ebook Władca liczb
3.38 / 5.00 (liczba ocen: 1536)

Władca liczb
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

E-book - najniższa cena: 20.14
wciąż za drogo?
30.99 zł
30.99 zł Lub 27.89 zł
20.14 zł
30.99 zł
Inne proponowane

"Kiedy przez nią przejdziesz, nie ma już odwrotu Zmęczony życiem Popielski dostaje nowe zlecenie. Proste z pozoru śledztwo w sprawie syna pewnego hrabiego zaczyna zupełnie nowy rozdział w historii detektywa i miasta. Wrocław staje się przejściem do mrocznego świata, niebezpiecznym labiryntem. Wystarczy o niewłaściwej porze znaleźć się w niewłaściwym miejscu i otwiera się brama do piekieł. Tutaj okrucieństwo nie ma granic. Tutaj śledzisz każdy gest twojego oprawcy. Tutaj zaczynasz żyć według jego reguł. "

Władca liczb od Marek Krajewski możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook) lub słuchać w formie audiobooka (mp3).
Nikt mnie dzisiaj nie obdarzał życzliwymi spojrzeniami - ani deliryk w alkoholowej agonii, ani dama o kałmuckiej aparycji, ani mali szulerzy, z których pewnie niejeden w przyszłości wyląduje w rynsztoku. Świat mnie dzisiaj nie kochał.
Komentarze dotyczące książki:
  • Awatar

    Już dawno nie miałem takiego problemu z podjęciem decyzji dotyczącej oceny powieści po zakończeniu jej lektury. W dalszym ciągu targają mną sprzeczne emocje i co chwilę zmieniam zdanie odnośnie tejże oceny i opinii na temat "Władcy liczb". Były momenty, kiedy myślałem sobie, że najlepiej byłby aby główny bohater przybrał inne imię i nazwisko, aby nie przynosić wstydu Edwardowi Popielskiemu, lecza za chwilę okazywało się, że to, co czytam właściwie mi się podoba i czynię to z zainteresowaniem, bo ciekaw jestem jakie tym razem rozwiązanie zagadki przygotował Marek Krajewski.

    "Władca liczb" nie jest zapewne powieścią, za którą polubiłbym Marka Krajewskiego. Cały czas waham się nad stwierdzeniem czy jest to historia przeciętna, czy może dobra? Nie chcę też chyba roztrząsać aż tak bardzo tego problemu, aby nie zatrzeć tych bardzo dobrych wspomnień, które pozostawiły po sobie wcześniejsze powieści tego autora (pomijając oczywiście powieść "W otchłani mroku").Wydaje mi się jednak, że książką tą pożegnałem się już z Popielskim, nie wyobrażam sobie już kolejnej jego przygody. Pisałem już o tym przy okazji opiniowania wspomnianej "W otchłani mroku). Jak się okazało, Krajewski wykrzesał jeszcze z Popielskiego sporo sił, ale mam nadzieje, że były to ostatnie tchnienia.
    Ocena: 4/6
    "W otchłani mroku" oceniłem na 3,5/6 i w związku z tym, że nie daję tutaj ocen typu 3,75/6, pozostanie zatem jak wyżej.

  • Awatar

    Popielski, Mock, Krajewski to nazwiska, do których mam ogromny sentyment. Od dawna zaczytuję się w opowieściach tego ostatniego o pozostałych dwóch. I choć do Mocka jestem bardziej przywiązana, bo przeżyłam z nim więcej intymnych, wyjątkowych chwil, to Popielski działa na mnie równie silnie. Nie jestem obiektywna, bo te książki to dla mnie skarb. A każda kolejna wzbogaca mój skarbiec sentymentu o nowe wspomnienia.

  • Awatar

    Któż z nas nie lubi momentu otwarcia nowo zakupionej książki. Jej zapachu, dotyku świeżutkiej okładki, niezmąconej jeszcze gorączkowym przekładaniem stron. Jej satynowej powłoczki i najważniejszego – tego co kryje się w treści. Jak biorę do ręki nowego Krajewskiego, te wszystkie odczucia potęguje dodatkowo radość, ogromna radość ze świeżej dawki świetnie rozegranej intrygi kryminalnej, z ulubionym Popielskim w roli głównej. Cudo

  • Awatar

    Tegoroczny moment lektury „Władcy liczb”, bo taki tytuł nosi najnowsza powieść pisarza z Wrocławia, został niespodziewanie poprzedzony wyjątkową ankietą, do wypełnienia której największą zachętą była możliwość przeczytania drobnego fragmentu nie wydanej jeszcze powieści. Jak sam autor ciągle zachęca, ankieta ma być elementem ciekawego projektu badawczego zgłębiającego psychologiczne aspekty czytelnictwa, takie jak osobowość i postawy czytelników książek. W jeszcze innych słowach pisarz, tłumaczył, że to narzędzie poznania naukowców, którzy chcieliby dowiedzieć się, jaki jest profil psychologiczny czytelników jego powieści. Po takiej zapowiedzi i zachęcie nie było innej możliwości, jak tylko obowiązkowe wypełnienie ankiety. Jaką autentyczną radość na samym wstępie spowodowała faktyczna możliwość przeczytania małego fragmentu „Władcy liczb”. W dalszej, początkowej części nawet ankieta zdawała się być ciekawym pomysłem i niecodzienną zabawą intelektualną, jednak wypełnianą zupełnie na serio. Niestety wraz z kolejnymi stronami ankiety i wskazywanymi do wyboru odpowiedziami moja radosna ciekawość i podziw dla przedpremierowej zagrywki zaczynały przeplatać się z lekkim niepokojem i coraz głębszą zadumą nad treścią i faktycznym celem tej ankiety. Przyznam się, że po wypełnieniu jej do samego końca (choć nie ukrywam, że z pewnym oporem) cała przywoływana już radość z możliwości zapoznania się z fragmentem powieści zniknęła z mojej głowy bardzo gwałtownie. Dlaczego? Dlatego, że poczułem i zrozumiałem, że w mniejszym stopniu poszło o mój profil psychologiczny jako czytelnika książek Marka Krajewskiego, a wahadło badawcze przesunęło się w kierunku wyboru dość spolaryzowanych postaw natury ideologicznej. To wzbudziło mój niepokój. Wydawało mi się, że znam kreację Marka Krajewskiego jako pisarza dobrze, bo poznawałem ją na przestrzeni kilkunastu lat z jego powieści i przez jego powieści. Gdzieś tam i kiedyś tam na kilku spotkaniach autorskich dziejących się w okresie różnym cyklów powieściowych oraz w kilku niewielkich rozmowach pozakulisowych poczułem, że w jakimś ograniczonym zakresie poznałem też Marka Krajewskiego jako pisarza-człowieka. Tym bardziej więc zadałem sobie pytanie - czy na pewno chciał tak skonstruowanej ankiety, tak bardzo - w moim odczuciu - epatującej schematami prawie rodem ze świata polityki i niskiej jakości dyskusji ideologów partyjnych. Pytanie to zostawię bez wyraźnej odpowiedzi, choć mogę się tylko domyślać jej brzmienia. W związku z tym zostaje tak naprawdę tylko jeszcze jedno pytanie mieszczące się w słowach zastępczo używanych: dlaczego, po co, w jakim celu?

    To wszystko, co opisane wyżej, a dotykające mnie emocjonalnie, spowodowało rzecz niebywałą. Jeszcze szybszą lekturę powieści, rozpoczętą wraz z pierwszą publiczną informacją o dostępie do niej. „Władca liczb”, niezależnie od moich osobistych doświadczeń, to książka, którą czyta się szybko i zachłannie. Pod tym względem Krajewski, nie pierwszy zresztą raz, oceniony musi być jako zmyślny prowokator. W pierwszej kolejności przyczynia się do tego nie prolog powieściowy, któremu na marginesie też nie można niczego zarzucić, biorąc pod uwagę zwłaszcza zmyślne zestawienie czystej, dziecięcej ciekawości z odrazą i nieestetycznym obrazem topielca, lecz sam początek pierwszego regularnego rozdziału. Mam na myśli, by rzecz była jasna, nie pierwsze słowa czy zdania tego rozdziału, lecz graficzne przedstawienie (kształt trójkąta lub jak kto woli widzieć piramidy) czasowo-fabularnego schematu akcji powieściowej. Nim czytelnik dowie się kim jest ów tytułowy „władca licz” szybko dociera do niego istotna rzecz, ukryta w idealnym kształcie geometrycznej figury, o której mowa wcześniej. Władcą liczb jest także sam Marek Krajewski. Wrócę jeszcze do tego wątku, w tym momencie jedynie sygnalizując moje najistotniejsze wrażenie czytelnicze. Fabularny władca liczb po lekturze książki jest nie tylko do zaakceptowania, ale ponownie budzi mój podziw dla wysokiego kunsztu pisarskiego swojego twórcy. Władca liczb jakim jest sam Krajewski, demiurg wykrawający z materii słowa, ale przede wszystkim idei, kawał bardzo wyraźnego i indywidualnego świata przedstawionego, budzi mój lekki niepokój czytelniczy i każe z niepokojem patrzeć w pisarską przyszłość tegoż.

    Główny bohater „Władcy liczb” Edward Popielski zostaje postawiony przez autora przed arcytrudnym zadaniem. Pojawia się bowiem na kartach powieściowych po raz kolejny. Musi być tym kimś, co poprzednio, zważywszy na umiłowanie czytelnicze tej postaci. Musi być też kimś innym, zważywszy na niebezpieczeństwo nudy rodzącej się w kliszach i powtórkach pisarskich. Jest jeszcze jedna kwestia, która zapowiedziana została w poprzednim tytule „W otchłani mroku”. Idzie o upływ czasu - nieubłagany i - w przypadku osoby z krwi i kości literackiej narracji - widoczny jak na dłoni. To jest wiek głównego bohatera. Ci, którzy tej pisarskiej antycypacji rok temu nie dostrzegli, tym razem mogą być zszokowani podwójnie. I sam nie wiem, co silniej ich zaskoczy. Czy prawie dziewięćdziesiątletni Popielski spisujący swoje wspomnienia w obliczu rychłej śmierci, czy też siedemdziesiątletni Popielski prowadzący w roku 1956 ostatnie swoje śledztwo? Muszę przyznać, że autor „Głowy Minotaura” jest odważny czyniąc staruszka bohaterem kryminału. Nie zapominajmy, będącego nie bezbronną, stetryczałą ofiarą, lecz aktywnym intelektualnie i fizycznie detektywem z ciągle żywą intuicją i niezapomnianym doświadczeniem najlepszego oficera śledczego przedwojennego Wrocławia. Interesująco wygląda zwłaszcza kwestia fizyczności, tak przecież ważna u Popielskiego, który niczego nie żałował sobie z męskich doznań i uciech. Uważny czytelnik dość szybko dostrzeże literacki kunszt Krajewskiego. Sportretowanie własnego bohatera uczynił niepowtarzalną sztuką - dla mnie wręcz autonomiczną, mogącą funkcjonować poza realizowaną intrygą kryminalną - począwszy od kreacji psychologiczno-charakterologicznej, a skończywszy na językowo-semantycznym oddaniu samoświadomości Popielskiego. W tym pierwszym przypadku idzie o zupełną kompletność zachowań i autentyczność emocji dawnego Lwowiaka. Jest tym kimś kim był wcześniej, a równolegle są w nim nowe i pełnoprawne - z punktu widzenia osobowości - cechy, których źródeł trzeba szukać głównie w przeżyciach wojennych i powojennych. W drugim zaś przypadku chodzi o wyjątkową na poziomu intelektu i emocji samoświadomości starzenia się i zachodzących w nim zmian. Podkreślić należy zwłaszcza to współwystępowanie fizyczności i emocjonalności, tak znakomicie przez autora opisane, sportretowane w działaniu, niejednokrotnie uzewnętrzniane już nie tylko wybuchowością, agresją, ale płaczem, refleksją. Nie boję się powiedzieć, że taki Popielski to pełny bohater - skomplikowany i skompletowany. I kto by przypuszczał, że przyczyni się do tego jego wiek. W tej doskonałości literackiej kreacji jest mały rys, a może trzeba by powiedzieć zbyt duża wyobraźnia pisarska. Mam na myśli późne ojcostwo, nota bene spożytkowane w nie do końca jasnych okolicznościach. By nie zdradzić więcej i nie psuć wyjątkowości bohatera „Władcy liczb” pozostawiam to jako licentia poetica Marka Krajewskiego.

    Byłoby recenzenckim zaniechaniem przemilczenie kolejnego pedantycznego i bezapelacyjnie szczegółowego zaprezentowania przestrzeni miejskiej Wrocławia. Powieściowo nowej i obcej dla autora, biorąc pod uwagę czas akcji wszystkich poprzednich powieści. Tutaj możemy być spokojni. Doświadczenie pisarza jest tak wielkie i determinacja osobista tak dużą, że pisarz szybciej nie ukończy kolejnej książki niż historycznie i (rozdzielę to, co współgra ze sobą) plastycznie nie odtworzy w materiale warsztatowym oraz własnej wyobraźni tego, co stanowić będzie powieściową przestrzeń opowiadanej historii. To pewnie truizm, ale teren narracyjnego toku jest podczas lektury bezpośrednio wyczuwalny wszystkimi zmysłami - zapachu, smaku, wzroku, w zależności od realistycznych okoliczności odgrywanej sceny i potrzeby emocjonalnej, stanowiącej budulec napięcia czytelniczego. Pochylając się nad tym zagadnieniem, zauważam pewne przesuniecie aktywności pisarskiej Krajewskiego. Określiłbym ją jako przegrupowanie akcentów z intrygi na emocje z nią związane. Od razu jednak dodam, że autor „Licz Charona” umiejętnie to maskuje i rozbudowuje o tak samo ważny świat intelektualno-metafizycznej rozgrywki. I tutaj dotykamy jednego z elementów stanowiących istotę intrygi kryminalnej i jej fabularnego ujęcia. To świadoma pisarska kontynuacja pomysłu zrodzonego w poprzednich powieściach, a teraz rozwijanego jeszcze bardziej. On ma dwie twarze - dostrzegalną ludzkim okiem i dającą się zamknąć w opisie swojej fizyczności, a której przedstawicielami są Edward Popielski i Eugeniusz Zaranek-Plater. Druga twarz nie daje się do końca zmierzyć i opisać - to matematyka i metafizyka. I po raz kolejny pisarz ryzykuje, wykorzystując literacko te drugie twarze. Mam wrażenie, że to poważne i odważne jednocześnie wyzwanie dla wielu czytelników. Na ile będą w stanie unieść ten ciężar odbiorczy? Nie wiem i nie chcę być złym prorokiem, ale po poprzedniej powieści „W otchłani mroku” struna wytrzymałości wcale nie musi w większości przypadków wytrzymać. Ona została już w zeszłym roku solidnie napięta, a „Władca liczb” wcale nie zestraja ją odpuszczając, lecz wyraźnie jeszcze napina zakres wymagań w stosunku do czytelnika.


    Nawiązując do ostatniej, metaforycznej myśli, wrócę do tego, o czym pisałem w początkowej części recenzji. Chodzi mi o „władcę liczb” jakim jest sam Marek Krajewski. Powtórzę - demiurg wykrawający z materii słowa, ale przede wszystkim idei, kawał bardzo wyraźnego i indywidualnego świata przedstawionego, który budzi mój lekki niepokój czytelniczy pewnym sformalizowanym szaleństwem. W tym przypadku matematyczno-autotematycznym. Patrząc na tą każdorazowo otwierającą rozdział piramidę czasu i bohaterów powieści, spoglądając na matematyczne rozdzielniki scen „{x, y†, x†, y†, x, y†}” i przede wszystkim rejestrując układankę relacji osobowych bohaterów fabuły oraz przyczynowo-skutkowych intrygi kryminalnej, niebezpiecznie rozmywa się literacki artyzm tak znakomicie wypracowany przez Marka Krajewskiego w dziedzinie sztuki literackiej. „Władca liczb” to nadal wysoki poziom pisarski o dużej klasie językowej elegancji i czytelniczej atrakcyjności intrygi kryminalnej. Niepokój budzi jednak zbyt mocno podnosząca głowę hydra gry z samym sobą i z formalną materią dzieła literackiego, której czytelnik może się tylko biernie przyglądać i niekoniecznie bawić się nią. Może ten mój lęk jest na wyrost, może potwierdzona niedawno przez samego pisarza praca warsztatowa nad wrocławskim pitawalem medyczno-sądowym, tworzonym wspólnie z praktykiem-medykiem doktorem Kaweckim, stanowić będzie swoistą cezurę, mająca znaczenie także dla dalszej drogi czysto powieściowej. Wierzę bowiem, że nikt inny - tak jak Marek Krajewski - nie poradzi sobie z dramatem i powszedniością zbrodni, ohydą i mądrością stołu sekcyjnego oraz pięknem i siłą słowa literackiego.

Warto zerknąć