Amerykańscy bogowie
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 4.09 / 5.00
liczba ocen: 297994
Powiadom o promocji
Otrzymasz e-mail,
kiedy cena spadnie poniżej np. 14.92 zł
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
-49% 16.60 zł
26.10 zł
27.18 zł
33.15 zł
Pozostałe księgarnie
14.92 zł
33.15 zł
23.21 zł
26.55 zł
26.72 zł
27.51 zł
29.84 zł
33.15 zł
Opis:

Niepokojąca, wciągająca i bardzo osobliwa powieść Neila Gaimana, w której autor wyrusza w podróż w poszukiwaniu duszy Ameryki. Doceniona zarówno przez czytelników, jak i krytyków literackich.

Po trzech latach spędzonych w więzieniu Cień ma wyjść na wolność. Ale w miarę jak do końca odsiadki pozostają tygodnie, godziny, minuty, sekundy, czuje narastający niepokój. Na dwa dni przed zakończeniem wyroku jego żona Laura ginie w wypadku samochodowym, w tajemniczych okolicznościach – wszystko wskazuje na zdradę małżeńską. Oszołomiony Cień wraca do domu, w którym czeka na niego Pan Wednesday, uchodźca wojenny, były bóg i król Ameryki. Razem wyruszają oni w niesamowitą podróż przez Stany Zjednoczone, rozwiązują zagadkę morderstw, które co zimę są dokonywane w małym amerykańskim miasteczku. Jednak podąża za nimi ktoś, z kim Cień musi zawrzeć pokój...
„Amerykańscy bogowie” to coś więcej niż historia miłosna. Jest bowiem opowieścią o współczesnym świecie, o przemijaniu wartości, konflikcie pomiędzy tym, co nowe, a tradycjami, które powstawały przez wieki. Opowiada o pasji, miłości, nienawiści i śmierci, o codziennych problemach i rozterkach trapiących ludzi na początku nowego tysiąclecia.

CYTATY:
Nie zawsze pamiętamy rzeczy, które nie przynoszą nam chwały. Usprawiedliwiamy je, opatulamy w pogodne kłamstwa lub grubą warstwą niepamięci.
Trzech ludzi może zachować sekret, pod warunkiem, że dwóch z nich nie żyje.
Jeśli potrafisz udawać szczerość, możesz dokonać wszystkiego.
To pewne, jak to, że woda jest mokra, dni długie, a przyjaciel zawsze w końcu cię zawiedzie.
Recenzje blogerów
Neil Gaiman to autor, którego wciąż poznaję. Amerykańscy bogowie to piąta jego książka, którą przeczytałam, a mimo to dalej czuję się jakbym dopiero zaczynała z nim przygodę. Pierwszy raz zetknęłam się z czymś takim i mam spory problem ze skondensowaniem moich myśli. Latają gdzieś swobodnie i nie mają zamiaru dać się zamknąć w sztywnych ramach. Gaiman ma to do siebie, że nie da się go po prostu opisać, ująć w słowa. Gdyby ktoś kazał mi nagrać filmik o tej powieści... Wyrzuciłabym ją przez okno.

Cień spędził w więzieniu trzy lata. Właśnie zbliża się dzień, kiedy ma opuścić raz na zawsze jego mury. Im bliżej wyjścia tym większy niepokój odczuwa mężczyzna. Dwa dni przed dniem zero zostaje poinformowany, że wychodzi szybciej. Informacja, którą wtedy otrzymuje, sprawia, że grunt usuwa mu się spod nóg, jednak Cień ma w sobie sporą dawkę samokontroli, która pomaga mu zebrać się w sobie i opuścić mury więzienia. W drodze do domu spotyka pana Wednesdaya, który z góry oferuje mu bardzo dobrze płatną pracę. I nie płaci mu za zadawanie pytań...

Kiedy zaczynałam czytać Amerykańskich bogów nie wiedziałam o tej książce nic. Nigdy nie czytam opisów z tylnej okładki i unikam jak ognia jakichkolwiek informacji o fabule. Cieszę się, że mogłam zacząć lekturę z czystą kartą i dobrze Wam radzę - podejdźcie do sprawy tak samo jak ja i darujcie sobie opis wydawnictwa. Wtedy poczujecie się zaskoczeni milion razy więcej, niż gdybyście nie posłuchali mojej rady. Siedziałam sobie spokojnie w poczekalni do okulisty i nagle moje serce zostało złamane na tysiące kawałków już na pierwszych stronach. Nie mogłam się po tym pozbierać, a owa informacja jest bezczelnie podana z tyłu Amerykańskich bogów. Zapamiętajcie moje ostrzeżenia. Po pierwsze: Gaimana czyta się nic o Gaimanie nie wiedząc. A po drugie: nie zaczynajcie tej książki w poczekalni do lekarza.

- W dzisiejszych czasach zbyt wiele się gada. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko w tym kraju układałoby się znacznie lepiej, gdyby ludzie nauczyli się cierpieć w milczeniu.

Cień od razu podbił moje serce. Jest to jeden z tych bohaterów, których po prostu nie da się nie lubić. Jeśli dodamy to tego jeszcze fakt, że poznajemy go w więzieniu - a każdy z moich ukochanych przyjaciół trochę przesiedział - sprawił, że pokochałam go i Amerykańskich bogów z góry. Jego opanowanie, zimna krew i podejście do sytuacji, w której się znalazł, to coś naprawdę niesamowitego. Kiedy czytałam o jego losach czułam do niego wyłącznie sympatię. Wątpię, czy byłby zadowolony ze współczucia. Cień to po prostu Cień. Życie go nie rozpieszcza, on się jednak nie poddaje i wytrwale prze do przodu. Jego wytrwałość sprawiła, że i ja przez chwilę poczułam się silniejsza.

Bohaterów w Amerykańskich bogach jest bardzo dużo i podziwiam Gaimana za ich kreacje. Nawet jeśli ktoś pojawia się tylko na chwilę to i tak pozostaje w pamięci. Autor nie zdradza nam wszystkiego z ich przeszłości, a w pewnym momencie łatwo zgubić się w tym, kto jest dobry, a kto zły i czy w ogóle którakolwiek ze stron ma rację. Nie każda postać wywołuje pozytywne emocje, a - chociaż minęło już kilka dni odkąd przeczytałam Amerykańskich bogów - dotąd mi niedobrze, jak myślę o Wednesdayu. Nieczęsto autorom udaje się wywołać we mnie tak mocne uczucia, kiedy chodzi o postaci, jednak Gaiman tym razem przeszedł samego siebie i pokazał, jak doskonale zna się na ludziach. Wszyscy bohaterowie są tak realistyczni, że obawiam się, że wpadnę na jakiegoś z nich na mieście, a będzie to akurat ten nieprzychylnie nastawiony do świata.

Literaturze nie można ufać. Na co komu książki, jeśli nie mogą obronić przed czymś takim?

Czytałam i czytałam Amerykańskich bogów. Mimo objętości nie spodziewałam się, że tak dużo czasu zajmie mi lektura. Jest to jedna z tych książek, w której czas naprawdę nie ma znaczenia. Powinno się ją czytać ze spokojem, nigdzie się nie spiesząc. Spędziłam z Cieniem prawie dwa tygodnie i zżyłam się z nim przez to niesamowicie mocno. Czasami wydawało mi się, że się nic nie dzieje, a wszystko rozgrywa się bardzo powoli. Dopiero w momencie, gdy przeczytałam ostatnią stronę doceniłam tempo powieści i każdą chwilę z nią spędzoną. Mimo to jestem pewna, że nie wrócę do niej przez najbliższe lata. Muszę przemyśleć każde wydarzenie z osobna i zrozumieć.

Gdyby ktoś mi powiedział, że po jakiejś książce Gaimana będę tak skołowana nie uwierzyłabym. Czytałam już co nieco z jego twórczości i myślałam, że wiem, czego mam się spodziewać. Nie da się jednak ukryć, że Amerykańscy bogowie to dużo cięższy kaliber niż Koralina czy Księga cmentarna. Tutaj pojawia się historia tak przemyślana, że ciężko uwierzyć, że powstała wyłącznie w wyobraźni Gaimana. Spotykałam się już z tak dobrze skonstruowanymi powieściami i zawsze okazywały się one być ponadczasowe i na długo zostawały mi w pamięci. Jeśli ktoś zaczął swoją przygodę z tym autorem od tej pozycji to jest mi bardzo przykro. Nie jestem pewna, że jakaś z jego pozostałych ją przebije. Ale przede mną jeszcze takie perełki jak Chłopaki Anansiego oraz Mitologia nordycka, więc - jak pokazali mi Amerykańscy bogowie - wszystko może się jeszcze wydarzyć.

Ocena: 5+/6

©Papierowe Miasta
To nie jest kraj dla bogów

Do Amerykańskich bogów wracam po latach, zdopingowany emisją nieźle zapowiadającego się serialu. Jest to najdłuższa powieść Neila Gaiman, określana w recenzjach jego najważniejszym dziełem. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, muszę najpierw przeczytać lub powtórzyć inne jego książki. Jedno jest jednak pewne – powieść jest świetna, wciągająca, wielowątkowa, napisana prosto i bez skomplikowanych formalnych fajerwerków. Domaga się tylko zwracania uwagi na szczegóły podczas czytania, ponieważ Gaiman potrafi czasami zostawić w treści pewne zakamuflowane drogowskazy, mówiące o tym jak rozumieć dalsze wydarzenia.

Bezimienny bohater nazywany Cieniem, po trzech latach odsiadki w stanowym więzieniu dowiaduje się, że wyjdzie szybciej. Jego ukochana żona Laura zginęła wraz z jego najlepszym przyjacielem w wypadku samochodowym. Zdruzgotany Cień, którego w dobrej formie psychicznej trzymała tylko myśl o wspólnym życiu z żoną po wyjściu z więzienia, musi szybko wziąć się w garść, zamknąć przeszłość i ułożyć sobie przyszłość. W trakcie podróży do domu spotyka tajemniczego mężczyznę, który proponuje mu pracę szofera i ochroniarza. Cień przyjmuje propozycję (bo czy ma coś lepszego teraz do roboty?) i wplątuje się w wydarzenia, które przerastają jego najśmielsze wyobrażenia i poddają w wątpliwość jego zdrowy rozsądek. Nowy przełożony Cienia, każący się nazywać Panem Wednesday, szuka starych, zapomnianych już istot (bogów, bogiń, demonów, duchów, skrzatów), w które wierzyli ludzie przybywający na przestrzeni dziejów do Ameryki. Próbuje poderwać ich do walki z nowymi bóstwami nowoczesnego świata, jakimi są spersonifikowany internet, telekomunikacja, telewizja, pieniądz, reklama i komercja. Dosłownie.

Okazuje się bowiem, że zarówno starzy jak i nowi „bogowie” (cudzysłów zamierzony, o czym później) żyją między ludźmi. Jest leprechaun z irlandzkich legend, niemiecki kobold, Eostre, czyli anglosaska bogini wiosny, Thoth i Anubis z Egiptu, arabski dżinn, indyjska Kali, haitański Baron Samedi, królowa Saby i wielu innych (nie wymieniam tych najważniejszych dla fabuły, aby nie spojlerować). Amerykanie w nich już nie wierzą, zapomnieli o legendach swoich przodków. I tak powstali „nowi bogowie” pod postacią mediów, internetu, czy globalizacji. Gaimanowska Ameryka to nie jest kraj dla starych bogów. Wydawać by się mogło, że podobnie jak u Cormaca McCarthy’ego mamy do czynienia ze smutnym widokiem zmierzchu starych, dobrych wartości na rzecz pustej i wiecznie zmiennej rzeczywistości McŚwiata. Tylko, że to nie do końca jest tak. Bo Ameryka to nie jest kraj dla żadnych bogów.

Neil Gaiman zadaje w powieści kilkakrotnie te same pytania. Pytania, na które odpowiedzi są zupełnie oczywiste. Kim są tak naprawdę amerykańscy bogowie? Czy to oni stworzyli ludzkość, czy może sami zostali przez nią stworzeni? Zanim zajmiemy się tymi pytaniami, zadajmy sobie inne: Czym jest Ameryka? Jaką funkcję pełniła ona od zarania dziejów, od czasów, kiedy pierwszy homo sapiens przekroczył Cieśninę Beringa i postawił stopę na terenie dzisiejszej Alaski? Niezależnie od tego czy przybyszami byli praprzodkowie Indian, prehistoryczni Ajnowie, Wikingowie, hiszpańscy konkwistadorzy, szesnastowieczni Purytanie, afrykańscy niewolnicy, europejscy dziewiętnastowieczni koloniści, współcześni nielegalni imigranci z Meksyku – Ameryka była zawsze krainą potencjału. Była to szansa na nowy start, odcięcie od korzeni, nieograniczona paleta możliwości. Może wydać się to paradoksalne, ale Ameryka była tym nawet dla afrykańskich niewolników – Gaiman mówi o tym w rozdziale wspominającym powstanie Haiti. Jedni wykorzystali swoje szanse, inni je przegapili, jeszcze inni nie poradzili sobie z Nowym. Jednak każdego człowieka, zawsze i wszędzie napędzała wiara w to że może się udać. Ludzie zawsze w coś wierzą, tacy już są.

Wiara u Gaimana ma moc sprawczą. Wiara urealnia bogów, pozwala im chodzić między ludźmi. To my ich stworzyliśmy. Zatem nie są tak naprawdę Bogami lecz „bogami”, naszym zbiorowym wyobrażeniem o absolucie, krążącym memem, psychologicznym wirusem. Gaiman pisze o tym, że gdy przybysze odkryli potencjał amerykańskiej ziemi, symbolizowany przez tajemniczą postać olbrzymiego bawołu, uwierzyli przede wszystkim w samych siebie i w to, że stworzą sobie nowe życia w nowym świecie. Przywiezieni przez nich „bogowie”, funkcjonujący w „Starym Świecie” jako duchowa ostoja ale i bicz na społeczeństwo, siłą rzeczy tracą swoją bytową podstawę, blakną i rozpływają się w powietrzu. Wednesday mówi Cieniowi o tym, że Stany Zjednoczone to kraj bez duszy. Nikt nie jest Amerykaninem z pochodzenia. USA to jedyny kraj na świecie, który martwi się o to czym jest. Inne kraje po prostu wiedzą czym są, nie trzeba szukać serca Norwegii lub duszy Mozambiku. W Ameryce nie chodzi już o to czym bogowie są lub nie są. Chodzi o to za kogo uważają ich ludzie. I tak są wymyśleni, więc ważni. Najważniejsze dla ludzi są wymyślone rzeczy, to wokół ludzkich wyobrażeń kręci się cywilizacja. Ludzie wierzą, przywołują byty do istnienia a potem nie ufają swoim tworom. Zaludniają ciemność duchami, demonami, legendami, Świętymi Mikołajami, Elvisami, elektronami, wirtualnymi pieniędzmi, etykietami na paczkach z żywnością, Walmartami a potem to porzucają.

W Gaimanowskiej Ameryce widać to najlepiej. Żadna religia się tu nie zakorzeni, żadna nie przetrwa. Starzy bogowie to symbol ojczystych krajów, umierające wspomnienie tego „jak to kiedyś w domu było”, które musi umrzeć, skapitulować przed potencją Nowego Świata. A nowi bogowie będą kiedyś starymi, koło kręci się nieprzerwanie. Jedyną wieczną religią w Ameryce, jest kult amerykańskiej ziemi, bizon ryczący do Cienia: „Uwierz!”. Dopóki ludzie wierzą, świat się będzie kręcił, pamiętać trzeba jednak o tym, że to w człowieka i jego możliwości należy wierzyć przede wszystkim. Droga głównego bohatera, nie bez powodu nazwanego „Cieniem”, jest drogą ku uświadomieniu sobie tej prawdy. Drogą ku wierze w samego siebie i swój własny potencjał. Spotkana przez Cienia autostopowiczka mówi tak:

Wierzę w rzeczy prawdziwe i w rzeczy nieprawdziwe. Wierzę też w rzeczy, których prawdziwości nikt nie potrafi określić. Wierzę w Świętego Mikołaja, zajączka wielkanocnego, Marilyn Monroe, Beatlesów, Elvisa i pana Eda. Posłuchaj, wierzę, że ludzie mogą osiągnąć doskonałość, że wiedza jest nieskończona, światem kieruje tajny kartel bankierów i że regularnie odwiedzają nas obcy przybysze: mili, wyglądający jak pomarszczone lemury, i źli, raniący bydło, pragnący naszej wody i naszych kobiet. Wierzę, że w przyszłości może być tylko gorzej i... że może być lepiej. I wierzę, że pewnego dnia powróci do nas biała kobieta-bawół i skopie wszystkim tyłki. Wierzę, że mężczyźni to wyrośnięci chłopcy, nie potrafiący się porozumieć, i że upadek seksu w Ameryce wiąże się z bankructwami kin dla zmotoryzowanych. Wierzę, że wszyscy politycy to bezwzględni kłamcy, ale i tak lepsze to niż alternatywa. Wierzę, że pewnego dnia Kalifornia zatonie w morzu, a Florydą zawładnie szaleństwo, aligatory i odpadki toksyczne. Wierzę, że mydło antybakteryjne niszczy naszą odporność na brud i choroby i pewnego dnia wszystkich nas zaatakuje zwykłe przeziębienie, jak Marsjan w “Wojnie światów”. Wierzę, że największymi poetami zeszłego wieku byli Edith Sitwell i Don Marquis. Wierzę, że jaspis to wysuszona smocza sperma i że tysiące lat temu w poprzednim życiu byłam jednoręką syberyjską szamanką. Wierzę, że ludzkość zmierza do gwiazd. Wierzę, że cukierki naprawdę smakują lepiej w dzieciństwie. Wierzę, że prawa aerodynamiki nie pozwalają trzmielowi latać, że światło to jednocześnie fala i cząsteczka, że gdzieś w pudełku siedzi kot jednocześnie żywy i martwy (choć jeśli nie otworzą pudełka i nie nakarmią go, w końcu będzie martwy na dwa różne sposoby) i że we wszechświecie można znaleźć gwiazdy starsze o miliardy lat od samego wszechświata. Wierzę w mojego osobistego boga, który o mnie dba; martwi się i pilnuje wszystkiego, co robię. Wierzę w boginię uniwersalną, która stworzyła wszechświat, a potem odeszła zabawiać się ze swoimi dziewczynami i nie wie nawet, że żyje. Wierzę w pusty, pozbawiony Boga wszechświat, którym kieruje chaos, szum i ślepe szczęście. Wierzę, że każdy, kto twierdzi, iż przeceniamy znaczenie seksu, po prostu nigdy porządnie się nie kochał, a ci, którzy twierdzą, że wiedzą, co się dzieje, kłamią, choćby w drobnych sprawach. Wierzę w absolutną szczerość i małe kłamstewka. Wierzę w prawo kobiety do wyboru, prawo dziecka do życia i w to, że choć ludzkie życie jest rzeczą świętą, nie ma nic złego w karze śmierci, o ile można zaufać bez reszty wymiarowi sprawiedliwości. Wierzę też, że jedynie kretyn mógłby zaufać wymiarowi sprawiedliwości. Wierzę, że życie to gra, okrutny żart, to co dzieje się, gdy żyjemy, toteż równie dobrze możemy się nim cieszyć.

Niesamowity monolog, całkowicie oddający ideę ludzkiej wiary i jej nierozerwalność z naszą naturą. Może nieco przydługi ale nie mogłem się powstrzymać.

Powieść Gaimana jest znakomita, warta każdej spędzonej nad nią minuty. Rozbuchany scenograficznie i estetycznie serial również nie zawodzi, choć książce nie dorównuje. Twórcy odeszli nieco od fabuły i poczynają sobie z nią dość swobodnie. Nie jest to jednak najważniejsze, ponieważ serial zachował ducha powieści. Ostatni odcinek kończy się w takim momencie, że da się zrobić jeszcze ze dwa sezony – mam nadzieję, że serial utrzyma wspomnianego ducha do samego końca.

Ocena: 5+/6
©Niekoniecznie jasno pisane
Komentarze dotyczące oferty:
  • Awatar

    Zaczyna się interesująco. Potem też jest ciekawie, choć akcja nieco zwalnia. Na końcu nie można oderwać się od lektury. A finałowe rozwiązania niektórych wątków mocno zaskakują.
    Nie jest to co prawda arcydzieło, ale warto przeczytać.

  • Awatar

    Powieść wciąga czytelnika ,tak że nie można się od niej oderwać.

  • Awatar

    Jedna z najważniejszych powieści Gaimana. Poniekąd od tego momentu zaczęło się zainteresowanie wrzucaniem mitologii do współczesnego świata. Cień - któy oczywiście jest wybrańcem - spotyka różnych bogów w najmniej spodziewanych miejscach.
    Podróż drogi przez Amerykę.

  • Awatar

    Gaiman tworzy prozę mającą co "coś" co wciąga czytelnika na dobre. I to nie tylko niesamowita wyobraźnia i zmysł obserwacji ludzkich zachowań (a także boskich), ale też umiejętność ubrania tego wszystkiego w słowa w taki sposób, że oderwać się nie można. A tutaj przedstawił ciekawe podejście do bogów, duchów, upiorów i wszystkiego innego do czego modlili się ludzie. Świetna rzecz do przeczytania gdy ma się chwilę czasu. Inaczej lepiej nie zaczynać, bo zawali się inne sprawy.

  • Awatar

    Gaiman zasadniczo nie pisze złych książek... chociaż ta jest moim zdaniem słabsza niż Nigdziebądź czy Koralina. Ale jak zawsze odrobina humoru, trochę napięcia i sporo klimatu.

  • Awatar

    świetna i wciągająca! polecam!

Inne proponowane
Warto zerknąć