ebook Ulisses
3.74 / 5.00 (liczba ocen: 85221)

Ulisses
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Wydawca:  Wydawnictwo Znak
Kategoria:  /
E-book - najniższa cena: 27.89
wciąż za drogo?
42.90 zł
42.90 zł Lub 38.61 zł
27.89 zł
42.90 zł
Inne proponowane

"Gdy Ulisses mimo przeszkód wreszcie ukazał się drukiem w 1922 roku, okrzyknięto go dziełem nieudanym, nieprzyzwoitym, niemoralnym itd. Uchodził za powieść, której porządny człowiek nie powinien nawet brać do ręki. Dziś, prawie sto lat później, jest powszechnie uważany za arcydzieło, którego nie wypada nie znać. O czym jest Ulisses? Można odpowiedzieć na dwa sposoby: o zwyczajnym dniu Stefana Dedalusa i Leopolda Blooma w Dublinie na początku XX wieku – albo: o wszystkim. Okazuje się bowiem, że zwykły dzień zwykłego człowieka – który chodzi, je, rozmawia czy załatwia różne sprawy, ale też myśli, czuje, wspomina i marzy – to miniatura całego ludzkiego doświadczenia. Czym jeszcze jest Ulisses? Jak napisał w posłowiu tłumacz Maciej Słomczyński, jest to „zapoczątkowanie nowego rodzaju sztuki i doprowadzenie go do doskonałości na przestrzeni jednego dzieła”."

Ulisses od James Joyce możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Człowiek genialny nie popełnia żadnych omyłek. Jego błędy są dobrowolne i stają się wrotami odkryć.
Człowiek mógłby żyć samotnie przez całe życie. Tak, mógłby. Ale chociaż sam mógłby wykopać swój własny grób, musi mieć kogoś, kto go pochowa.
Ulis­ses Joyce’a aż kipi od wspa­nia­łe­go humo­ru języ­ko­we­go, genial­nej sty­li­za­cji i nie zawsze dys­kret­nej ero­ty­ki. Co z tego, że nie rozu­mia­łem wszyst­kie­go? To samo doty­czy­ło wie­lu nud­niej­szych i bar­dziej drę­twych ksią­żek.

Póź­niej mia­łem jakieś nie­śmia­łe pró­by powro­tu, ale jakoś nie umia­łem sobie zapla­no­wać cza­su na tak obszer­ny i wyma­ga­ją­cy tekst, któ­ry i tak już mia­łem odha­czo­ny na liście lek­tur. No i nie poma­gał mi w tym mój (star­szy o jakieś dwie deka­dy) przy­ja­ciel, któ­ry powie­dział mi tak: Piotr, daj sobie spo­kój. Czy­ta­łem Ulis­sesa sie­dem razy i powiem Ci jed­no — żeby go zro­zu­mieć, musisz mieć przy­naj­mniej 40 lat, musisz być żona­ty i musisz być alko­ho­li­kiem. Teraz speł­niam te warun­ki poło­wicz­nie. Mam tyl­ko 36 lat, jestem żona­ty (szczę­śli­wie, w prze­ci­wień­stwie do Blo­oma) i mam raczej ure­gu­lo­wa­ny sto­su­nek do alko­ho­lu. No to mam wystar­cza­ją­ce kom­pe­ten­cje do czy­ta­nia tej książ­ki czy nie?

Dru­ga lek­tu­ra Ulis­sesa po 15 latach oka­za­ła się dokład­nie takim doświad­cze­niem, jakie­go się spo­dzie­wa­łem — inten­syw­nie przy­jem­nym. Sty­li­za­cje języ­ko­we Joyce’a ude­rza­ją do gło­wy jak bąbel­ki przy czwar­tym i pią­tym Guin­nes­sie, for­mal­ny roz­mach tej mon­stru­al­nej książ­ki przy­po­mi­na wizy­tę w jakimś muzeum sztu­ki, w któ­rym śre­dnio­wiecz­ne pasje sąsia­du­ją z Hop­pe­rem, a na przy­staw­kę dosta­je­my świń­skie pio­sen­ki. Coś pięk­ne­go! Moje ulu­bio­ne frag­men­ty to epi­zod dwu­na­sty, w któ­rym Blo­om wda­je się w dys­ku­sję świa­to­po­glą­do­wą z nacjo­na­li­stą zwa­nym Oby­wa­te­lem, epi­zod trzy­na­sty, w któ­rym boha­ter mastur­bu­je się nad brze­giem morza (a Ger­ty Mac­Do­well myśli, że to stru­dzo­ny, szla­chet­ny wędro­wiec, któ­re­mu mogła­by dać uko­je­nie jej bez­in­te­re­sow­na miłość) i epi­zod sie­dem­na­sty, w któ­rym Blo­om ze Ste­fa­nem Deda­lu­sem piją kakao i dys­ku­tu­ją o wszyst­kim, a któ­ry jest napi­sa­ny w for­mie pytań i odpo­wie­dzi. Ale powiedz­my sobie szcze­rze — gdy­by z każ­de­go z 18 epi­zo­dów zro­bić osob­ną książ­kę, to uzbie­ra­ła­by się z nich genial­na półecz­ka.

Wyda­je mi się, że czy­ta­nie Ulis­sesa nigdy nie było tak uła­twio­ne jak dziś. Pew­nie, że aby prze­czy­tać z peł­nym zro­zu­mie­niem tę książ­kę, trze­ba by mieć wie­dzę na temat histo­rii XIX-wiecznej Irlan­dii (i nie tyl­ko), gigan­tycz­ny bagaż kul­tu­ro­wy i nie­sa­mo­wi­tą pamięć do nazwisk. Moż­na też ślę­czeć nad tek­stem Ulis­sesa z ency­klo­pe­dią, by odszy­fro­wy­wać kolej­ne poję­cia, nazwy wła­sne oraz alu­zje. Tyl­ko po co? Za to teraz mamy Wiki­pe­dię w tele­fo­nie, Google Maps uła­twia­ją­cy odtwo­rze­nie wędrów­ki Blo­oma po Dubli­nie i Twit­te­ra, któ­rym moż­na szyb­ciut­ko puścić w świat jakiś bon mot. Mało tego, jacyś obłą­ka­ni ludzie wysy­ła­ją krót­kie frag­men­ci­ki dzieł Joyce’a (rów­nież Fin­ne­gans Wake!) wła­śnie Twit­te­rem, po angiel­sku. Moż­na się poczuć jak zawia­ny Blo­om z pół­przy­tom­nym Ste­fa­nem Deda­lu­sem, gdy się poczy­ta takie frag­men­ty sto­jąc z papie­ro­sem przed knaj­pą.

Ja czy­ta­łem Ulis­sesa w Kindle’u, zazna­cza­jąc sobie co cie­kaw­sze frag­men­ty (Kin­dle auto­ma­tycz­nie eks­por­tu­je je do pli­ku tek­sto­we­go, moż­na póź­niej je sobie wygod­nie kopio­wać i wkle­jać gdzie tyl­ko się chce), robiąc same­mu sobie notat­ki (prze­waż­nie typu: ale świ­nia z tego Blo­oma). Nabo­kov nie miał tak dobrze.

Ale to jesz­cze nie wszyst­ko. Co bar­dziej sma­ko­wi­te kawał­ki porów­ny­wa­łem sobie z tek­stem ory­gi­nal­nym, też na Kindle’u. A jak się czy­ta po angiel­sku, to moż­na sobie spraw­dzać słów­ka w kin­dlo­wym słow­ni­ku. No i Kin­dle łączy się z Wiki­pe­dią, nie trze­ba nawet komór­ki z kie­sze­ni wycią­gać. Jak dla mnie — ide­al­nie.

Nabo­kov pew­nie prze­wra­ca się w gro­bie, ale ja sobie takie non­sza­lanc­kie podej­ście do tego tek­stu bar­dzo chwa­lę. Jestem prze­ko­na­ny, że Joy­ce nie miał­by nic prze­ciw­ko. Po to nakom­pli­ko­wał, żeby zada­wać mu pyta­nia. Bez kom­plek­sów, za to nie­ko­niecz­nie na trzeź­wo.

Oczy­wi­ście, że bra­ku­je mi porząd­ne­go wyda­nia kry­tycz­ne­go Ulis­sesa. Maciej Słom­czyń­ski miał w pla­nie wyda­nie obszer­nych mate­ria­łów, któ­re mia­ły­by sta­no­wić ten bra­ku­ją­cy komen­tarz do dzie­ła Joyce’a — ale nie zdą­żył. Szko­da. Z bra­ku wyda­nia z przy­pi­sa­mi (chy­ba nie­miec­ka edy­cja Ulis­sesa jest w takie opa­trzo­na, ale gło­wy nie dam sobie obciąć, prze­glą­da­łem ją wie­ki temu) trze­ba sobie radzić po swo­je­mu. Jak śpie­wał Mick Jag­ger - you can’t always get what you want. Albo jak mówi­ła sta­ra mat­ka Gro­gan — kie­dy se leję her­ba­tę, to se leję her­ba­tę, a kie­dy leję co insze, to leję co insze.

No wła­śnie, o tym, co się w Ulis­se­sie leje do róż­nych naczyń, a z nich do gar­dła, napi­sa­no już całe tomy. Ale Guiness to nie wszyst­ko. Joyce’a cha­rak­te­ry­zu­je spe­cy­ficz­ny fety­szyzm przed­mio­tu, a kil­ka naj­waż­niej­szych rekwi­zy­tów (np. roz­gnie­cio­ne mydło w kie­sze­ni Blo­oma, suszą­ce się poń­czo­chy Mol­ly, ner­ka w zatłusz­czo­nym papie­rze, któ­rą Blo­om sma­ży Mol­ly na śnia­da­nie) wra­ca w tek­ście jak refren. W Ulis­se­sie sma­że­nie podro­bów ura­sta do ran­gi jakie­goś epi­fa­nicz­ne­go doświad­cze­nia, jak robie­nie jajecz­ni­cy na Atom Heart Mother Floy­dów. Aż szko­da, że Blo­om tę ner­kę przy­pa­lił.

Może to jakiś pomysł na uczcze­nie kolej­ne­go Blo­oms­day? Bo Guines­sa to każ­dy potra­fi wypić, a zjeść nerecz­kę z patel­ni na śnia­da­nie to już spo­re wyzwa­nie.

Ocena: 6/6
©Literatura sautée
Komentarze dotyczące książki:
Warto zerknąć