenia, aby poświęcać im tyle miejsca. Jest to zrobione na tyle chaotycznie, że nie zawsze potrafiłam stwierdzić, jaką rolę dla całości pełni dany fragment książki. Czy to służy lepszemu poznaniu bohatera? Jego motywów? Czy po prostu pojawiła się okazja, więc trzeba opowiedzieć połowę jego życia? Powieści brakuje dobrej dynamiki, przy której czytelnik nie traciłyby co i rusz zainteresowania czytaną pozycją.

Do tego dochodzą nam bohaterowie. Choć większość z nich jest naprawdę dobrze wykreowana i na dłużej zapada w pamięć, a na pewno już odróżnia się od reszty, muszę przyznać, że jest ich tutaj zdecydowanie za dużo. K.C. Hiddenstorm wprowadza mnóstwo postaci, które pojawiają się na chwilę, aby później nigdy na karty historii nie wrócić. Taka plejada bohaterów działa negatywnie na rzecz fabuły, ponieważ czytelnik nie ma nawet szans, aby na dłużej przywiązać się do któregokolwiek z nich (mówię przede wszystkim o postaciach drugoplanowych). Główna bohaterka, Megan Rivers, jest osobą bardzo dominującą, ma silny charakter i oryginalne podejście do życia. Naprawdę żałuję, że tak bardzo poległa tutaj techniczna strona książki, ponieważ wiem, że gdyby Władczyni mroku po prostu została lepiej napisana, to zapewne wpisałaby się na listę moich guilty pleasure. To mogła być bardzo wciągająca historia! Tym bardziej z tak dobranym duetem, jakim jest Megan i ... jej „love interest”. Zostawmy to na tym, żeby nie było spoilerów.

A tak niestety Władczynię mroku najzwyczajniej w świecie wymęczyłam. Bywały momenty, kiedy powieść bardzo mnie wciągnęła, żebym po kilku stronach znowu straciła zainteresowanie i odłożyła ją na dłuższą chwilę, sięgając po coś innego. Później znów byłam wybita z rytmu i trudno było mi wrócić do świata przedstawionego przez K.C.Hiddenstorm. Przyznam szczerze, że chyba gdyby nie obiecana przeze mnie recenzja tego tytułu, dawno powędrowałby na półkę niedokończonych powieści. Autorka ma styl - pisze naprawdę przystępnie, lekko, a przede wszystkim żywo. Dialogi między postaciami są niczym z życia wzięte, a same opisy postaci z punktu widzenia głównej bohaterki czy jej przemyślenia na temat danej sytuacji często bywały naprawdę zabawne i napisane z ikrą. Powieści nie zabrakło też błyskotliwości czy czarnego humoru. Poza tym zachwyca też kreacja postaci - to plusy. K.C. Hiddenstorm musi jednak popracować nad swoim warsztatem i, jak podejrzewam, zaprosić do współpracy osobę, która pomoże jej przy redakcji i korekcie kolejnych historii.

Ocena: 1/6
©Nocny Cień
Okładka jest bardzo mroczna. Widzimy w samym centrum prawdopodobnie kobietę, naszą główną bohaterkę Lilith. A może i Megan? Zależy kto jak na to spojrzy... Rozpoznajemy to po skrzydłach na plecach. Widać, że jest wrośnięta w ziemię, niecodzienny widok, prawda? Ale jakże ciekawy zabieg, otóż okładka popędza nas by otworzyć powieść i dowiedzieć się, skąd autorka wpadła na taki pomysł, by człowieka umieścić w ziemi i na świecie jednocześnie. Ja już wiem. Wy jeszcze nie, ale to wszystko przed Wami.
Nie posiada skrzydełek, co jest dużym minusem, bo to niezły grubasek i okładka szybko może się zagiąć i zniszczyć. Dlatego tutaj mi się to nie podoba, że nie ma dodatkowej ochrony, ale wiem, że też nie zawsze zależy to od autora, tylko od wydawcy.
Co do błędów w druku, znalazłam zaledwie... trzy literówki, ale nie jakieś tragiczne, więc przymknęłam na nie oko i mknęłam dalej ponieważ tak byłam zainteresowana dalszym ciągiem tej historii.
Przechodząc powoli do autorki, to wydaje mi się, że... coś mi zrobiła. Rzuciła na mnie urok. Naprawdę jestem w głębokim szoku, że aż tak powieść mnie oczarowała, a co za tym idzie - pióro było niesamowicie przystępnie. Zaraz po skończonej lekturze Władczyni Mroku nie byłam w stanie napisać recenzji - zbyt wiele myśli, odczuć kotłowało się w mojej głowie, a chciałam, by ta recenzja miała ręce i nogi. Myśląc z perspektywy czasu, widać że Pani Hiddenstorm napisała powieść niezwykle lekkim, przyjemnym piórem, z którego czytelnik jest w stanie... czerpać przyjemność. Jest w stanie zrelaksować się. Ale nie tylko to. Pisarka potrafi przekazać nam emocje swoich bohaterów. Potrafi napędzić nas poprzez zastrzyk adrenaliny byśmy i my w szaleńczym tempie musieli biec przed nieuniknionym, albo do nieuniknionego? To również zależy od czytelnika, jak zinterpretuje sobie powieść...
Spodobał mi się zabieg stosowany przy postaci Nicholasa Marlowe'a... Wyróżniał się, a dzięki temu dodawał powieści innego charakteru, co wyróżnia go pod względem powieści z półki fantasy.
Reasumując, jestem zadowolona, że autorka zaskoczyła mnie pozytywnie swoim piórem, pozwoliła czerpać przyjemność i odczuwać wiele emocji wraz z bohaterami. To jest dla mnie bardzo ważnym punktem przy ocenie powieści. Jednym z najważniejszych wręcz. Cieszę się, że dałam szanse Władczyni Mroku i mogłam poznać tę historię. Lekkie pióro autorki na pewno pozwoli Wam zatopić się w historii rodem z piekła tak jak mi.

Lilith - nasza główna bohaterka. Na samym początku irytowała mnie ogromnie. No jak można być takim głupim, tępym i w ogóle?! Autorka wie, że jej znienawidziłam, ale... później przymknęłam oko na jej postać. Nie interesowała mnie i była mi obojętna. Moja uwaga skupiła się na...
Lucyferze. Czyż mogę napisać, że zakochałam się w diable? Nie obrzucicie mnie błotem, jak mogę być taka, hm... lekkomyślna? No cóż. I tak moja fikcyjna miłość do stworzonego przez autorkę bohatera będzie trwać na wieki. I wcale nie był taki zły! Książę ciemności w ludzkiej postaci - również mi się podoba. I jego sposób wyrażania się bije wszystko inne na głowę, naprawdę. Tak oryginalnej postaci dawno nie spotkałam w żadnej czytanej przeze mnie w ostatnim czasie książce.
Były postacie złe i dobre. Jedne sprawiały wrażenie całkiem odwrotnych do tych, jakimi powinni być, ale to mniejszość. Autorka ciągle miała zdawaną relację z tego, kogo lubię, kogo nie cierpię... Wam nie chcę za dużo zdradzać, a zachęcić Was do poznania Władczyni Mroku , więc pozostawię Wam kilka niewiadomych. Mam nadzieję, że się nie pogniewacie.
Reasumując spodobała mi się charakteryzacja postaci w tej powieści. Są one nietypowe, czymś się wyróżniają. Jak dla mnie strzał w dziesiątkę.
Tempo akcji było niewiarygodnie... szybkie. Ciągle coś się działo, a mnie, jako czytelnika kompletnie bez żadnych trudności popychało do przodu. Stąd też tak szybko pochłaniałam kolejne strony. Byłam ciekawa tego, co się wydarzy na kolejnej stronie, a co za pięć stron. Musiałam doczytać, nie mogłam pozostawić lektury w tak iście ciekawym fragmencie. I tak - przez ponad pięćset stron. Nie było ratunku.
Cieszę się, że autorka stworzyła na tyle interesującą powieść, że nie dało jej się połknąć na raz. Była ze mną dłużej niż raz, a co za tym idzie, mogłam przeżywać wszystko, co się w niej działo dłużej. Miałam więcej czasu na przetrawienie jej, zrozumienie pewnych scen. No i mogłam się zakochać w Lucyferze. Miałam tyle czasu dla niego... a on za każdym razem pokazywał, że warto. Ugh, ugh. Chcę raz jeszcze tej postaci. Autorko, wyzywam cię! Stwórz podobnego, lub wpleć w następną powieść Lucyfera!

Sama fabuła, pomysł na powieść wydał się niezwykle interesujący i to również popychało mnie do przodu. Byłam ciekawa, co jeszcze spotka bohaterów, co będą musieli przejść... Piekło i niebo nie istnieje? To się przekonacie, że jest przeciwnie.
Musze przyznać, że nie byłam pewna do końca, że ta historia mi się spodobała. Więc obawy autorki były trafne. Ale gdy tylko zaczęłam czytać, to wszystko, co zostało stworzone, zainteresowało mnie. Naprawdę! Nie spodziewałam takiego bum. Nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba Władczyni Mroku!

Reasumując, zdecydowanie polecam tę powieść wszystkim! Nie sądziłam, że mi się spodoba, przecież to nie mój typ, prawda? A jednak! Polubiłam tę powieść tak bardzo, że jestem pewna tego, że kiedyś jeszcze powrócę do niej. Nie od razu, może za kilka lat, kiedy to fabuła może trochę mi się zapomni. Bo całej książki na pewno nie wyprę z pamięci, bo zapada w nas bardzo mocno. Jest coś, co nie często jest wspomniane w powieściach. Rozumienie się bez słów - jest tutaj widoczne. I nie jest czymś nierealnym... Owszem, magicznym, ale przedstawione w sposób tak fantastyczny, że aż troszkę zazdrościmy bohaterom tego kontaktu. Tego porozumiewania się bez słów, tych uczuć. Jestem autentycznie zachwycona. I więcej nic Wam nie powiem. Koniecznie musicie sięgnąć po tę lekturę i ją poznać! GORĄCO POLECAM!

Ocena: 6/6
©Tylko magia słowa
Światło w mroku, czyli Władczyni Mroku K.C. Hiddenstorm

Któż powiedział, że diabeł jest zły? Okrutny - owszem, ale nie zły. Jak może być zły ktoś potrafiący tak kochać?

Władczyni Mroku to książka, która już samym prologiem mnie zaczarowała, wchłonęła i oplotła niesamowitym klimatem. I chociaż później dostrzegłam jakieś wady, coś co nie do końca mi się spodobało, to czar już nie prysnął do samego końca. Autorka kupiła mnie przede wszystkim stylem, którego pazur rozkłada na łopatki. Dowcip, którym charakteryzuje się główna bohaterka zawiera się w ogromnym jej dystansie do samej siebie, która to cecha stanowi u mnie jedną z najbardziej cenionych. Dodatkowo niezwykła ironia momentami spotęgowana do granic, że gdyby nie uszy to śmiałabym się naokoło głowy.

Mówi się, że jest tyle rodzajów piekła, ile tylko jest w stanie wyobrazić sobie, bądź stworzyć ludzki umysł. Całkiem możliwe. Jean-Paul Sartre powiedział, iż naszym piekłem są inni ludzie i to również wydaje się wielce prawdopodobne.

Główna bohaterka, Megan Rivers to właściwie antybohaterka w pewnym sensie. Wzbudziła moją sympatię, aczkolwiek to kobieta po trzydziestce, która jest tak bardzo nieodpowiedzialna i chyba nieco nieporadna życiowo, oddająca się wszelkim możliwym używkom z pasją, nieco aspołeczna i wydająca się być niezrównoważoną. Poznajemy ją już w prologu, kiedy to jest małą dziewczynką, trochę dziwną, ale z wielkim talentem do rysowania. Rodzice Megan to dość urocza para i można powiedzieć o nich "przeciwieństwa się przyciągają". Niestety giną w wypadku, gdy ich córka ma zaledwie 7 lat. Szkoda, ponieważ te postacie miały niezwykły potencjał, ale oczywiście ich śmierć nie była tylko kaprysem Autorki. Bohaterka została zatem wychowana przez swoją ciotkę, a poznajemy ją lepiej, gdy jest już dorosła. Dotąd prowadziła zwykłe życie, praca, dom, kot, chłopak. Nic wyjątkowego, może czasami jakieś sny, może te dziury w pamięci po ostrych imprezach. Znakiem szczególnym i wyróżniającym dotąd był jedynie tatuaż. Niesamowity obrazek na plecach, który sama zaprojektowała i zleciła wykonanie w salonie tatuaży, będąc wówczas na imprezowym wyjeździe ze znajomymi. W jej życiu zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy, przerażające i niepojęte. Najpierw zawrzenie kawy w kubku, którą to omal nie pozbawiła męskości swojego szefa, gdy oznajmił jej, że się żegna z pracą. Na swoje szczęście nie przepadała za tą pracą, więc największym problemem stało się pytanie "co teraz zrobić ze sobą?". Kreatywna strona bohaterki budzi się podsycana przez upiorne koszmary i wizje, których doświadcza. Postanawia napisać książkę, powoli układa w głowie demoniczną opowieść.

