Morfina
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Kategoria: /
średnia ocena: 3.75 / 5.00
liczba ocen: 4657
Ilość stron (szacowana): 923
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
29.90 zł
21.00 zł
23.92 zł
24.52 zł
26.37 zł
Pozostałe księgarnie
-41% 14.95 zł
23.87 zł
23.88 zł
23.99 zł
24.52 zł
24.82 zł
26.91 zł
26.91 zł
27.00 zł
27.81 zł
29.90 zł
29.90 zł
29.90 zł
Opis:

Szalona, transowa i odważna historia jak ze stron powieści Witkacego i Gombrowicza! Nad miastem Konstantego panują Niemcy, a nad jego myślami – morfina. Czy dzień wyzwolenia nadejdzie?

Bóg? Honor? Ojczyzna?
Morfina!
Konstanty Willemann, warszawiak, syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki, niewiele robi sobie z patriotycznych haseł i tradycji uświęconej krwią bohaterskich żołnierzy. Jest cynikiem, łajdakiem i bon vivantem. Niewiernym mężem i złym ojcem.
Konstanty niechętnie bierze udział w kampanii wrześniowej, a po jej klęsce również wbrew sobie zostaje członkiem tajnej organizacji. Nie chce być Polakiem, nie chce być Niemcem. Pragnie jedynie zdobyć kolejną buteleczkę morfiny i żyć swoim dawnym życiem bywalca i kobieciarza.
Przed historią jednak uciec się nie da.
Szczepan Twardoch w „Morfinie” osiągnął rzecz rzadką w polskiej prozie – wykreował antybohatera, którego nie sposób nie lubić. Młody pisarz tak jak najwięksi – Witkacy, Gombrowicz, Littell – celnie ukazuje słabego, rozdartego człowieka wplątanego w wielką historię.

CYTATY:
A jednak obiecujemy według naszych nadziei, a dotrzymujemy według naszych obaw.
Dlaczego niektórzy mają od zawsze wszystko, a inni nie mają niczego? Najgłupsze z pytań! Gdyby wszyscy mieli po równo, wtedy dopiero należałoby pytać: dlaczego, dlaczego....
Na tym polegało bycie ułanem: pić, ale się nie upić. Chlać, ale nie rzygać. Dupczyć, ale się nie żenić. Bić się, ale nie przegrywać. Umierać, ale wygrywać.
Recenzje blogerów
Odkąd odkryłam, mając naście lat, że na świecie jest tyle interesujących książek, których jeszcze nie czytałam, rzadko wracam do znanych już lektur, nawet ukochanych. Jednak nadchodzi taki moment, gdy kac książkowy gryzie i rwie, nic nie zachwyca, nic nie jest takie jak trzeba, porzucam książki po stu stronach, nie mogąc się wciągnąć, złorzeczę, na czym świat stoi i wtedy… Wtedy ratunkiem jest coś, co kiedyś zachwyciło. Ratunkiem jest Morfina Szczepana Twardocha.

Jest 1939 rok, zaczyna się wojna, która później zostanie nazwana drugą wojną światową – lecz na razie po prostu zaczęły się bitwy. Są pierwsze dni okupacji niemieckiej, zło się dopiero rozwija. Konstanty Willemann, syn niemieckiego arystokraty i śląskiej (spolszczonej) mieszczki chce robić to, co dotąd – wygodnie żyć, chodzić na dziwki, siedzieć w knajpach z artystami, upijać się, zażywać morfinę, jeździć autem kupionym za pieniądze matki. Jednak upomina się o niego historia. Należy opowiedzieć się po czyjejś stronie. A Willemann (jakże prześmiewcze jest to nazwisko! Znaczy to człowiek woli, a mało jest tak bezwolnych ludzi jak Kostek) najbardziej lubi iść z prądem rozkazów, nie musieć podejmować samodzielnie decyzji, scalać się z jakąś ideą, tak jak wcześniej, gdy walczył:

Widziałem wtedy siebie nie jako oficera, patriotę, gotowego położyć głowę za ojczyznę, lecz postrzegałem siebie, jakbym patrzył na liść niesiony prądem rzeki. Było to rozkosznym: nie myśleć za siebie i rzecz nie w tym, że podlegałem rozkazowi. Rzecz w tym raczej, że niosła mnie historia, byłem jej cząstką, molekułą wody w strumieniu, który nagle przewalił się przez skalny próg i zwala się w dół.

Kostek Willemann nie podejmuje decyzji, nie postanawia, jemu po prostu dzieją się rzeczy, coś się wydarza, ktoś go spotyka i mówi mu, co ma robić. Przez długie lata jest to matka, którą postrzega jako groźną, wszystko o nim wiedzącą, rozciągającą nad nim opiekuńcze skrzydła orlicę, tę, która daje mu pieniądze, tę, która go ukształtowała, ponieważ Willemann szybko stracił ojca. Ojciec Baldur, wróciwszy z wojny okaleczonym, z blizną zamiast twarzy i z dziurą zamiast przyrodzenia, zniknął z ich życia, gdy Konstanty był małym chłopcem.

(…) rzecz toczy się sama, jak wszystko w twoim życiu, pchane nie twoją wolą, tylko wewnętrzną grawitacją każdej społecznej sytuacji, w jakiej się znajdziesz, a której przeciwstawić się nie umiesz, bo musiałbyś być mężczyzną, a kim jesteś, mierzwo ludzka?

A więc matka. A więc żona Hela, po części, jego piękna, higieniczna żona, a więc Salome, jego piękna, rozwiązła dziwka. A potem pojawia się Stefan Witkowski i wciąga Willemanna do tajnej organizacji i każe mu udawać Niemca, by w przebraniu, pod fałszywą tożsamością, przemieszczał się po kraju i za granicą oraz przewoził tajne i ważne informacje. A Kostek nie chce, bo co go obchodzi Polska, co go obchodzą Niemcy i walki, i spory, jego obchodzi tylko buteleczka z płynnym szczęściem, jego przynosząca ulgę morfina, obchodzą go białe uda dziwki Salome i kochana Hela w domu Wedla, w domu z czekolady, i syn Jureczek, to śmieszne, małe stworzonko, które Konstanty tak niewiele rozumie.

Kim jest Konstanty Willemann? Stara się nie zapomnieć, że jest Polakiem w przebraniu, „nie zapomnieć, nie zapomnieć, kim naprawdę jestem, na Boga, przecież Niemca udaję od kilkunastu godzin, a już boję się, że zapomnę, kim jestem (…)”. Konstanty Willemann jest nikim, jest pustym ciałem, na które można nakładać kolejne mundury, tożsamości, idee, narodowości, „jest na wpół człowiekiem, a na wpół pustką, a kiedy patrzy się na niego, to bardziej go nie ma, niż jest”. Choć sam mówi o sobie tak:

Kim jestem? Chciałem powiedzieć: jestem Kostek WIllemann, dżentelmen, utracjusz, dziwkarz i narkoman. Nigdy nie brakowało mi pieniędzy. Lubię zadawać się z artystami i pisarzami. Lubiłem. Lubię kobiety. Studiowałem trochę polonistykę, żeby zapomnieć, że z krwi jestem Niemcem, ale mnie polonistyka nie obchodziła, studiów nie ukończyłem, trochę rysuję, uczyłem się zaocznie u najlepszych profesorów ASP, matka płaciła, ale to też mnie niezbyt obchodzi, tak naprawdę. Chciałem zająć się fotografią, fotografować nagie kurwy w wyuzdanych pozach, ale wojna przyszła, zanim kupiłem sobie aparat. (…) Lubię morfinę, zmrożoną wódkę i szampana, kokainą nie pogardzę, lubię wykwintne jedzenie, lubię tańczyć w Adrii albo Paradisie z kobietami, które poznaję wieczorem i żegnam rano. Lubiłem. Lubię pójść z nimi do łóżka, ale najbardziej lubię to, że mi ulegają, bardziej zależy mi na tym, aby mię uwielbiały, niż na samym ich ciele.


Bo Konstanty potrzebuje kobiet, by potwierdziły, że jest. Jest mężczyzną, coś znaczy – on się określa poprzez kobiety. A na końcu poznaje bardzo ważną, zupełnie odmienną kobietę – Dzidzię Rochacewicz. Dzidzię, której nie rozumie, Dzidzię, której nie potrafi uwieść, Dzidzię, która robi z nim coś, robi z niego wolnego człowieka, mężczyznę, który musi i chce sam decydować o sobie. Dzidzia daje mu siłę. Uwalnia go spod władzy szarej przyjaciółki, która idzie za Willemannem prawie całe jego życie, karmi się jego bezwolą i bezradnością, kieruje jego życiem. Czym jest? Losem, śmiercią, wiecznym duchem, diabłem stróżem, morfiną? Jest tą, której obecność się wyczuwa za plecami, mimo tego, że gdy się człowiek obróci, nikogo tam nie ma.

Morfina Szczepana Twardocha to rzecz o człowieku uwikłanym w historię. Życie głównego bohatera przypomina to z greckiej tragedii: nie ma on wpływu na to, co się stanie, poddaje się bezwolnie nurtowi życia i czegokolwiek by nie przedsięwziął, jego los jest już przypieczętowany i zmierza do nieuchronnego końca. Nie mogę powiedzieć, bym lubiła Kostka, ale jest mi go tak bardzo żal. Żal tego życia, które zmiażdżyły wojenne tryby, nawet tego nie zauważając. Sama nie wiem, jak zakończyć ten tekst i czy udało mi się oddać w nim to, że Morfina to wielka powieść, więc na koniec to podkreślę: jest wielka.

Ocena: 6/6
©tanayah czyta
Komentarze dotyczące oferty:
  • Awatar

    Cóż mogę powiedzieć, jestem rozczarowany...
    Spodziewałem się świetnej fabuły osadzonej w realiach II wojny światowej, z ciekawą postacią i mocnymi i ciężkimi rozważaniami nad wieloma problemami. Niestety ale ta pozycja to tylko i wyłącznie składająca się z onirycznych majaków i lekko ruszonych problemów społecznych i egzystencjalnych. Na początku historia wydawała się fajna, nawet ten trzeci podmiot liryczny i narkotykowe wizje i rozważania miały coś w sobie, natomiast po przeczytaniu 400 stron, gdzie każdy rozdział składa się z trzech zdań powtarzanych w kółko w różnych kolejnościach, co nic nie wnosi do historii, życia bohatera czy życia czytelnika uważam, że lektura jest rozczarowująca i przykro mi to powiedzieć jest stratą czasu.

    PS. To tylko moja opinia, z która każdy ma prawo się nie zgodzić.
    Pozdrawiam

  • Awatar

    Moim zdaniem jedna z najlepszych polskich powieści ostatnich lat. Mocna, deliryczna, męska. Totalnie, ale to bardzo polecam.

  • Awatar

    Szczepan Twardoch napisał niesamowitą książkę, której punktem centralnym uczynił poszukiwanie tożsamości. Zaskakujący bohater i klimat wojny, ale opisany w sposób niebanalny.

  • Awatar

    Intrygująca twarz spoglądająca z okładki i szum medialny związany z nagrodzeniem „Morfiny” Szczepana Twardocha Paszportem Polityki w 2012 roku spowodowały, że postanowiłem zabrać się za tę lekturę. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, nie przypuszczałem jednak, że kłody rzucone pod moje nogi przez autora, okażą się nie do przebycia. Od razu, na samym początku zauważyłem, że nie jestem w stanie przyzwyczaić się i przyswoić stylu autora. Wydawało mi się, że to wszystko, co może być w tej lekturze najgorszego, zebrało się na samym początku i zaatakowało moje czytelnicze zmysły. Nie mogłem poradzić sobie z tym bełkotem, kupą wulgaryzmów, które inni czytelnicy, czy nawet sami krytycy literaccy, odpowiedzialni za przyznanie tej pozycji prestiżowej nagrody, nazwali soczystym językiem.
    Bardzo rzadko mi się zdarza, że nie jestem w stanie kontynuować rozpoczętej lektury, ale w tym przypadku przegrałem szybko z moim czytelniczym sumieniem. Choć podpowiadało ono, że może jednak w końcu będzie lepiej, to doszedłem do wniosku, że opisy narkotycznych stanów, pijackich kaców nie należą do zjawisk, którymi chciałbym się zachwycać i o nich dużo czytać. Rzuciłem tę książkę w kąt i zapomniałem na wszelki wypadek, w który. Odetchnąłem wtedy z ulgą, bo po jaką cholerę ma mnie kusić, żeby znowu do niej w przyszłości zajrzeć i ponownie się rozczarować, albo co gorsze rozmyślać, czy jestem w stanie pojąć, co autor miał na myśli? Nie mam na to najmniejszej ochoty.

  • Awatar

    Zachęcony wieloma reklamami i zachwytami sięgnąłem po książkę i z trudem dobrnąłem do końca. Temat i bohater są dość ciekawi i rzadko spotykani w naszej literaturze wojennej. Losy pół-Polaków we wrześniu 1939 nie cieszyły się dotychczas zain­tere­sowa­niem­ naszych autorów, a przecież chodzi o losy całkiem sporej grupy ludzi żyjących w międzywojennej Polsce. Wielu ich było na Śląsku i Pomorzu, w Poznaniu i na kresach. Pół-Niemców, pół-Ukraińców, pół-Białorusinów, pół-Rosjan. Żyli w Polsce mniej lub bardziej spokojnie i nagle we wrześniu musieli wybrać czy są Polakami czy nie, czy są patriotami czy zdrajcami. I każdy taki wybór był trudny i każdy był zły. Przed takim wyborem stoi też bohater tej książki i nie może się zdecydować jak żyć. Najchętniej żyłby sobie dalej z żoną i synem, odwiedzając czasem kochankę dla rozrywki i na działkę tytułowej morfiny. Sam nie potrafi podjąć decyzji więc podejmują ją za niego inni.
    Tyle na temat fabuły, która naprawdę jest ciekawa i warta zainteresowania. Problemem jest niestety narracja. Nieliniowa, często wybiegająca w przeszłość i przyszłość postaci drugo i trze­ciop­lano­wych­. Narracja prowadzona jednocześnie przez dwie postacie. Narracja prowadzona jako potok myśli. Powoduje to, że czytanie jest strasznie męczące i nie daje przyjemności poznawania losów Kostka. W jednej z recenzji czytałem o wartkiej akcji, pościgach i romansach. Przepraszam, ale jej autor chyba inna książkę czytał. Jedynie romansów trochę.
    Podsumowując książka jest ciekawa, ale wymaga wiele wysiłku by ją przeczytać, a tego nie lubię

  • Awatar

    Kobiety, narkotyki, alkohol i dobra zabawa były do tej pory dla Konstantego głównym sensem życia. Wraz z okupacją Warszawy w 1939 roku rzeczywistość przestała sprzyjać imprezowiczom i wymusiła zastanowienie się nad dalszym życiem. Co ma jednak zrobić ktoś, kto do końca nie wie, czy jest Polakiem, Niemcem, a może Ślązakiem? Co więcej, nie chce żadnym z nich być?

    Duże wrażenie robią historyczne detale opisane w książce; ile kosztowała czekolada, jak się ubierano, co było w gazecie, jak wyglądały ulice, a nawet jak się włączało światła w samochodzie z tamtego czasu. Na początku może dezorientować zastosowany wspólny strumień świadomości kilku osób, jednak wraz z kolejnymi rozdziałami można się przyzwyczaić do opisów typu: "Idę. Idzie. Idziemy".

    W skrócie: powieść o poszukiwaniu tożsamości przez totalnego antybohatera. Paszport Polityki 2012. Bardzo dobra; mocne 7/10.

Inne proponowane
Warto zerknąć