Beksińscy. Portret podwójny

średnia ocena: 4.29 / 5.00
liczba ocen: 3608
cena od: 25.59
Powiadom o promocji
Otrzymasz e-mail,
kiedy cena spadnie poniżej np. 25.59 zł
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
Pozostałe księgarnie
25.59 zł
Opis:

"Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”. To nie jest książka o znanym i modnym malarzu, który malował dziwne i straszne obrazy. To nie jest książka o jego mrocznym synu, który fascynował się śmiercią i tak długo próbował popełnić samobójstwo, aż mu się udało. Ani też książka o obsesjach, natręctwach, fobiach i artystycznych szałach. Ani też o karierze, pieniądzach, wystawach i krytykach. To nie jest książka o dziwnych uczuciowych związkach, fascynacji muzyką i filmem oraz nowymi technologiami. To nawet nie jest książka o ludziach, którzy pisali dużo listów. To książka o miłości – o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że czasem bardzo chcemy, ale nie wychodzi. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie. "

CYTATY:
Gdy się z kimś przeżyje całe życie i jest zawsze razem, i dzieli każdą myślą i zamiarem, to nie sposób sobie wyobrazić, że ten ktoś odchodzi tak nagle i bez ostatniego słowa.
Żyjemy w dżungli. Nikomu nie wolno ufać. Do nikogo nie wolno się odwracać plecami, a już szczególnie do przyjaciół.
W którymś momencie człowiek potrzebuje żyć naprawdę, na poważnie, nie na niby. Intuicyjnie czułem, że nie tędy droga.
Wszystkie te chwile przepadną w czasie jak łzy w deszczu.
Owóż nade wszystko chyba nienawidzę chamstwa, i to chamstwa w znaczeniu: oglądania chama, obcowania z chamem, problemów chama, otoczenia chama i wreszcie chama samego jako takiego.
Idioci widzą tylko tyle, ile może dostrzec idiota - trudno im nawet mieć to za złe.
Nienawiść rani silniej tego, kto nienawidzi.
Recenzje blogerów
Co sprawia, że sięgamy po biografie? Chcemy dowiedzieć się szczegółów życia i bliżej poznać osoby znane i lubiane. Naszych idoli, mistrzów, autorytety. Lub celebrytów. A ile znajdziecie osób, których losy chcielibyście poznać dla nich samych? No właśnie. W tym momencie na scenę wkracza odpowiedź alternatywna. Bowiem ja po biografię sięgam z innego powodu. Nie dla osób w nich przedstawionych, a dla samego ich przedstawienia. Przedstawienia osób barwnych, skomplikowanych i prawdziwych. Ich psychiki. I z takim nastawieniem sięgnęłam po „Beksińskich”. Nie zawiodłam się.

„Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna.
Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”.

To nie jest książka o znanym i modnym malarzu, który malował dziwne i straszne obrazy. To nie jest książka o jego mrocznym synu, który fascynował się śmiercią i tak długo próbował popełnić samobójstwo, aż mu się udało. Ani też książka o obsesjach, natręctwach, fobiach i artystycznych szałach. Ani też o karierze, pieniądzach, wystawach i krytykach. To nie jest książka o dziwnych uczuciowych związkach, fascynacji muzyką i filmem oraz nowymi technologiami. To nawet nie jest książka o ludziach, którzy pisali dużo listów.

To książka o miłości – o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że czasem bardzo chcemy, ale nie wychodzi. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie.
źródło opisu: okładka

Zamęt w głowie szperaczy

„tom potem miał niezły ubaw, wypisując w listach rozmaite bzdury sprzeczne ze sobą, a nawet robiąc sobie w listach ze trzy biografie, każda inna (...) za swój święty obowiązek uważam wytworzenie zamętu w głowie szperaczy i przyczynkarzy do historii sztuki polskiej w drugiej połowie 20 w”.

Najpierw należałoby wspomnieć o ogromie pracy wykonanej przez autorkę. Powyższy cytat nie wydaje się przesadzony. Problem z pisaniem tej książki nie polegał z pewnością na konieczności dopowiadania prawdy na podstawie skąpych faktów. Tutaj, oprócz licznych wypowiedzi znajomych bohaterów, Magdalena Grzebałkowska musiała przedrzeć się przez tony listów, dzienników (zarówno tych tradycyjnych, jak i w wersji audio). I złożyć to "w kupę". Co się jak najbardziej udało, bo otrzymujemy bardzo spójną całość, a mnogość materiału pozwoliła na głęboką analizę i przekazanie dużej ilości detali składających się na fascynujący obraz bohaterów.

I choć cytaty stanowią znaczny ułamek objętości „Beksińskich”, to książka nie stanowi bynajmniej ich zlepku. Nie można mieć też wątpliwości co do tego, czemu bliższa jest publikacja: publicystyce czy literaturze. Autorka bawi się środkami artystycznymi, ale równocześnie nie gubi się w nich i w prosty sposób przekazuje informacje. To samo tyczy się podziału na rozdziały: wątki mieszają się ze sobą, opisy konkretnych wydarzeń przeplatają się z tymi dotyczącymi przyzwyczajeń bohaterów, ale wciąż zachowany zostaje porządek. Grzebałkowskiej udało się nawet budować napięcie - rozdziały wprowadzające do najbardziej dramatycznych wydarzeń przesiąknięte są aurą niepokoju. Szczególnie w rozdziałach introspektywnych Tomka.

Obsesyjni, skomplikowani, prawdziwi

„Kobiety do Beksińskich się nie zaliczają. Kobiety są przylepione”. Zofia Beksińska

„Będąc doktorem Jekyllem, wypluwał z siebie mister Hyde'a na obrazach”.

„Moja prymitywna teoria - Zdzisław wypluwał demony z siebie na obrazy. A Tomek nie. W nim to wszystko siedziało w środku”. Tadeusz Nyczek

Nie będę tutaj pisać o tym, jacy oni byli. Gdybym potrafiła "streścić ich" w kilku zdaniach, to świadczyłoby to źle o mnie, nich lub autorce. Ale nie mogę, więc nie było tematu. Mnogość detali z życia Beksińskich pozwala odmalować ich życiorysy oraz charaktery niezwykle szczegółowo. Autorka miała o tyle łatwo, że nie musiała nikogo odbrązawiać. Po prostu ukazała prawdę, nie gloryfikując nikogo, ale i nie demonizując. A zarówno Zdzisław, jak i Tomasz byli osobowościami niezwykle skomplikowanymi i z pewnością zafascynowałyby doktora Freuda. Obu można bez problemu pokochać, jak i znienawidzić. Grzebałkowskiej udaje się jednak uciec od ich oceny i zaserwować nam bardzo rzetelny ich obraz.

Chciałam przy okazji jeszcze nawiązać do kwestii drugiej biografii Tomka Beksińskich. Wiesław Weiss, autor „Portretu prawdziwego”, chciał walczyć z ponoć kłamliwym obrazem tegoż bohatera zamieszczonym w książce Grzebałkowskiej, którego ukazano w ponoć bardzo negatywnym świetle. Rozpoczynając lekturę „Portretu podwójnego”, miałam te zastrzeżenia na uwadze. I prawdę mówiąc nie rozumiem ich ani trochę. Owszem, ciężko uznać (ale jak pisałam: nikt tu nikogo nie każe oceniać) Tomka za postać pozytywną, ale, do Jasnej Anielki!, wszystko jest kontrowersyjne zachowania mają swoją poparcie w źródłach! W tym w dziennikach! Owszem, zawsze istnieje możliwość, że autor biografii coś nieświadomie przeinaczy, źle zrozumie intencje itd. Ale wobec całej tej sytuacji uważam podejście Weissa za odrobinę niezdrowe. I dlatego, nawet z ciekawości, po jego publikację nie sięgnę. I Wam też, pośrednio, odradzam.

A wracając do książki Magdaleny Grzebałkowskiej: to chyba najlepsza biografia, jaką czytałam w życiu. Rzetelna, pełna szczegółów i pochłaniająca niczym powieść. No i to Literatura. Polecam.

Ocena: 6/6
©Między sklejonymi kartkami
Zdzisław Beksiński. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz o nim usłyszałam, kto mi o nim powiedział. Rzeźbiarz, fotograf, rysownik, malarz, grafik komputerowy – artysta. Jego obrazy wywoływały we mnie dziwne uczucia, ciary, ukłucie niepokoju. Szkielety, potwory na pajęczych nóżkach, samotne postacie o wielkich oczach, ciemność, obcość, strach. Zawsze powtarzam, że ja się nie znam na sztuce, biorę ją na czuja – robi wrażenie, nie robi, to moje kryteria. Beksiński robił na mnie zawsze ogromne wrażenie.

No i ta książka. Grzebałkowska postanowiła opisać dwie nietuzinkowe postaci – ojca i syna. Nie było łatwo zrobić tego z wyczuciem, bowiem to rodzina naznaczona piętnem, zimnem i śmiercią. Łatwo wpaść w patetyczny ton, piać o starszym Beksińskim, że taki genialny, o młodszym mówić ze współczuciem, że taki biedny. Autorka tego nie robi.

Zdzisław Beksiński sprawia wrażenie chłodnego odludka. Nie przepada za ludzkimi spędami, zdecydowanie nie jest duszą towarzystwa. Wycofany, ma tylko kilkoro lepszych znajomych, no i ją – żonę Zofię. Widać, że bardzo ją kochał, ale też jego miłość była specyficzna, trochę bowiem Zosię wykorzystywał i choć to widział, nie umiał tego zmienić. On był Mistrzem, ona z radością mu służyła. Tak codziennie, przy sprzątaniu, zmywaniu naczyń, gotowaniu obiadów, do czego Beksiński nie miał głowy, ale też artystycznie – pozwoliła się rozebrać do naga i splątać sznurem, by mąż zrobił jej zdjęcia. Była, wspierała. Po jej śmierci Zdzisław Beksiński nie może się pozbierać.

„Beksińscy. Portret podwójny” pokazuje drogę, jaką nieznany Zdzisek przeszedł, by stać się uznanym artystą. A nie była to droga łatwa: w ich domu panowała bieda, wciąż brakowało pieniędzy na materiały – płyty pilśniowe, na których malował, pędzle, farby. Nie było też wystarczająco dużo miejsca na tworzenie dzieł w rozmiarach, o jakich marzył Beksiński. Potem, gdy nadeszły pierwsze małe sukcesy, Zdzisław Beksiński nie chciał wyjść ze swej samotni. Nie przychodził na wernisaże jego prac, nie podróżował poza rodzinny Sanok. Zwierzał się znajomym w listach, że gdy wyjeżdża z domu, ma ze stresu okropne kłopoty żołądkowe. A listów pisał Zdzisław wiele… I to tak długie, że wielu adresatów czuło wyrzuty sumienia, że nie potrafi odpisać równie obszernie.

Dziecko? Pojawiło się jakoś tak obok, bez wielkiej chęci. Ot, rodzina naciskała. Na świat przyszedł Tomek Beksiński. Nie, nie był ponurym dzieckiem, choć na pewno był chłopcem dość dziwnym. Pewnie sporo można tu zrzucić na karb wychowania, które w dzisiejszych czasach nazwalibyśmy „bezstresowym”. Zbigniew nie bił syna, ale też go nie przytulił. Małe dzieci go brzydziły. Zosia pozwalała Tomeczkowi na wszystko. Mały chłopiec biegał po domu, zaglądał we wszystkie kąty, obserwował ojca przy pracy, oglądał filmy nieodpowiednie do jego wieku, naśladował ojca, chadzał na westerny, przeklinał, miał bujną wyobraźnię, był samotnikiem. Nie umiał bawić się z innymi, w dorosłym życiu miał problem z dialogiem – chciał mówić, być w centrum uwagi, pragnął, by to jego słuchano. Był niedowartościowany. Fascynował się śmiercią, ukochał horrory, należał do stowarzyszenia miłośników wampirów. Miał pięć prób samobójczych. Ostatnia była udana. Mówi się, że ojciec czuł, że już nie powinien go ratować. Nie wiadomo jaka była prawda. Zdzisław Beksiński kochał syna, ale miał problem z okazywaniem uczuć.

Dwie mroczne persony, dwa ciemne światy, osobne, zamknięte, niezrozumiane. Jednak nie tylko czarne tony przebijają z tej książki, są tu chwile radości i śmiechu, jak w każdym prawdziwym życiu. Posłuchajcie:

Zdzisław Beksiński kilka lat później napisze o przyjacielu:
"Był tu przez kilka dni Jurek Lewczyński i jestem trochę wykończony. Bo Jurek ma usposobienie, które zawsze (jak go lubię) wyprowadzało mnie po godzinie z równowagi (…) Wiedząc, że w Sanoku nie chcę zwracać na siebie uwagi, ryczał na całe gardło co dwie minuty: Zdzichu, gdzie jest afisz twojej wystawy (…) lub gdy szły przed nami cztery dzierlatki, które być może znam, a które znają mnie na pewno (…) to zaczynał przenikliwym szeptem słyszalnym w Zagórzu: Zdzichu, Zdzichu, jakie tutaj dziewczyny, jakie mają małe piersi etc. (…) Tak więc gdy w Brzozowie (…) zauważył pomnik wdzięczności dla Armii Czerwonej i zawołał: Zdzichu, klęknij, a zrobię ci zdjęcie, ruszyłem w stronę pomnika, wtedy on zaczął ryczeć szeptem w panice: zostaw, zostaw, bo może być jakiś milicjant i będzie skandal, o, to już nie wytrzymałem, podbiegłem do pomnika, uklękłem jak święty Stanisław Kostka adorujący hostię, po czym biłem pokłony, a Jurek pryskał w bok z miną „ja z tym panem nie byłem”. Uzyskałem pełną satysfakcję. Chociaż raz."

Grzebałkowska napisała świetny, stonowany reportaż i udało jej się nie popaść w przesadę. A popaść nie było trudno, bowiem historia rodziny Beksińskich była dość wyrazista i smutna. Reporterka opisała ją do końca. Najpierw zmarła Zofia. Potem Tomaszowi wreszcie udało się popełnić samobójstwo. Ostatni był Zbigniew – zabito go nożem… Można by sądzić nieomal, że zawisła nad nimi jakaś klątwa, a jednak Grzebałkowska nie dała się ponieść łatwym emocjom. Opisała wszystko z szacunkiem i wyczuciem. Musicie to przeczytać.

Ocena: 5/6
©tanayah czyta
Komentarze dotyczące oferty:
  • Awatar

    Świetna. Na każdej stronie wręcz widać dokładność autorki, jej zaangażowanie i kolosalną pracę.

  • Awatar

    Bardzo bałam się tej książki. Do czytania podchodziłam z rezerwą. Obawiałam się okrucieństwa i bezduszności w stosunku do własnego dziecka, która mogłaby być widoczna.
    Niepotrzebnie - książkę czyta sie lekko, nie jest to monolog, zawiera m.in rozmowy Zdzisława Beksińskiego zapisane w jego dzienniku.
    Mimo, że książkę czyta się lekko, jest nawet trochę humorystyczna, to obraz całości nie jest już taki pozytywny...Każdy z nas jest zlepkiem dobra i zła, trochę humoru, troche płaczu. Postacie obu bohaterów książki na pewno są barwne.
    Polecam.

  • Awatar

    Świetnie napisana książka. Przede wszystkim o ojcu i synu i ich dość skomplikowanej relacji. W tle bardzo ważna postać jaką była matka i żona. Do tego trochę PRL-owskich absurdów. Cała historia, z życia wzięta, nie jest zbyt pogodna, ale wbrew pozorom można się uśmiechnąć podczas lektury. I to nie raz.

  • Awatar

    Jestem zafascynowana malarstwem Beksińskiego, a przekłady jego syna Tomasza, zwłaszcza Latający Cyrk Monty Pythona, to majstersztyk najwyższej próby. Geniusze, obaj. Może dlatego byli tak nieszczęśliwi. Kilkukrotnie rozbawiły mnie do łez listy rozeźlonego Zdzisława, jest generalnie w tej książce kilka momentów wesołych, jednak całość to raczej smutna, refleksyjna lektura. Ale zdecydowanie warto. Polecam.

  • Awatar

    Smutna, ale fascynujaca lektura. Nie trzeba byc wielbicielem Beksinskich, zeby przeczytac ja z zaciekawieniem. Polecam.

  • Awatar

    Od lat nie czytałam tak rewelacyjnej pracy o Beksińskich. Kiedyś co prawda przeszła mi przez ręce jakaś praca magisterska, ale to nic w porównaniu do tej publikacji, która nie tylko kompletnie mną zawładnęła, to jeszcze ukazała najciemniejsze zakamarki usposobienia Beksów. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, bez znaczenia czy historyków, miłośników sztuki Zdzisława czy fanów Tomka. Każdy tu znajdzie jakiś smaczek, który go olśni i wzbogaci.

Inne proponowane
Warto zerknąć