Właściwie to aż mnie ssało na samą myśl o prochach. Nie wypada się do tego głośno przyznawać, wiem, jednak spójrzmy prawdzie w oczy, ludzie nie sięgają po alkohol czy narkotyki, bo są szczęśliwi, przeciwnie – robią to, bo rozpaczliwie szukają szczęścia. (...) Moje podejście do prochów jest liberalne, nie naiwne – trzeba uważać, żeby z lekarstwa na problem nie zmieniły się w problem sam w sobie. (...) Dopóki nie przeginałam, dopóki nie traciłam kontroli, wszystko było OK.

Książka to interesujący romans osadzony w dark fantasy. Połączenie iście szatańskie, ale jakże udane w tym przypadku. Miłość? Tutaj nie chodzi o zwykłą miłość i odnoszę wrażenie, że język polski jest zbyt ubogi na określenie tego uczucia, z którym się spotykamy w powieści. Kochać i odczuwać poprzez życie i śmierć, mrok i światło, poprzez każdy atom ciała, duszy, oddechu. Wydaje się jakby w ciemności światłość była jaśniejsza i gorętsza, bardziej wielowymiarowa i pochłaniająca nie tylko zakochanych, ale i wszystkie możliwe światy. Idealni kochankowie, którzy zostają rozdzieleni, Lucyfer i Lilith, Książę Ciemności i Władczyni Mroku. Jednak K.C. Hiddenstorm nie poprzestała na pokazaniu namiętności w tylko w ten nieludzki sposób, nie do osiągnięcia dla zwykłych śmiertelników. Poprzez paskudny spisek rozłączyła zakochanych i dała im szansę na poznanie ziemskiego wymiaru swoich uczuć. Dopełnia to wizji i jednocześnie pokazuje, że chociaż niestety rzeczywistość człowieka jest mało filmowa zazwyczaj, to może być również piękna i intrygująca. Z drobiazgów składa się codzienność. Pozorne błahostki, niuanse, potrafią odmienić człowiekowi życie. Szczęście ludzkie nie zawiera się w krzykliwych i wielkich rzeczach, a w tych detalach, które wydają się być mało znaczące.

Obraz dobra i zła to również dość niesztampowy pokaz. Sama walka, która rozpoczyna się już zanim dojdzie do jakiegoś bezpośredniego starcia, zmusza do pewnej refleksyjności. Autorka konsekwentnie ujawnia wiele odcieni szarości w obu stronach tego odwiecznego konfliktu. Dobro okazuje się być nie zawsze dobre, a czasami dość przewrotne. Idealnie pasuje tutaj powiedzenie "dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane", które nawet pada w książce. Czytelnik otrzymuje trochę takiego prztyczka w nos, że zamiary nie są wystarczające, potrzeba wielkiej siły i woli, by najlepszych przedsięwzięć nie przekuć w zło w imię własnego egoizmu i megalomanii. Natomiast zło bywa naznaczone sprawiedliwością, miłością, współczuciem. Niezwykłe jest to, że nie traci przez to na swojej nikczemności, fałszywości, ale po prostu nabiera pewnej trudnej do wyrażenia pełni. Człowiek to z natury istota naznaczona dualizmem, zachowująca w sobie zarówno pierwiastek dobra, jak i zła. Dlatego chyba sprecyzowanie stron czysto w dwóch barwach, czarne i białe, jest odrobinę bardziej sztuczne. Tutaj w opowieści fantasy mamy bohaterów dosłownie nie z tego świata, ale pełnych krwi i żywych.

O gorzka ironio, demon obdarzony sumieniem, potrafiący kochać, żart samego Stworzyciela, który chyba nie do końca wiedział, jak wielką potęgę powołuje do życia, jak skomplikowane w swym genialnym szaleństwie piękno przyjdzie mu przepędzić ze swego królestwa.

Patrząc na wszystko z boku nie można było oprzeć się wrażeniu, iż oto jest się świadkiem spotkania nocy z dniem, zderzenia mroku ze światłością, starcia życia ze śmiercią, czegoś absolutnego, ostatecznego, lecz w jakiś ciężki do zdefiniowania sposób zachwycającego.

Wszystkie postacie zostały wykreowane z polotem. Poza Lucyferem, Lilith, Megan bardzo spodobał mi się Azazel. Jego relacja z Księciem ciemności to przyjemny smaczek, ale sama osobowość tego demona również jest nieprzeciętna. Co więcej obserwujemy jego swoistą przemianę, przeobrażenie, które dokonuje się w imię miłości. Twardy, bezwzględny, niewzruszony nagle zaczyna się kruszyć i mięknąć. Nie, oczywiście nawet przed samym sobą nie przyzna się do tego, no nie on, nie Azazel.

K.C. Hiddenstorm stworzyła niebanalną opowieść o świetle miłości w mroku. Mrokiem może być tutaj również nie tylko dosłowna przestrzeń piekielnej części świata, ale również zdrada, która się dokonała i w końcu też tęsknota, ból rozstania. Napisana czasami pięknie, momentami zwykle, prowadzona głównie z punktu widzenia Megan. Większość składa się z jej rozmyślań, wspomnień, doświadczeń. Zabawne były kłótnie, które bohaterka odbywała sama ze sobą, słysząc w głowie różne głosy. Trudno w sumie stwierdzić, czy którykolwiek z nich był głosem rozsądku, ale wnoszą trochę wskazówek do fabuły, czasami trochę oszukują, ale pozwalają też na lepszą interpretację zarówno postaci, jak i wydarzeń. Całość została napisana przystępnym językiem, z humorem i widoczną pasją samej Autorki. To ważne, by Pisarz czuł snutą opowieść, bowiem widać to od razu w tekście.

Wspominałam, że są minusy. Jednak jestem świadoma, że dla niektórych mogą być plusami. Według mnie trochę mniej ciekawą stroną książki okazały się opisy niektórych scen w niebie i piekle. Trochę przy nich oklapywałam i myślę, że mogłyby zostać nieco skrócone. Podobnie rzecz się tyczy finału, który ciągnie się zbyt drobiazgowo i przez to długo. Niecierpliwiłam się, by dotrzeć do kolejnych przełomowych wydarzeń. Czasami Hiddenstorm jakby zbyt dokładnie uświadamia czytelnika, zbyt dużo szczegółów, dopowiedzeń. Wszyscy piszą o błędach i redakcji. Można się czepiać, zdarzają się, ale czy uprzykrzają lekturę? Osobiście szybko przywykłam do wtrętów w nawiasach zamiast przecinków, a nawet mi się to spodobało. Na błędy zwracałam uwagę, aczkolwiek pochłonęła mnie fabuła, więc nie mogę powiedzieć by ta garstka wyłapanych gaf w jakikolwiek sposób mi przeszkadzała. Redakcja podobnie jak błędy.

Jeśli kiedykolwiek przyjdzie wam do głowy sprawić sobie kota, to zapamiętajcie jedno – wasze potrzeby i pragnienia automatycznie zejdą na drugi plan, staniecie się niewolnikami waszych futerkowych kumpli zanim cokolwiek zauważycie; staniecie się ich osobistymi kucharzami, sprzątaczami i maszynkami do głaskania. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, koty są najniezwyklejszymi stworzeniami na ziemi, któż nie chciałby być ich niewolnikiem? Obcować z takim stworzeniem to zaszczyt.

Podsumowując już, powiem, że jest to książka intrygująca i wciągająca. Nietypowy styl, humor, fascynująca fabuła. Takie debiuty to ja lubię. Z pewnością sięgnę po każdą kolejną książkę K.C. Hiddenstorm, bo uważam, że Jej potencjał jest jeszcze większy. Z przyjemnością będę obserwowała rozwój tej Autorki. Polecam serdecznie wszystkim, którzy lubią czasami sięgnąć po coś niesztampowego, nieco romantycznego, trochę mrocznego.

Nigdy nie przepraszaj za to, kim jesteś, ani jaka jesteś.

Ocena: 3+/6
©Rosa czyta
Megan Rivers wydaje się być zwykłą, niczym niewyróżniającą się kobietą, która nie stroni od alkoholu i innych używek. Jedyną dziwną rzeczą jest to, że nie pamięta w ogóle swoich rodziców, którzy zginęli w wypadku. Dzięki temu mniej cierpi i nie tęskni za nimi. Trochę niepokojący jest również fakt, że nie może wejść do kościoła, bo momentalnie mdleje lub wymiotuje, jednak ta przypadłość niezbyt jej przeszkadza, po prostu zrezygnowała z wizyt w Domu Bożym.

Kobieta ma ciągle przeczucie, że coś z nią nie tak, na własną twarz patrzy jak na obcą, czuje się wybrakowana i zagubiona. Stale śni się jej dziwny, straszny sen, nie potrafi go nijak wytłumaczyć. Z czasem jej mroczne wizje są coraz częstsze, a gdy wpada w złość, dzieją się niewytłumaczalne rzeczy. Podejrzane jest także to, iż wokół niej co chwila umierają ludzie.

Niespodziewanie do jej życia wkracza tajemniczy Nicholas, w którym od razu bezgranicznie się zakochuje. Mężczyzna skrywa wiele mrocznych sekretów, ale jako jedyny akceptuje w pełni zachowanie dziewczyny.

Ktoś, kto kocha cię prawdziwie, nigdy nie zażądałby, abyś się zmieniła.

Jak się okazuje, Megan nie jest zwykłą śmiertelniczką. To Lilith, żona Lucyfera, którą podstępem zwabiono na ziemię i pozbawiono mocy oraz pamięci. Zdrajca pragnie ją unicestwić, a następnie pokonać samego Pana Ciemności. Zrozpaczony diabeł jednak zrobi wszystko, by odzyskać ukochaną. Miłość jest tak potężna, że nie cofnie się on przed niczym.

Czy uda mu się przywrócić pamięć ukochanej?
Czy Lilith powróci do piekła?
Czy Megan udźwignie mroczne wizje i nie wpadnie w obłęd?

Powieść porywa już od pierwszych stron. Świat wykreowany przez autorkę zafascynował mnie i totalnie pochłonął. Niezwykły sposób, w jaki opisała niebo i piekło, zupełnie zmienił moje wyobrażenia o mieszkających tam istotach. To, w co tak usilnie wierzy wielu ludzi, nie musi być wcale prawdą. Anioły nie zawsze są ucieleśnieniem dobra. Potrafią być mściwe, brutalne i pełne pychy. Demony zaś, mogą kochać tysiąc razy bardziej niż człowiek i są zdolni do wszelkich poświęceń.

Któż powiedział, że diabeł jest zły? Okrutny - owszem, ale nie zły. Jak może być zły ktoś potrafiący tak kochać?

W tej walce dobra ze złem zdecydowanie opowiem się po stronie Lucyfera. Bóg w ogóle nie interesuje się swoimi dziećmi, co gorsza zezwala na wojnę, czego skutkiem jest śmierć wielu aniołów i ludzi. Stworzyciel nie staje w ich obronie. Diabeł natomiast szaleje ze strachu, nie potrafi nijak pogodzić się ze stratą. Zaskakujące do jakich uczuć jest zdolny. Moje serce skradł właśnie tym, jak niewiarygodnie walczył o tych, których kocha.

Bo tak właśnie postępujemy wobec ukochanych - za wszelką cenę staramy się osłonić ich przed potknięciem, za wszelką cenę bronić przed każdym zagrożeniem.

Władczyni mroku to jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jaką ostatnio czytałam. Nie ma to nic wspólnego z banalną opowiastką o biednym mężczyźnie i bogatej pannie, których jedyną przeciwnością losu jest brak zgody rodziny na ich związek. Złożona tu obietnica kochanka, że zrobi wszystko dla wybranki, nie skupia się jedynie na spełnianiu jej licznych, egoistycznych zachcianek. Tu Lucyfer w imię przysięgi, poruszy ziemię , piekło i niebo, rozpęta największą wojnę, bo wie, że bez ukochanej nie potrafi żyć. Udowadnia, że miłość nie jest logiczna, nie ma żadnych reguł czy granic.

Dziwi was, że diabeł kocha?
Według demonów, to my śmiertelnicy nie mamy nawet pojęcia, czym charakteryzuje się prawdziwa miłość.

Myślę, że to z racji krótkiego życia, które dla nas jest zaledwie mgnieniem oka, śmiertelnicy nie są w stanie pojąć, ni zapałać taką miłością. Czasem piszecie o niej książki, śpiewacie, lub kręcicie filmy, jednak nie stykacie się z nią w prawdziwym życiu, a nawet jeśli byście się zetknęli – nie uwierzylibyście w nią.

Liczne opisy autorki są niezwykle plastyczne, oddziałują na wszystkie zmysły czytelnika. Czuje on zapachy, słyszy muzykę, jego ciało nieustannie przechodzą dreszcze. Nie tylko wyobrażałam sobie to co czytałam, ja po prostu tam byłam, obok Lilith. Widziałam to, co dostrzegała ona, odczuwałam jej emocje. Odbyłam niezwykłą podróż do piekła i nieba, co było naprawdę niezapomnianym przeżyciem.

Władczyni mroku to fantastyczna, wciągająca i trzymająca w napięciu książka, którą jestem oczarowana. Nie sposób się otrząsnąć po takiej lekturze. Mimo swej obszerności, czyta się ją aż za szybko. Rozstanie z bohaterami jest niemal bolesne. Brak mi słów, by opisać, jak wspaniałą przygodą było kroczenie po mrocznej krainie wykreowanej przez K. C. Hiddenstorm.
Po raz drugi przekonałam się, że jej książki są nieszablonowe i zupełnie pochłaniające. Muszę jednak przyznać, że im bardziej zbliżałam się do finału, tym mocniej miałam złe przeczucia, że autorka zakończeniem złamie mi serce i nie będzie ono szczęśliwe. Od początku powieści kibicowałam Lilith i Lucyferowi i panicznie bałam się, że zamiast happy endu, na koniec wydarzy się coś okrutnego....

Czy moje lęki były słuszne? Tego wam nie zdradzę, musicie przekonać się sami.

Jeśli lubicie oryginalne powieści i interesuje was tematyka walki dobra ze złem, to książka z pewnością was zachwyci, tak jak mnie. Dodatkową zaletą jest świetna intryga i przecudowne plastyczne opisy, zabiorą one was w podróż życia, sprawią, że nie będziecie chcieli wrócić do szarej rzeczywistości. Przede wszystkim jednak jest to powieść o potędze miłości, która ma niejedno oblicze, dlatego w mojej pamięci ta historia pozostanie na bardzo długo i z pewnością do niej jeszcze nieraz powrócę.

Ocena: 6/6
©Z fascynacją o książkach
Lilith i Lucyfer... Co tak naprawdę o nich wiemy? I czy wiedząc to, co wiemy, możemy ich oceniać? Przecież nic nie jest takim, jak się wydaje....

Genialny pomysł na książkę! Historia Lilith i Lucyfera przedstawiona w tak nietuzinkowy, wspaniały sposób, zasługuje na Waszą uwagę. Wciąż nie mogę uwierzyć, że postaci negatywne, brutalne, złe wzbudziły we mnie tak pozytywne emocje. Od początku do końca kibicowałam Lilith i Lucyferowi, miałam nadzieję, że uda mi się przezwyciężyć wszystkie przeciwności i ponownie będą razem. Każdy zasługuje na miłość, nawet ktoś tak zły, jak oni.

Nie będę wam opisywać tego, co dzieje się w książce, bo to po prostu trzeba przeczytać. Autorka wymyśliła świetną historię, której motywem przewodnim jest prawdziwa psychologiczna zagadka, która została genialnie poprowadzona. Każdy ze stworzonych przez K.C. Hiddenstorm bohaterów jest wyjątkowy, ma inny charakter, a główni bohaterowie udowadniają, że ci, których uważamy za dobrych, mogą wyrządzić większą krzywdę niż ci, którzy według nas są tymi złymi. Zdrada, intryga, spisek, niebezpieczeństwo, zdrada przyjaciół — to wszystko znajdziecie w tej książce. Autorka zadbała o krwawe i brutalne opisy morderstw, a tych w książce nie brakuje.

W tej książce to Władcy Piekieł są pozytywnymi postaciami. Mimo całego wyrządzonego przez nich zła, czytelnik kibicuje im, z napięciem śledząc akcję. Lilith i Lucyfer są przykładem, że kochać może każdy, a ich miłość silna i dzięki temu uczuciu będą próbować pokonać każdego wroga.

Władczyni mroku to świetna książka. Posiada wszystko, czego czytelnik tylko może zapragnąć, jest intryga, zagadka, morderstwa, zdrada — wszystko. Autorka pokazała, że nawet największy potwór może kochać kogoś tak mocno, że jest gotów dla tej osoby zginąć.

Ocena: 5/6
©My Fairy Book World
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć