ebook Sońka
3.89 / 5.00 (liczba ocen: 3226)

Sońka
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Kategoria:  /
E-book - najniższa cena: 15.60
Audiobook - najniższa cena: 13.74
wciąż za drogo?
-35% 15.60 złpremium: 9.36 zł Lub 9.36 zł
18.72 zł 20% rabatu
20.28 zł Lub 18.25 zł
26.00 zł Lub 23.40 zł
19.84 zł
21.65 zł
kliknij aby zobaczyć pozostałe oferty (4)
Inne proponowane

Powieść o piekle i raju pamięci. Kolejna, po „Balladynach i romansach” i „ościach” książka, którą Ignacy Karpowicz potwierdza swoje miejsce w pierwszej lidze polskich pisarzy.

W życiu Sońki wszystko skończyło się dawno, dawno temu, wraz z wojną. Przeżyła i poczuła wtedy tyle, że później już ani żyła, ani czuła, mając jedynie wspomnienia i psią obrożę z gotyckim napisem. Przypadkowe spotkanie przy wiejskiej drodze daje początek opowieści, która wreszcie może zostać wysłuchana.
Powiernikiem Sońki zostaje Igor – wzięty reżyser teatralny – który niespodziewanie znalazł się gdzieś poza zasięgiem sieci komórkowych. Na bieżąco przekształca historię staruszki w sztukę teatralną, tworząc własną wersję wydarzeń. A kiedy zdawać by się mogło, że wyczerpał już limit pomysłów, w wiejskiej chacie pojawia się Ignacy, o którym Igor uporczywie próbował zapomnieć...
„Sońka” to wielka, ale kameralna, prosta, choć niełatwa, wyciszona, lecz kipiąca emocjami, pacyfistyczna, a jednocześnie brutalna historia przepełniona miłością. Autor wykorzystuje konwencję romansu wojennego, by opowiedzieć o kiedyś i teraz; o tu i tam; o piekle i raju pamięci.
Ignacy Karpowicz po raz kolejny zaskakuje, jeszcze bardziej zachwyca i udowadnia, że po sukcesach „Balladyn i romansów” oraz „ości” na dobre wszedł do literackiej superligi.

„Karpowicz, jak wiemy, potrafi tworzyć chyba najlepsze we współczesnej prozie postaci kobiet. (...) I kiedy Sońka opowiada o miłości i śmierci, Karpowicz zdobywa się na tony, których nie było u niego dotychczas. Pojawia się rodzaj liryzmu, który chwyta za gardło, nie będąc kiczem”.

Justyna Sobolewska, „Polityka”

Sońka od Ignacy Karpowicz możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook) lub słuchać w formie audiobooka (mp3).
Bo jak człowiek za dużo czuje i za szybko żyje, to mu gdzieś coś iskrzy, iskrzy, iskrzy a potem cała instalacja do niczego się nie nadaje.
Mówią, że oczy nie kłamią, mówią też, że czego nie widzą, tego sercu nie żal.
A przecież żal.
I że dzieciństwo na zawsze w człowieku zostaje, jak pory roku czy okrucieństwo: można się go zaprzeć, ono jednak nie da się zabić, zamalować, zapomnieć - można co najwyżej rozstawić parawan.
Kiepska pamięć; kto ma kiepską pamięć, ten dostaje długie życie.
Nie słychać, jak ludzie myślą o sobie. Jak w myślach ratują ukochanych. Jak przychylają im nieba, sobie skąpiąc powietrza.
Z tą książką to jest w ogóle cała historia. Lubię powieści Karpowicza, to, jak bawi się językiem, tematy, jakie porusza, więc oczywiście byłam ciekawa Sońki. Chciałam przeczytać kiedyś tam, nie miałam ciśnienia na kupno, stwierdziłam, że wypożyczę z biblioteki. A potem poszłam na spotkanie z autorem w katowickiej MBP i przepadłam. Po pierwsze, bo Karpowicz jako człowiek mnie niezwykle zauroczył (ciepły, sympatyczny, poukładany facet), a po drugie, bo prowadząca spotkanie Ola (pozdrawiam) i inni zgromadzeni w bibliotece czytelnicy tak pięknie mówili o Sońce, że skwapliwie skorzystałam z możliwości zakupienia książki. Musiałam ją mieć na własność. No i mam, z autografem, a jak wspominam moją krótką rozmowę z autorem to jest mi ciepło na serduchu.

Ignacy Karpowicz powiedział, że lubi takie książki, które kopią człowieka wprost w bebechy. Ignacy Karpowicz stwierdził ze skruchą, że może kiedyś napisze radosną powieść (zapewniłam, że nie trzeba, bo ja też lubię te bolesne). Ignacy Karpowicz Sońką mnie nie skopał (masz rację, Owieczko, ona jest na to za delikatna), ale skutecznie posiniaczył wewnętrznie. Lubię jak tak boli.

Wszystko zaczyna się od przypadku, jak w życiu. Podczas gdy Sońka prowadziła krowę z wypasu, w wiosce zatrzymał się samochód. Miastowy. A w tym miastowym samochodzie siedział miastowy Igor, któremu tutaj akurat, w tej dziurze bez zasięgu zwanej Królowym Stojłem, zepsuł się samochód. I gdy Sońkę coś tknęło, gdy zaprosiła młodzieńca do swojego domu na kubek mleka, wszystko się zaczęło. A może właściwie zmierzało ku końcowi i osiągnęło koniec.

Igor, czy właściwie, jak się okazuje, podczas gdy miejskość opada z mężczyzny jak stara skóra, Ignacy, jest trochę literatem, trochę scenarzystą. Urodził się w tych stronach, ale się ich wyparł i wymazał je z siebie. Inaczej Sońka. Mieszka tu całe życie i w malutkim Królowym Stojle przeżyła tyle, że aż dziw, że w małej kobiecie tak wiele się może pomieścić. Żyła z ojcem i braćmi, matka zmarła przy porodzie, za co ojciec ją obwiniał. Gdy Sońka podrosła, wykorzystywał ją, mawiając: „Zabiłaś moją żonkę, teraz odpokutuj!”. I tak wciąż, i wciąż, i wciąż. Bracia nie reagowali. Sońka była, trwała jak kwiat, bez świadomości swojego istnienia. Aż do momentu, gdy wojna zajrzała do małej wioski i aż oczy Sońki nie zetknęły się z oczami Joachima. Niemiecki żołnierz dał jej szczeniaka i odjechał. Jednak coś już zakiełkowało w duszy Sonii i trudno powiedzieć, czy była to piękna roślina czy chwast.

To nieprawda, że zakochanym czas mija w okamgnieniu. Czas płynie inaczej, jednak nie przyspiesza. Oczy patrzą ciężko i uważnie. Powieki ciążą. Każda wspólnie spędzona minuta wydaje się dłuższa, większa i głębsza niż rok spędzony samotnie. O, tak, każdą naszą minutę dokładnie pamiętam, mogłabym opowiadać godzinami, co wtedy czułam, co się stawało, co pachniało, co pohukiwało, który pies w której zagrodzie zaszczekał i w które miejsce łaskotały mnie źdźbła. Każda wspólnie spędzona minuta była malutką wiecznością, idealnym światem. Każda minuta spędzona osobno była jak wyrzucona w błoto, zepsuta i niewiele warta.

Teraz Sońka opowiada wszystko Igorowi/Ignacemu, a on myśli jak by to przełożyć na przestawienie teatralne. Dlatego czasem nie wiadomo już, kto mówi tak naprawdę: czy mówi Sonia, a mężczyzna jej słucha, czy może to Ignacy mówi ustami Sonii? Jej młodość jest tak odległa, że zdaje się baśnią. Może dlatego staruszka używa w odniesieniu do niej określenia „dawno, dawno temu”. Ta baśń jest słodko-gorzka, wypełniona chwilami szczęścia i chwilami grozy – dokładnie taka, jaka dobra baśń być powinna. Sonia opowiada. Ignacy słucha. Przedstawienie trwa. Anioł ma skrzydła z gęsich piór. Sonia. Wojna. Niemcy. Miłość. Śmierć, dużo śmierci. Dziecko. Szereg psów Borbusów. Teraz już nic. Kres życia.

Ta opowieść jest tak oszczędna w formie, a tak wielka w przekazie. Ignacy Karpowicz niesamowicie mnie zadziwił, bowiem to zupełnie inna książka niż jego poprzednie dzieła. Tamte były stylistycznie rozpasane, pięciusetstronicowe i głośne. Ta jest cicha, a równie ważne jak to, co zawiera się w linijkach jest to, co znajduje się poza. Puste kartki, krótkie zdania, jedno życie Sońki. Ta książka skończyła się za szybko, lecz w mej pamięci na pewno zostanie na długo. Posłuchajcie historii Sońki, bo warto.

Ocena: 6/6
©tanayah czyta
Sprawiedliwość to nie jest ludzkie słowo, czyli Sońka Ignacego Karpowicza

Sońka jest opowieścią liryczną, wielowątkową i wielowymiarową. Rozpięta pomiędzy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zdaje się przemawiać do czytelnika, angażować go i wreszcie pozwala na odegranie kluczowej roli, dzięki której Sońka staje się rzeczywista. W tej powieści nie chodzi o wiarygodność, ponieważ jest zbiorem pytań kluczowych dla egzystencji człowieka. Paraboliczność i symbolizm współpracują na rzecz dzieła głębokiego, pozostawiającego wiele dróg interpretacji.

Stara Sonia mieszkająca, gdzieś na "końcu niczego, w Królowym Stojle", jest kobietą prostą, niepiśmienną, zbliżającą się do kresu swoich dni. Opowiada swoje życie tak, jak potrafi i jak je zapamiętała, bez kłamstw, bez wielkich słów, zwyczajnie. A jest to historia traumatyczna, trudna do zaakceptowania, bolesna i okrutna.

Sonia żyła, bo tak łatwo było zginąć. Sonia karmiła, bo tak łatwo było głodować. Sonia czuła, bo tak łatwo było się znieczulić.

Starość - tak mogłoby się nazywać Królowe Stojle. Dom stary, obejście z zardzewiałym i pokrytym mchem ogrodzeniem, garnki dziurawe i pokryte sadzą, kredens, piec kaflowy, stół, krzesła i wysłużona cerata w kwiatki. Wszystko tutaj bowiem jest stare i nosi ciężar własnej historii. I nawet zwierzęta symbolizują ten bieg czasu, którego nie sposób zatrzymać. Suka Borbus Dwunasta, posiwiała i śmierdząca, ze swą odziedziczoną po poprzednikach obrożą. Kot Jozik, Pasterz Myszy, co dożywa właśnie swojego ostatniego, dziewiątego życia. Poczciwa, łaciata krasula o niewybrednym imieniu Mućka, która niczym "mennica państwowa" produkowała pieniądze, a te dawały skromne utrzymanie. Starość nagle okazuje się złożona z tych wszystkich rzeczy i zwierząt, z zaklętą opowieścią, z kłamstwem i prawdą. Wiele wydarzeń bowiem splata się w los człowieka, wynik zapisany jest właśnie w tym doganiającym go zmierzchu.

Miłość, natomiast, to chwila, którą można wydrzeć światu, chwila, kiedy to stajemy się sobą. Sukienka w niebieskie kwiatki, spojrzenie i oddech wydają się przedsionkiem do raju. Połączenie dwóch dusz, dwóch ciał i pieczęć, w którą zmieniają się w swoim zjednoczeniu.

To nieprawda, że zakochanym czas mija w okamgnieniu. Czas płynie inaczej, jednak nie przyspiesza. Oczy patrzą ciężko i uważnie. Powieki ciążą. Każda wspólnie spędzona minuta wydaje się dłuższa, większa i głębsza niż rok spędzony samotnie. O, tak, każdą naszą minutę dokładnie pamiętam, mogłabym opowiadać godzinami, co wtedy czułam, co się stawało, co pachniało, co pohukiwało, który pies w której zagrodzie zaszczekał i w które miejsce łaskotały mnie źdźbła. Każda wspólnie spędzona minuta była malutką wiecznością, idealnym światem. Każda minuta spędzona osobno była jak wyrzucona w błoto, zepsuta i niewiele warta.
Kochałam tak do końca, do granicy, za którą już tylko nic. Kochaliśmy się tak bardzo, że czas płynął tylko wtedy, gdy byliśmy razem. Jakbyśmy sami byli czasem. Poza nami czas nie istniał, nic a nic.

Igor/Ignacy to postać jeszcze bardziej złożona od tytułowej Soni. To on właśnie stanowi medium, bramę łączącą różne światy. Jedyny dotychczas znany dla niego świat konsumpcyjnych bestii, zanurzonych w mieć i bawić się, gdzie brakuje miejsca na katharsis, a człowiek zmienia się w piękną skorupę ziejącą pustką. Takie właśnie uniwersum buduje sobie człowiek współczesny, nachalnie zapatrzony w zniewalającą urokiem nicość. Ignacy niepostrzeżenie dla samego siebie wchodzi w ten drugi świat, nienaturalnie dlań zwykły i brzydki. Zmienia się, odnajduje w wewnętrznej pustce jakąś iskrę, która naznacza go dla tej historii i obarcza brzemieniem tych cudzych lat. Ostatecznie to on odczuwa konieczność pokazania opowieści Soni, przy jednoczesnym obnażeniu całego procesu przekuwania jej na emocjonujący spektakl. Przestają mieć tutaj znaczenie opinie krytyków, ważne okazuje się wzruszenie, które budzi w widzach. Mechanizm budowania emocjonalnego przedstawienia nie odbywa się wyłącznie wprost, ale zawiera się również w gestach, intonacji, grze świateł i scenografii. Dopiero złożenie tych wszystkich części w spójną całość może pozwolić na uzyskanie katharsis, swoistego uwolnienia z pętających nas okowów, wreszcie wypuszczenia intensywnych, stłumionych emocji. Świadkowie tej opowieści stają się jej elementem niezawodnie wchodząc w rolę Charona.

Jestem Igor, niczego tak naprawdę nie dokonałem, wszystko jest popiół, popiół jest wszystkim, jest wszędzie, w płucach i na nosie, pod powiekami i w ustach, drapie w gardle jak papierosowy dym, i tak już będzie do końca: starczy dmuchnąć w kupkę i nawet the endu nie będzie.

Sońka to również opowieść o wielorakiej śmierci. I można tutaj mówić o dosłowności samego procesu umierania, o drodze, którą człowiek przebywa ku ostateczności i krótkiej chwili, która tak słabo zaznacza się w czasie, a stanowi koniec tego czasu. Śmierć jest po prostu i czeka każdego.
Z drugiej zaś strony mamy przewodnika śmierci, niby mitologiczny Charon, mroczny Żniwiarz, który przychodzi i wysłuchuje ostatniej przemowy umierającego. Gwarantuje tym samym oczyszczenie i bynajmniej nie z grzechów, acz z życia, które przez lata gromadzi się na ramionach i przechyla człowieka ku ziemi wraz z wiekiem. Symbolicznym przewodnikiem stał się Ignacy, który poprzez odnalezienie cudzego życia, wysłuchanie tego niezwykłego epitafium, zostaje jego strażnikiem. To budzi go w jakiś niewyrażalny słowami sposób, jakby cudzy ciężar przyjął na swoje barki w zadośćuczynieniu samemu sobie, że własny wciąż porzucał. Co znaczące ten ciężar właśnie, ten worek z cementem, który przyjdzie mu nieść dalej, to oczyszczenie również dla niego, nadające znaczenie nic nie znaczącemu.

Karpowicz nie zamierza wskrzeszać historii, a zachęca do zaakceptowania jej. I choć przeszłość powinna być traktowana z szacunkiem to nie chodzi w tym o rozdrapywanie i ciągłe podnoszenie patosu. Należy się jej bowiem również spokój, ten moment, kiedy zostanie odprowadzona na spoczynek. Teraźniejszość i przyszłość nie mogą sycić się jedynie przeszłością, bo ona choć wydarła światu okruszki piękna i wielkości, to pozostanie tylko brzemieniem, z którego trudno się oczyścić. Co więcej w tej prostocie zachowania porządku świata, czyli pozostawienia dawnych dziejów im samym i skupienie obecnego dyskursu na tym, co jest lub będzie, zaznacza się również konieczność przejścia od ogólników do szczegółów. Jednostkowe potraktowanie historii sprawia, że okazuje się ona wyzuta wszelkiej chwały, że stanowi raczej drogę okrucieństw, gwałtów, agresji.

Ten świat jest obrzydliwy, a z rzadka zdarza się ktoś wspaniały. Ten świat mógłby opierać się na fotosyntezie, a opiera się na przelewaniu krwi. No i uczą nas na niebieskich kompletach. Muszą uczyć, bo okrucieństwa pojąć nie sposób. Uczą nas, że najwłaściwsza i jedyna religia to mizantropia przełamana empatią i współczuciem. Tylko tyle zostało po wyjściu poza fotosyntezę. Tylko tyle.

Uważam, że to właśnie stanowi kwintesencję nauki, którą możemy czerpać z tej powieści. Apel o pozostawienie historii w spokoju, o godne odprowadzenie jej ku śmierci, o oddaniu jej przeszłości i nie przywracaniu do życia, co nie oznacza, że mamy o niej zapomnieć. Jednak w pamięci również musi tkwić godność i prawda, a nie upiększone, upudrowane slogany. Życie natomiast to tęsknota do zwykłości, do codzienności prostej i lekkiej, bez wzniosłości, bez przemarszu wojsk i wielkich słów.

Historia jest zawsze przeciwko ludziom, a najbardziej - kobietom.

Rozpoczynając lekturę przygotujcie się na to, że nie będziecie tylko czytelnikami. Staniecie się widownią w teatrze, krytykiem i aktorem. I staniecie się prawdą, bo trudno ją pominąć, gdy wychodzi naprzeciw. I w końcu to Wy będziecie tym Aniołem Śmierci, symbolicznym Charonem, który dysponując tylko jedną możliwością, spełnia swoją powinność w sposób zaszczytny otwierając sobie drogę do wyzwolenia.

Wojna coraz rzadziej o nas zapominała. Kontyngenty, partyzanci, każdy czegoś chciał, a jak chciał, to i sobie brał. Przychodzili i zabierali, najpierw po dobroci, a później też po dobroci, tylko z wycelowaną bronią.

Elementy baśniowe w jakiś sposób podjudzają czytelnika, bowiem dość szybko zorientować się można, że siła tkwi w rozwiązaniach mało baśniowych, a przeszłość bywa głównie szkaradna. Nie sposób nie wspomnieć o warstwie językowej w tej powieści, gdzie liryzm poprzetykany został prozaizmami, gdzie występują ogromne kontrasty i niezwykłe połączenia, gdzie zwykłość została przepisana w coś wzniosłego. Autor dysponuje doskonałym wręcz warsztatem i dobiera każde słowo w sposób skrupulatny. W tej różnorodności światów, słów, symboli nie brak spójności.

Największą siłą tej powieści jest to, że pozwala nam myśleć, że jeszcze długo po zakończeniu lektury będziemy wracać do niej pamięcią. Wymowność zakończenia tkwi w żydowskiej modlitwie, Kadisz, która zamyka opowieść pozostawiając w pewien sposób otwartą. Mogłabym pisać o niej wciąż i wciąż, inaczej i podobnie, bo bogactwo tej niepozornej książki jest wielkie. Jednak wolałabym, żebyście sami zechcieli ją poznać i dali sobie szansę na oddanie się tej niezwykłej historii.

(...) bo przecież i jej nieraz przytrafiło się niezaplanowane, bo i ją nieraz porzucano, łamano, kopano, świat nie zmienia się ot tak, ot nagle, a nawet jeśli zmienia się ot tak i ot nagle, to na pewno przecież nie na lepsze.


Ocena: 6/6
©Rosa czyta
Życie jest sztuką? – Sońka

Ignacy Karpowicz urodził się w 1976 roku w Białymstoku. Studiował na MISH-u (Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne) na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie głównie zajmował się iberystyką i afrykanistyką. Jest tłumaczem z języka angielskiego, hiszpańskiego i amharskiego. W 2006 roku wydał swoją debiutancką powieść Niehalo, za którą został nominowany do Paszportów Polityki. Był czterokrotnym finalistą Literackiej Nagrody „Nike”. W 2010 zdobył Paszport Polityki dzięki powieści Balladyny i romanse. Do tej pory Karpowicz ma na swoim koncie siedem publikacji. Sońka, ostatnia jego książka, została wydana w 2014 roku.

Reżyser teatralny, Igor, przejeżdża akurat przez małą wieś gdzieś na kresach, kiedy psuje mu się samochód. W dodatku nie może złapać zasięgu, by wezwać pomoc. W ten sposób trafia do domu Sońki – staruszki, która przeżyła wojnę, przeżyła wielką miłość, przeżyła w ogóle, i która ma do opowiedzenia pewną historię. Chcąc nie chcąc, jej słuchaczem zostaje Igor. Opowieść od razu, w myślach, zamienia w sztukę teatralną.

Sońka jest dosyć niepozorna – to raczej cieniutka książka, w której i tak nie każda strona jest zapełniona i w której wrażenie minimalizmu potęguje również minimalistyczna okładka. Opis także niewiele mówi o treści. Jaka jest więc Sońka, o czym, dla kogo?

Staruszka opowiada historię swojego życia, w której główną rolę odgrywa wielka, lecz niestety zakazana miłość. Sońka powoli sunie przez meandry swojej pamięci, wspominając dzieciństwo, młodość, lata wojny i te późniejsze. Okazuje się, że życie Sońki częściej wypełniał ból, smutek i nienawiść, choć znalazł się też czas na radość i miłość. Sońka jawi się jako kobieta silna, której nie złamały wszelkie tragedie toczące się przez jej życie – choć nie raz było bardzo blisko. Przeszła przez prawdziwe piekło, gdy po tym, jak połączyło ją ogromne uczucie z esesmanem, z Joachimem, straciła szacunek wśród sąsiadów i bliskich. Długo żyła wśród hańby i poniżenia.

Igor natomiast to, co opowiada Sońka, od razu przekłada na język teatru – planuje sztukę, którą wkrótce wystawia. Nie przejmuje się jednak tym, by w dobry, godny sposób oddać historię Sońki. Dla Igora ważniejszy jest zachwyt widzów, dlatego nie wstydził się stosować kiczu czy najprostszych chwytów, aby zadowolić widza. I właśnie tutaj zaczyna się problem – choć można też uznać, że to zaleta. Bo Sońka w pewnym momencie się rozmywa. I już nie wiadomo, ile w niej opowieści staruszki, a ile zmodyfikowanej na potrzeby teatru historii, która ma tanimi sztuczkami oczarować publikę. Narracja poprzetykana jest uwagami reżyserskimi, przez które historia traci ciągłość, a odbiorca pewność, czy to, co czyta, to na pewno w stu procentach opowieść Sońki. Dodatkowo Karpowicz bawi się też konwencją gatunkową, upodabniając Sońkę w pewnym momencie do dramatu. Jest to zabieg ciekawy, ale jeśli nie jest się na niego przygotowanym, wprowadza niezły zamęt (ja na przykład w pewnym momencie myślałam, że te reżyserskie uwagi to przeoczony w korekcie książki tekst, pozostałość po redakcji). Mój odbiór Sońki został przez to zaburzony, ale zdaję sobie sprawę z tego, że tak miało być, że o to chodzi.

To, co na pewno zachwyca, to język. Jest w pewnym sensie inny – bardziej staranny, mniej współczesny (choć tam, gdzie trzeba, aż nazbyt współczesny), okraszony dodatkowo białoruskimi wtrąceniami, dość prosty, raczej nie kwiecisty, ale bardzo piękny w tej swojej prostocie i ujmujący. Tworzy niesamowity klimat. Dzięki niemu opowieść Sońki jeszcze bardziej wciąga i intryguje. Do tego narracja poprzetykana jest również takimi wtrąceniami jak komentarze kota czy psa. One wporwadzają do tej książki swego rodzaju mistycyzm, który świetnie komponuje się z Kresami i opowieścią leciwej kobiety.

Sońka to jedna z tych książek, która maksymalnie angażują czytelnika, wymagają od niego chwili uwagi i spokojnego przeczytania i która mimo małej objętości, jest dość wymowna i zostaje na dłużej. Nie powiem – nie zachwyciłam się bardzo, a pułapki zastawione na czytelnika w narracji bardziej mnie zmyliły, niż przypadły do gustu, jednak nie da się ukryć, że to kawałek dobrej, niesztampowej polskiej literatury. Jeśli macie na coś takiego ochotę, z całego serca polecam.

Ocena: 4+/6
©Bohater Fikcyjny
Komentarze dotyczące książki:
  • Awatar

    Ta książka mnie urzekła, zachwyciła, wstrząsnęła mną do głębi.
    Historia prostej, wiejskiej kobiety z Kresów tak skomplikowana i traumatyczna, że każda kolejna jej strona była jak uderzenie prawym sierpowym.

  • Awatar

    Najsubtelniejsza i w swej subtelności najlepsza książka Karpowicza! Istny mały- wielki literacki cud !
    A przy ty jaka zachwycająca okładka !!!

Warto zerknąć