ebook Wieloryby i ćmy. Dzienniki
3.19 / 5.00 (liczba ocen: 609)

Wieloryby i ćmy. Dzienniki
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

najlepsza cena! w ostatnich dwóch tygodniach
E-book - najniższa cena: 22.43
wciąż za drogo?
27.81 złpremium: 17.94 zł Lub 17.94 zł
22.43 zł Lub 20.19 zł
23.32 zł Lub 20.99 zł
22.99 zł
23.62 zł 20% rabatu
kliknij aby zobaczyć pozostałe oferty (6)
Inne proponowane

Wyprawy w przeszłość i rekonesanse po współczesności. W swoich dziennikach autor „Morfiny” i „Dracha” przeplata ogólnoludzkie z pokoleniowym, historyczne ze współczesnym, a oswojone z obcym.

Daleko za kołem podbiegunowym, na Spitsbergenie, jest osada. Stare drogi pozarastała tajga, okna szklarni rozbito. Po dawnym życiu pozostało niewiele – niszczejące hangary, trochę śmieci, zeschnięte krzaki pomidorów. I cmentarz. Z brzydkimi, odlanymi z betonu nagrobkami. Pod jednym z nich leży ciało rocznej dziewczynki. Jego syn też ma rok. Został w kraju, a tak niedawno zasypiał mu na kolanach.
Znacznie bliżej, na Śląsku, nie ma już śladu po starym młynie. Rozebrano go, bo groził zawaleniem. Zniknął też dom, w którym na świat przyszedł jego pradziadek, a kopalnię, w której dziadek został śmiertelnie ranny, zastąpiła szkoła wyższa. Wszędzie wokół historia porozrzucała kości. Niektóre należą do tych, którzy spoglądają ze starych zdjęć w rodzinnym albumie.
Dalekie podróże i bliskie spotkania. Obserwacje, komentarze, refleksje. W swoich dziennikach Twardoch przeplata ogólnoludzkie z pokoleniowym, historyczne ze współczesnym, a oswojone z obcym. „Wieloryby i ćmy” to autoportret wielokrotny i literacka opowieść o współczesności.

Wieloryby i ćmy. Dzienniki od Szczepan Twardoch możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Najgorzej jest słyszeć własne myśli. Nie myśleć je - lecz słyszeć, jak się myślą.
Wydaje mi się, że wszyscy jesteśmy właśnie tacy, jakimi wydajemy się sobie wtedy, kiedy się za siebie wstydzimy. To we wstydzie za siebie widzimy się naprawdę.
Obracam w dłoniach okładkę i gładzę wypukłe litery układające się w imię i nazwisko autora oraz tytuł. Jestem zamyślona, refleksje i wrażenia pęcznieją we mnie, otulają mnie jak owoc otula się dookoła pestki. Obawiałam się, że lektura Wielorybów i ciem mnie zawiedzie, że odnajdę tu jakąś nachalną pozę, że zapiski będą patetyczne; z jednej strony czekałam na okruchy z życia Szczepana Twardocha, z drugiej, gdyby było ich zbyt wiele i jawiłyby mi się jako zanadto osobiste, pewnie czułabym się zażenowana. Okazuje się, że obawy były niepotrzebne – choć dzienniki pilchowickiego pisarza są intymne, skupione na nim samym, na sprawach dla niego ważnych, widać tu równocześnie samokontrolę w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mam wrażenie, że Twardoch postawił w głowie mocną granicę pomiędzy tym, co prywatne, a tym, co publiczne, pomiędzy tym, o czym można mówić, a o czym wypadałoby milczeć.
Zaskoczyło mnie to, że te dzienniki są takie dojrzałe. Trzydziestosześcioletni Szczepan Twardoch jawi się jako świetny obserwator, przy czym jego obserwacje nie są bezrefleksyjne, zawieszone w próżni, a zawsze do czegoś prowadzą, implikują wiele pytań, prowadzą wgłąb wyobraźni autora przez jego skojarzenia i wspomnienia, a wszystko splata się w całość, rodząc kolejne łańcuchy obrazów i znaczeń, jak przy okazji obserwacji płynących razem z pisarzem na promie Skandynawów o kolorze włosów tak podobnym do jego włosów, który babcia Twardocha określała mianem „poszczanej słōmy”, czy uważnego, samczego spojrzenia na zgrabną, rudowłosą rowerzystkę.
Jest w tym coś głęboko literackiego, nawet gdy pilchowianin opisuje zwykłą drogę po bułki, ponieważ Szczepan Twardoch jest świetnym obserwatorem rzeczywistości:

Teraz nie jestem ojcem i to tak, jakbym nigdy nie był, jestem dymiącym przechodniem, który idzie po bułki, jestem człowiekiem, który patrzy pod nogi i przed siebie, i w niebo, i prawie nie pamięta już o lepkich, ciemnych koszmarach śnionych niedawno, jeszcze się tlą, dogasają na czarno. Jestem mężczyzną, który rozchlapuje kałuże, bo włożył specjalnie z powodu tych kałuż górskie buty, nie przemokną, jestem kimś, kto nie myśli o niczym, niczego nie planuje, nawet tego, co trzeba kupić w sklepie, nie myśli ani o sobie, ani o innych, nie kocha, nie jest kochany, nie jest ani z kimś, ani sam, prawie jakbym zniknął. (…) I rausz delikatny, od nikotyny i papierosowej hiperwentylacji, i nie ma mnie, są tylko kroki, domy, drzewa, niebo, domy, kałuże, ja w kałużach, ale przecież nie-ja, zimno w dłonie, asfalt jak skóra czarnego smoka, kamyki zatopione w niej jak łuski, jak pąkle w skórze Lewiatana, poranek czysty, nic mnie nie boli, więc prawie jakbym nie miał ciała, a poza ciałem nie ma mnie wcale. Patrzę na świat raz okiem krowy, a raz okiem Boga: widzę, nie próbując rozumieć, albo rozumiem, nie próbując nawet patrzeć (…).

Ten brak przymusu, łagodne odpuszczenie pewnych spraw, przewija się na kartach dziennika kilkukrotnie. Czego nie musi Szczepan Twardoch? Nie musi opowiadać się po żadnej ze stron, nie czuje przymusu określania się czy jest bardziej z lewa, czy z prawa, nie musi kłócić się na polityczne tematy z kolegami. A co warto jego zdaniem robić? Warto czerpać przyjemność z dobrego jedzenia, z wesołych chwil z bliskimi, warto czytać książki, które coś w nas poruszają i zmieniają, warto „kochać to, co obejmuje się wzrokiem, wyszedłszy na wzgórze”.

Mała Ojczyzna to jeden z ważnych tematów Wielorybów i ciem, co nie powinno dziwić osób, które czytały ostatnie książki autora (zwłaszcza Dracha) i obejrzały bądź przeczytały z nim kilka wywiadów. Szczepan Twardoch jest do korzeni wręcz śląski i można domniemywać, że jeśli chodzi o przyjęcie tej śląskości, to po prostu nie miał wyjścia. Górny Śląsk wrastał w jego skórę z każdym dniem spędzonym w okolicy rodzinnych Gliwic, z każdą opowiedzianą po niemiecku historią (a po niemiecku dlatego, by nie zrozumiało jej małe dziecko, jakim wtedy był), z każdą zasłyszaną śmiercią na grubie, z każdą chwilą, gdy deptał po czarnej śląskiej ziemi. Temat „bycia stąd” rozumianego jako „stąd, skąd moi przodkowie” jest nie tylko ważną częścią dzienników, ale też – doświadczenia samego pisarza.

Zrozumiałem, że jestem antynomią emigranta, moje życie wrośnięte w hajmat jak grzybnia w glebę jest absolutną antynomią emigracji. Płynę, ślepy, podziemnymi strumieniami, one płyną we mnie, bez nich uschnąłbym.

Oraz:

Pierwszego listopada stoję przy grobach, tak jakbym sam trochę w nich leżał. Myślę o kościach, po których chodzę po bułki i gazetę, myślę o tej wielkiej łasce życia na ziemi przesiąkniętej ciałami moich świętych przodków, świętych nie życiem, przecież tak niewiele wiem o ich życiu, cóż wiedział będzie o moim życiu mój syn? – świętych obecnością.

W dziennikach sporo jest śmierci i refleksji o niej, ale jest to śmierć trzymana na dystans, śmierć opowiadana sobie i sobie wyobrażana po to, by przygotować się na tę rzeczywistą. Szczepan Twardoch wyobraża sobie więc śmierć własną i tę chyba dla rodzica najtrudniejszą, śmierć swoich synów; obserwuje martwe ćmy unoszące się na tafli jeziora i kontempluje truchło renifera leżące na plaży w Hollendarbukcie. Jest w tym wszystkim jakiś spokój podszyty melancholią, ale nie ma rozpaczy. Śląski pisarz jawi się jako refleksyjny typ, ale zdecydowanie potrafi cieszyć się życiem. Dowodzą tego opisy posiłków, które dostarczają mu zmysłowej wręcz przyjemności, samochodowych wycieczek, podczas których można się rozpędzić szaleńczo na pustej, prostej drodze, czy zachwytów przyrodą, szczególnie surowym krajobrazem Svalbardu, który sobie ukochał.

Wzrusza mnie sposób, w jaki pisze o swoich synach. Twardoch przyznaje, że nie rozumie dzieci i chyba nawet nie próbuje tego zmienić, po prostu przygląda im się jak małym ludziom o wielu potencjalnych losach. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki ze swoimi dziećmi rozmawia, bowiem traktuje ich jako partnerów do dyskusji. Widzę w tym miłość większą, niż gdyby wciąż powtarzał, jak bardzo ich kocha. Jest w tym ogrom czułości i coś bardzo intymnego, jednak nie przekracza granicy, za którą mogłabym czuć tylko niesmak z powodu zdradzania zbyt wielu szczegółów z prywatnego życia. Swoją drogą, o żonie Agacie nie pisze Twardoch prawie wcale – i to też szanuję. Zbyt pachniałoby to tanim brukowcem.

Kolejnym ważnym tematem jest literatura – i ta własna, i ta zapoznana. Wiele zapisków traktuje o pisaniu powieści: Szczepan Twardoch dzieli się odczuciami jakie towarzyszyły mu przy „Wiecznym Grunwaldzie” i „Morfinie”. Można też prześledzić jego lektury, a na kartach „Wielorybów i ciem” pojawiają się ważni dla niego pisarze. Nie zabrakło więc Sándora Máraia czy Emila Ciorana, jest Mircea Eliade i Cormac McCarthy. Są obecni jego przyjaciele-pisarze – Łukasz Orbitowski i Wit Szostak. I wreszcie pojawia się refleksja, że pisarz jest pisarzem zawsze:

Pisarz powinien być w pracy, kiedy uspokaja płaczące niemowlę i kiedy przez niego płacze kobieta, kiedy rodzi mu się dziecko i kiedy grzebie bliskich, i kiedy tańczy, kiedy śni i kiedy się budzi, kiedy kocha i kiedy gardzi. Pisarz powinien być w pracy, kiedy pije z przyjaciółmi i kiedy spotyka kobietę, której pożąda, kiedy podróżuje i kiedy jest we własnym domu, z obcymi i z bliskimi. Pisarz powinien być w pracy nawet wtedy, kiedy nierozważny przyjaciel zawierza mu tajemnicę. Przyjaźnić się z pisarzem, kochać pisarza, to jak przyjaźnić się z kamerą wideo, szczególnie czułą na te chwile, w których jesteśmy obnażeni. Wszystko zostaje zapamiętane, wszystko, co bolesne, kiedyś zostanie użyte.

Zapiski obejmują lata 2007-2015, jednak nie są to wszystkie wpisy: Szczepan Twardoch dokonał redakcji i wybrał tylko te fragmenty, które uznał za literackie. Nie czytałam całości dzienników (które wcześniej były dostępne w internecie), ale mam wrażenie, że ten zabieg wyszedł tylko Wielorybom i ćmom na dobre. Obraz człowieka, jaki wyłania się z kart książki jest bardzo spójny z tym, który widać w jego powieściach i w wywiadach, jakich udzielił. Wzruszył mnie Szczepan-ojciec, zaintrygował Szczepan-pisarz, poczułam sympatię dla Szczepana-człowieka.

Ocena: 6/6
©tanayah czyta
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć