ebook Zbieranie kości
3.93 / 5.00 (liczba ocen: 39655)

Zbieranie kości
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

Kategoria:  /
E-book - najniższa cena: 20.11
Audiobook - najniższa cena: 25.94
20.11 zł Lub 18.10 zł
35.90 złpremium: 21.54 zł Lub 21.54 zł
28.72 zł Lub 25.85 zł
35.90 zł
35.90 zł 10 zł na konto
21.54 zł
25.71 zł
26.85 zł
30.52 zł
30.87 zł
32.50 zł
35.90 zł
35.90 zł
35.90 zł
Inne proponowane

Najsłynniejsza powieść autorki bestsellerowego „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” i zarazem pierwszej pisarki, która dwukrotnie otrzymała prestiżową National Book Award.

Nad Zatoką Meksykańską formuje się huragan, który już wkrótce zagrozi życiu setek tysięcy ludzi. W przybrzeżnym miasteczku Bois Sauvage w stanie Missisipi 14-letnia Esch i jej trzej bracia próbują zebrać zapasy jedzenia, na próżno szukając przy tym pomocy u ojca alkoholika, którego nigdy nie ma w pobliżu. W młodej dziewczynie narasta strach, zwłaszcza gdy dowiaduje się, że zaszła w ciążę. Dwanaście dni, podczas których rozgrywa się akcja powieści, stanowi bolesną próbę spojrzenia na samotność oraz brutalną codzienność, która w obliczu huraganu Katrina pokazuje nam swoje najbrudniejsze barwy.

Zbieranie kości od Jesmyn Ward możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook) lub słuchać w formie audiobooka (mp3).
Lektura powieści Zbieranie kości zaprawiona była nutą smutku, cały czas bowiem miałam w tyle głowy myśl, że to jedna z ostatnich książek przetłumaczonych przez wybitnego tłumacza Jędrzeja Polaka. Niedocenianie tłumaczy to temat na osobny wpis, są jednak tacy, którym udało się wyrobić markę: to chociażby Iwona Zimnicka, Robert Sudół czy Jędrzej Polak właśnie. Będzie mi brakowało jego pięknych językowo przekładów. Sama książka natomiast jest pierwszą powieścią Ward rozgrywającą się w miasteczku Bois Sauvage w stanie Missisipi – część drugą, Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, polski czytelnik miał okazję poznać w 2019 roku.

W tym przybrzeżnym miasteczku żyje czternastoletnia Esch i jej trzej bracia. Teoretycznie zajmuje się nimi ich ojciec (matka zmarła, wydając na świat ostatnie dziecko, Juniora), ale praktycznie tatko głównie żłopie piwo, ogląda telewizję i próbuje (bezskutecznie) tchnąć życie w złom, który zalega na podwórku przed domem. Ot, typowa biedota. Gdy nad Zatoką Meksykańską formuje się huragan, który świat pozna jako bezwzględną Katrinę, dzieciaki próbują zebrać zapasy jedzenia i zabezpieczyć dom przed żywiołem. Obserwujemy zmagania rodzeństwa z perspektywy nastolatki Esch, która przez dwanaście dni przed uderzeniem Katriny opowiada nam o wszystkim, co widzi. W Esch narasta strach, czuje bowiem, że nadciągający huragan będzie najsilniejszym z tych, które widziała w swym krótkim życiu. Czy rodzina zdoła się przed nim uchronić w lichym domku? Czy zabite byle jak kawałkami desek okna wytrzymają napór wiatru? Dziewczyna ma złe przeczucia, a boi się tym bardziej, że odpowiada za jeszcze jedno życie – to, które w sobie nosi.

Zwierzęta czmychają przed nami w cienistych leśnych jarach. W plamach słońca świergoczą ptaki. Zgarbiony Skeet przecina las. Idąc, pochyla się, wpatruje się w ziemię. Hałasuję za nim, szuram stopami po ściółce. Unoszę wysoko kolana, staram się lekko stawiać stopy, ale nie mogę złapać równowagi. To, co będzie dzieckiem, zachowuje się w moim brzuchu jak wypełniony wodą balon, który zaraz pęknie. Ten sekret sprawia, że nie czuję się swobodnie.

Brak nadziei – to dwa pierwsze słowa, które nasuwają mi się, gdy myślę o Zbieraniu kości. Ten stan jest tu wszechogarniający: nie chodzi bowiem tylko o nadciągający huragan. Nie ma ratunku dla pijącego ojca, dla jego dzieci żyjących w biedzie, biegających po lesie, by upolować jakąś biedną wiewiórkę, którą będą mogli zjeść, wykradających leki dla psa od białoskórych sąsiadów; nie ma nadziei dla Esch i jej dziecka. Od początku wiemy, że tym bohaterom nic się nie uda i beznadzieja oblepia nas jak błoto. Z tego powodu książkę czyta się trudno, wszystko jest tu wychudzone i brudne mimo starań, nawet wychuchana przez Skeeta suka China, która bierze udział w walkach psów. Nawet jej lśniąca, biała sierść lśni tylko chwilę, zanim ubrudzi się ziemią i krwią.

Trudno mi się było w tę powieść wgryźć, bo stawia opór, ale warto ten opór przełamać. Jesmyn Ward ma bowiem niezwykły dar klarownego pisania o rzeczach trudnych, od których inni chętnie odwracają wzrok. Społeczne wykluczenie, krąg najbiedniejszych wśród biednych (białoskóra ludność Bois Sauvage również jest biedna, ale nie tak biedna jak ciemnoskóra), przekreślone marzenia o lepszym życiu, zmarnowane mądrości i talenty. Widać to choćby u narratorki Esch, która z zapałem czyta mitologię i utożsamia się z Medeą, żoną Jazona. Tak jest również z Randallem, który miałby szansę w sporcie, ale życie mu jej nie daje. Katrina zmiata nawet salę, w której rozgrywał z innymi mecze:

Stoimy grupką i gapimy się na ruiny, a potem odchodzę o krok, i wszyscy odchodzimy, a Randall jako ostatni, bo ogląda się bez przerwy na salę gimnastyczną, która tutaj stała, ale już jej nie ma. Kable elektryczne wiją się po zarzuconej szlamem drodze niczym grube, leniwe węże: przeskakujemy przez nie.

Czym jest tytułowe zbieranie kości: składaniem do kupy dziedzictwa, a może zbieraniem szczątek po huraganie? Może szukaniem punktów wspólnych, jakiejś bliskości między ludźmi, może ma miejsce wtedy, gdy Esch wczepia się w plecy Skeeta, szukając pocieszenia i mu je dając równocześnie? Może jest jak przebłysk, jak mgnienie, a może jak niszczycielski wiatr i woda, nie wiadomo.

Dlaczego warto tę powieść przeczytać? Z pewnością dla pięknego języka, w którym naturalizm miesza się niespodziewanie z liryzmem. Styl Ward jest mocny i wyrazisty, świetnie pasuje do świata, o którym opowiada. Autorka portretuje swoich bohaterów bez litości, pokazując wszystkie ich słabości i skazy, ale dzięki temu są bardziej prawdziwi, a my możemy im współczuć. Ciemne chmury wzbierają tu metaforycznie, jak i całkiem dosłownie, a huragan dudni i niszczy wszystko nie tylko na zewnątrz, ale i w sercu Esch. Muszę przyznać, że Zbieranie kości nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie: może to kwestia tego, że powieść jest o kilka lat młodsza, a przez to nie tak dopracowana jak tamta. Nie zmienia to faktu, że to bolesna, ale dobra lektura. Nie pozwoli Wam pozostać obojętnymi.

Ocena: 5-/6
©tanayah czyta
Obawiałam się powieści Jesmyn Ward. Dlaczego? Miałam ogromne oczekiwania w stosunku do jej poprzedniej, bestsellerowej Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie. Czas spędzony z jej lekturą nie był zły, ale mając tak dużą nadzieję na niezapomnianą lekturę, lekko się rozczarowałam. Z drżącym sercem podeszłam do Zbierania kości i … Mili państwo, ta powieść jest kapitalna! Porwała mnie od samego początku i trzymała swoją szczęką do końca, nie wypuszczając ani na chwilę.

W przybrzeżnym miasteczku w stanie Missisipi, mieszka pięcioosobowa rodzina. Czternastoletnia Esch, jej dwóch starszych braci i jeden młodszy, próbują jakoś żyć. Ich rzeczywistość pokrywa całun brudu i szarości, ponieważ ze strony ojca uzależnionego od alkoholu nie mają wsparcia. Starsi bracia rozwijają swoje małe pasje zdefiniowane przez środowisko, w którym żyją, i myślą o wielkich, jak na ich możliwości, marzeniach. Pragnienie Esch jest bardzo przyziemne, ludzkie. To potrzeba bliskości, akceptacji i miłości. Droga, którą wybierze, wtłoczy ją w koleiny niepewności i strachu.

Rodzinie, jak i ludności miasteczka, zagraża formujący się nad Zatoką Meksykańską huragan. Katrina obnaży wszystkie nadciągnięcia, słabe konstrukcje, jak i największe sekrety, brudy oraz brutalną rzeczywistość. W jej obliczu każdy będzie malutki i słaby jak zapałka łamiąca się pod niewielkim naporem.

Powieść Jesmyn Ward jest bardzo niepokojąca. Nie ma w niej miejsca na komfort. To nie jest gładka i przyjemna historia, a wprost przeciwnie. Szorstka, brudna, ostra, momentami ropiejąca. Nad fabułą cały czas unosi się napięcie i niepewność jutra. Autorka w taki sposób ją zbudowała, że miałam poczucie obserwowania rozwoju akcji z lotu ptaka, a tylko momentami mogłam być ich bezpośrednim świadkiem. W tych chwilach byłam bardzo blisko wydarzeń i niemal na własnej skórze mogłam poczuć emocje targające bohaterami.

Bardzo lubię powieści, które trzymają mnie w swoich szponach. To są powieści, które szarpią bebechami, wywracając je do góry nogami. Momentami chciałoby się nawet dać im upust, dosłownie wyrzucić je z siebie.

Jesmyn Ward wspaniale odmalowała mizerne życie rodziny, a zwłaszcza dzieci, które nie mają rodzicielskiego wsparcia. Ich przyszłość nie jawi się w jasnych barwach, zaś w obliczu niszczycielskiego żywiołu rozpada się jak domek z kart. Zebrać i uzdrowić pogruchotaną psychikę będzie niezmiernie trudno.

Niezwykle podoba mi się stworzony klimat, kreacja bohaterów oraz środowiska i miejsca, w którym przyszło im żyć. Jako miłośniczka psów miałam wewnętrzny opór przed niektórymi scenami i myślę, że dla niektórych czytelników mogą być one bolesne. Jednak uważam, że warto dać się porwać tej historii, pomimo tego, że przywiera jak błoto i wnika w każdy por skóry. Świetna proza!

PS Po raz kolejny zostałam utwierdzona w przeświadczeniu, że nie wolno rezygnować z prozy autorów, z którą pierwszy kontakt nie był do końca satysfakcjonujący.

Ocena: 5+/6
©Na czytniku
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć