ebook Zombie.pl
2.73 / 5.00 (liczba ocen: 150)

Zombie.pl
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Kategoria:  / /
E-book - najniższa cena: 21.73
wciąż za drogo?
empik#EMPIK - WTK
empik#EMPIK - WTK
26.04 złpremium: 16.80 zł Lub 16.80 zł
21.73 zł Lub 19.56 zł
23.80 zł
28.00 zł
28.00 zł
21.78 zł
22.54 zł
kliknij aby zobaczyć pozostałe oferty (4)
Wesprzyj UpolujEbooka.pl - postaw kawę
Inne proponowane

Polskie zombie w natarciu! Karol miał wszystko. Pieniądze, piękną żonę, wspaniałego synka. Właśnie otworzył restaurację w Gdańsku i przypieczętował sukces. Ale następny ranek przyniósł nie tylko kaca.

Polskę opanowała epidemia zombizmu. Żywe trupy, których przysmakiem jest ludzkie mięso, sieją krwawy terror i spustoszenie na ulicach Gdańska. Jedyną szansą Karola na przetrwanie jest dołączenie do grupki nielicznych ocalałych, którzy schronili się w kościele parafii Świętego Wojciecha na Zaspie. Czy ktoś z nich pomoże mu dotrzeć do rodziny w Poznaniu? Czy zaufanie i pomoc to puste pojęcia w świecie pogrążonym w koszmarze, gdzie nie obowiązują już żadne wartości? Podróż do stolicy Wielkopolski stanie się makabryczną szkołą przetrwania i mrożącą krew w żyłach przygodą.

Zombie.pl od Robert Cichowlas, Łukasz Radecki możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Każdy chyba, przynajmniej raz w życiu, oglądał film o zombie. Każdy też mniej więcej wie, jak zombie wygląda, jak się zachowuje i co jest jego celem. Noce żywych trupów i inne tego typu produkcje, całkiem obrazowo zaznajomiły nas z zombiakami. Podobnie gry komputerowe, zwłaszcza seria “Resident Evil”, w której mamy do czynienia z uwolnionym z korporacji Umbrella wirusem i hordami zombie w mieście. A książki o zombie? Znacie? A ile znacie takich, których akcja osadzona jest w Polsce? Osobiście znam Infekcję Andrzeja Wardziaka, której akcja toczyła się w Warszawie, no i teraz znam Zombie.pl.

Ciekawy tytuł? Na pewno wiele mówi.

Akcja książki rozpoczyna się w Gdańsku, w Brzeźnie, tuż przy plaży, gdzie dwóch partnerów w interesach – a prywatnie również dobrych kumpli – świętuje otwarcie swojej kolejnej restauracji.

Karol Szymkowiak, bo to on jest głównym bohaterem powieści, przesadza tego wieczoru z alkoholem i budzi się rano w hotelowym pokoju z potwornym bólem głowy i złymi przeczuciami. Wokół panuje nietypowa – jak na środek plażowego sezonu – cisza. Kiedy Karol trafia na zmasakrowane resztki swego kumpla, a potem zauważa nietypowe zachowanie postaci krążących wokół samochodów na ulicy, domyśla się, że stało się coś okropnego. Ma wprawdzie nadzieję, że to tylko zły sen, ale pierwsze napotkane zombie skutecznie utwierdzają go w przekonaniu, że to wszystko dzieje się naprawdę. Później Szymkowiak zastanawia się tylko, czy zombie opanowały Gdańsk i okoliczne miasteczka, czy też całą Polskę, a może nawet cały świat? Nie działają telefony, ani transport, więc możliwość jakiegokolwiek kontaktu ze światem zmalała praktycznie do zera. Karol wie już, że jedyną szansą na ratunek jest ucieczka. Dokąd? Dokądkolwiek, byle dalej od zombiaków. Karol za wszelką cenę chce się dostać do Poznania, gdzie zostawił żonę i synka.

Akcja książki rozpoczyna się w Gdańsku i przyznaję, że to był główny powód, dla którego bardzo chciałam ją przeczytać. Ucieczka książkowych postaci ulicami, które znam, na których czasem bywam i które potrafię umiejscowić topograficznie, to nie lada doświadczenie. Później bohaterowie przenoszą się do Malborka i okolic zamku krzyżackiego, które też znam, więc jeśli chodzi o samo tło wszystkiego, co się w powieści działo, to książkę czytało mi się świetnie.

Zombie.pl to lektura dla tych, którzy lubią dynamiczną, pełną nagłych zwrotów akcję. Nie brakowało tu zaskakujących scen, których zupełnie się nie spodziewałam i dzięki którym książka wciągała coraz mocniej i bardziej. Oczywiście, jak na powieść o zombie przystało, pełno w niej krwawych opisów i to opisów dość drobiazgowych, nieźle działających na wyobraźnię czytelnika:

(…) dolna część ciała nieszczęśnika została po prostu zgnieciona i się oderwała. Mimo że nogi i miednica odpadły, a wnętrzności wylewały się z korpusu niczym spaghetti ze słoika, zombie dalej bezmyślnie stukał w szybę, zupełnie nieświadom tego, co się z nim dzieje.

Karol, biznesmen, kompletnie nienawykły do rozwiązywania problemów w sposób siłowy, ma z początku kłopot z atakowaniem zombiaków. Wprawdzie usiłuje przekonać samego siebie, że to już nie są ludzie, jednak pozbawienie zombie głowy, nadal wydaje mu się dalece niemoralne i zwyczajnie niemożliwe. Dopiero później, kiedy przychodzi mu walczyć o własne życie i o bezpieczeństwo kompanów, jest gotów pogwałcić kilka własnych zasad i nagiąć reguły, których w innych okolicznościach nigdy by nie nagiął. Bo kiedy przychodzi taki moment, że człowiek jest zdolny złamać niemal wszystkie swoje zasady i posunąć się do czynów co najmniej strasznych, wówczas najbardziej tym przerażony jest on sam.

W ciągu zaledwie kilku godzin, od kiedy obudził się skacowany w hotelu, stracił ogromnie dużo empatii. Wciąż przeżywał brutalną śmierć dziewczyny, ale dlatego, że obawiał się o swoją żonę i syna. Fakt, że zginęła w zasadzie obca mu osoba, nic dla niego nie znaczył.
I zaczynało go to przerażać.

Zombie.pl to książka, która wciągnie Was mocno i nie pozwoli się odłożyć, dopóki nie dotrzecie do końca. Nie ma tu zbędnych scen, opisów, przegadania, nie ma bezsensownego zagłębiania się w prywatne życie każdego z bohaterów – tutaj naprawdę brakuje na to czasu, a pełna napięcia akcja zaczyna się już w okolicach trzydziestej strony i nie zwalnia aż do końca.

Zawsze zastanawiałam się, jak autorzy razem piszą jedną książkę. Czy jest to wspólna burza mózgów, czy może każdy działa na swoim podwórku? Albo każdy pisze własne rozdziały? Jakkolwiek to nie wyglądało, w powieści kompletnie nie widać, że pracowało nad nią dwóch pisarzy. Tekst jest dopracowany i jednolity, nie ma w nim scen, które różniłyby się jakoś od innych i po których byłoby widać dwa odmienne style. Jak też przystało na książkę wydaną przez Wydawnictwo Zysk i S-KA, w powieści nie ma błędów, literówek, ani innych tego rodzaju chochlików. Do tego wygodna czcionka, no i ta niepokojąco trafna, makabryczna okładka, zaprojektowana przez Mariusza Kulę. Lekkie pióro autorów i specyficzne poczucie humoru czynią z tej książki idealną lekturę na weekend czy na kilka wolnych wieczorów.

Trudno mi też nie wspomnieć tutaj szerzej o tym, że początek książki, gdy Karol wędruje ulicami Gdańska w poszukiwaniu ocalałych z masakry ludzi, choć właściwie lepiej będzie powiedzieć: przemyka się ulicami, do złudzenia przypominał mi początek wspomnianej już gry komputerowej z 1998 roku pt.: “Resident Evil 2″. Tam też musimy uciec zombiakom i ulicami Racoon City dotrzeć do posterunku policji. Karol również dociera na posterunek i w tym miejscu podobieństwa się kończą, za to sympatia zostaje, zwłaszcza że wspomniana gra była bardzo, ale to bardzo grywalna.

Jeśli więc lubicie filmy o zombie, a także książki o dynamicznej, pełnej zwrotów akcji, do tego z naszego rodzimego podwórka, polskich autorów, to ta książka na pewno Wam się spodoba. A dla smaczku Wam zdradzę, że Robert Cichowlas i Łukasz Radecki nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i planują ciąg dalszy.

A na koniec przytaczam mój ulubiony cytat z Zombie.pl, który ma szansę stać się jednym z ulubionych cytatów z książek w ogóle:

Szanuję wasze zdanie, każdy bowiem ma prawo do swoich przekonań, o ile nie przeszkadzają one innym. Religii, żadnej religii, powiadam, nie można nauczać i wprowadzać siłą czy strachem.

Ocena: 4/6
©Papuzie pióro
Książka pisana przez dwóch autorów? W takim przypadku zawsze nasuwa się pytanie, na ile taka kooperacja jest udana i jak wygląda podział ról. Praca przy powieści Roberta Cichowlasa i Łukasza Radeckiego była ponoć skonstruowana tak, że jeden pisał fragment tekstu, przesyłał go drugiemu, a ten drugi wycinał, dodawał, szlifował, dopisywał po swojemu… Autorom zależało na tym, by tekst był jednolity, aby w oczy nie rzucała się „zmiana pióra”: i muszę od razu przyznać, że to się im udało, nie zauważyłam bowiem specjalnych różnic w stylu. Czy jednak polska wersja opowieści o żywych trupach o niewydumanym tytule Zombie.pl mnie uwiodła?

Karol Szymkowiak to biznesmen, którego poznajemy w momencie, gdy razem ze swoim wspólnikiem świętuje otwarcie kolejnej restauracji, tym razem w pięknym Gdańsku. Panowie postanawiają uczcić i obficie oblać sukces, co udaje im się aż za dobrze… Gdy Karol budzi się następnego ranka, nie pamięta, jak znalazł się w hotelowym łóżku. Dręczy go okropny kac i marzy jedynie o ciszy, ciemności i butelce mineralnej, by opłukać wysuszone gardło. Jednak nic z tego nie będzie mu dane: okazuje się, że mężczyzna przespał początek epidemii zombizmu: całe miasto pełne jest żywych trupów, które snują się tępo po ulicach, szukając mięsa. Ludzkiego mięsa. Choć stwory są powolne i raczej głupie, są też jednak uparte, brutalne i niemalże niezniszczalne. Póki mają nogi – idą. Jeśli nie mają nóg, ale mają ręce – czołgają się. Póki mają zęby – gryzą. I jest ich tyle, że trudno przed nimi uciec.

Przespał koniec świata. Ludzkość umarła i zmartwychwstała, kiedy on spał nieprzytomny od alkoholu. Janka, jego najlepszego przyjaciela, coś zżarło, kiedy on leżał w pokoju obok. Ta myśl powstrzymała go od płaczu. Dlaczego zombie, które zabiły Janka, nie zaatakowały jego? Czy miał po prostu szczęście, a ciało Handkego zablokowało wejście i żaden zombie nieumarły nie wlazł do pokoju, czy chodziło o coś zupełnie innego?

Szymkowiak ma jeden cel: musi jakoś ominąć zombie, nie dać się złapać i dotrzeć do swojej żony i synka, którzy zostali w rodzinnym mieście mężczyzny, Poznaniu. Choć nie jest więc żadnym bohaterem, postanawia walczyć o przetrwanie, bo ma dla kogo. Obawia się jedynie, że może być jedynym żyjącym człowiekiem w mieście… A może w Polsce, może i na świecie? Szymkowiak odgania od siebie takie myśli. Dość szybko okazuje się, że sytuacja jest co prawda zła, ale nie aż tak, jak wyglądałoby to na pierwszy rzut oka. Na opuszczonej stacji benzynowej Karol spotyka grupkę ludzi, która, tak jak on, przybyła tam po pożywienie, a która następnie prowadzi go do kościoła Świętego Wojciecha na Zaspie, gdzie ukryła się garstka ocalałych… Czy jednak wszyscy mają czyste intencje? Czy ktoś przy okazji apokalipsy zombie nie próbuje ugrać czegoś dla siebie? I czy ktokolwiek pomoże Karolowi dostać się do Poznania?

Cichowlas i Radecki mieli ambicję stworzyć pierwszą powieść zombie, ale że prace trwały dość długo, wyprzedziło ich dwoje autorów (Wardziak i Szmidt), panowie muszą się więc zadowolić trzecią lokatą. Z chęcią sprawdzę inne zombiastyczne opowieści (szczególnie kuszą mnie Szczury Wrocławia Roberta J. Szmidta), lecz tymczasem na pierwszy ogień poszło dzieło omawianego duetu. Muszę niestety stwierdzić, że coś tu poszło nie tak. Rozumiem, że historie o żywych trupach są specyficzne i nie trafią do każdego czytelnika. Dużo tu krwi, gnijących ciał i wywlekanych wnętrzności, sporo obrzydliwych opisów – nie jest to coś dla wrażliwego czytelnika. Jednakowoż ja nie jestem wrażliwa (dość powiedzieć, że czytając co soczystsze sceny z Zombie.pl, pogryzałam ze smakiem bułkę) i flaki mi nie przeszkadzają… o ile to nie są same flaki. Tylko flaki. Ciągle flaki. Przetykane wypływającym mózgiem i wiszącym na nerwie oczodołem. Flaki. Ja naprawdę rozumiem konwencję, ale co za dużo, to i świnia… eee, to znaczy… zombie nie zje.

Radecki i Cichowlas mówili w wywiadzie, który ukazał się na łamach portalu Okiem na horror, że w tej powieści starali się pogłębić psychologicznie postaci, ukazać relacje między nimi i pokazać zachowanie ludzi w momencie zagrożenia. Cóż, nie mogę powiedzieć, by im się to udało. Postaci są dla mnie papierowe: biznesmen-karierowicz, tancerka erotyczna-poczciwa dziewczyna, która, rzecz jasna, wybrała taką „karierę” z musu, by jakoś zarobić na utrzymanie córki… Nie mówiąc już o czarnych charakterach, typowych bieda-gangsterach z polskiego podwórka, którzy i popić lubią, i pomacać ładne panienki, i pomachać bronią, gdy tylko jest okazja… Zasadniczo są jednak dość fajtłapowaci i dają im radę osoby, które nigdy wcześniej nie miały broni w ręku lub miały ją raz, podczas towarzyskiego spotkania na strzelnicy. Jak by nie było, ci nieopierzeni strzelcy potrafią bez większego problemu trafić w nietrzeźwy, aczkolwiek wciąż ruchomy cel i uciec bandziorom…

A potem jest jeszcze weselej. Nie zdradzając za dużo, powiem tylko tyle: wierzenia dawnych Słowian. Zombie, flaki, mózgi. Walka o życie, eksterminacja zombiaków, mózgi, flaki, jelita na wierzchu, wojsko. I jako wisienka na torcie – Behemot. A Behemot wymaga cytatu:

Potwór był ogromny. Miał rozmiar solidnego vana, składał się z wielkiej plątaniny mięśni i żył. Chociaż jego kształty były podobne do ludzkich, jednocześnie stanowiły swoistą ich parodię. Bestia niemal wszystko miała wielkie: odrażające, umięśnione, krwaworóżowe ciało, które przywodziło na myśl nadmiernie rozbity kotlet schabowy, wielkie szpony na długich i grubych palcach łap. Jedynym małym elementem stwora była główka, przy gabarytach bestii wręcz groteskowa.

I tu objawia się kolejny problem Zombie.pl – ta książka jest koślawo napisana. Nie ma nic gorszego niż horror, który jest śmieszny lub nieciekawy. Tu niestety były obecne jedne i drugie momenty: bywało, że ziewałam, znużona i przesycona opisami gnijących ciał, bywało, że parskałam śmiechem, bowiem nieadekwatne określenia wywoływały wesołość, zamiast budować nastrój grozy. Kotletowaty Behemot sprawił, że najpierw uderzyłam się w czoło w popularnym geście facepalmu, a potem wybuchnęłam śmiechem.

Chciałam się jeszcze popastwić nad otwartymi wątkami, ale doczytałam, że Zombie.pl to pierwszy tom większego cyklu i w kolejnych częściach wszystko ma się stopniowo zacząć wyjaśniać. W takim razie usuwam jeden minus od ostatecznej oceny, ale jednak: dziękuję, postoję. Styl Cichowlasa i Radeckiego nie przypadł mi do gustu, więc po następne części na pewno nie sięgnę.

Ocena: 2+/6
©tanayah czyta
Komentarze dotyczące książki:
Warto zerknąć