Dożywocie
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 4.03 / 5.00
liczba ocen: 1508
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
31.99 złpremium: 19.19 zł
19.90 zł
27.19 zł
27.19 zł
31.99 zł
Pozostałe księgarnie
24.63 zł
27.17 zł
28.79 zł
29.00 zł
29.70 zł
30.39 zł
31.99 zł
Opis:

Początkujący pisarz dziedziczy dom z zamieszkującymi go dożywotnikami. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że mieszkańcy willi to ferajna, która każdego może przyprawić o kolorowy zawrót głowy…

Nowy właściciel znajduje w swej gotyckiej willi naiwnego anioła, rozmiłowanego w gotowaniu morskiego potwora, widmo romantycznego poety, cztery utopce, kotkę o bardzo ostrych pazurach oraz dziwnego królika! Jeden człowiek nie podoła tej ferajnie – szaleństwo czai się za progiem!
Pełna humoru opowieść o mocno nietypowej grupie bohaterów. Przekonajcie się, czy warto było odziedziczyć Lichotkę!
Marta Kisiel została nominowana do Literackiej Nagrody Fandomu Polskiego im. A. Zajdla za powieść „Nomen Omen”.

Dożywocie od Marta Kisiel możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook) lub słuchać w formie audiobooka (mp3).
CYTATY:
Rodzina to niekoniecznie żona i rozsiane z nią dzieci. Rodzina to ludzie...no, nie zawsze, ale przeważnie ludzie, z którymi chcesz się dzielić każdą chwilą, dobrą lub nie.
Nadzieja jednak, jak powszechnie wiadomo, słynie z tego, że matkuje osobom, którym natura poskąpiła inteligencji, braki nadrabiając naiwnością.
Recenzje blogerów
Pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. Oto Konrad Romańczuk, trzydziestoparoletni mieszczuch dostaje spadek od nieznajomego krewnego. Jest mu to wyjątkowo na rękę, ponieważ szuka odskoczni i zmiany - właśnie skończył bowiem burzliwy związek z niejaką Majką i potrzebuje czasu i spokojnego miejsca na "zagojenie ran". Z wielką nadzieją jedzie więc do Lichotki, bo tak nazywa się owa odziedziczona nieruchomość. Na miejscu okazuje się, że jest to wyjątkowo cudaczna budowla: cała z cegły, z wieżyczką, w klimacie stylowego gotyku, wybudowana własnoręcznie przez praprapraprzodka jakieś dwieście lat temu. Konrad szybko poznaje także tamtejszych stałych lokatorów: Licho - anioła stróża uczulonego na własne pierze, Utopce – wodne stwory, Krakersa - potwora z mackami, ale świetnie gotującego czy widmo panicza Szczęsnego - lubującego haft krzyżykowy oraz wyjątkowo nieszczęśliwie zakochanego poetę, który już dwukrotnie popełnił samobójstwo.

Bohaterowie są wprost genialni. Przede wszystkich to istoty nadprzyrodzone! Wyjątkowe, niespotykane, a ja jako czytelnik od razu ich polubiłam i chciałabym więcej i więcej ich przygód! Bo czy ktoś kiedyś spotkał anioła stróża uczulonego na własne pierze?! Ciągle chodzącego zakatarzonym, w bamboszach i w koszulkach z postaciami z bajek?! Albo czy ktoś spotkał blednące widmo poety, który uwielbia wyszywać?! A może pradawnego stwora odstraszającego swoimi mackami, ale wyjątkowo utalentowanego mistrza kucharskiego?! Do grona dołącza także królik Rudolf Valentino, na początku biały, ale z czasem przefarbowany na różowo! Może to i jest jakiś pomysł?! Z pozoru w takim oddalonym „zameczku" nic nie powinno się szczególnego dziać, prawda? A jednak! Pojawiają się obrońcy aniołów! Pojawia się żądna krwi agentka Konrada, która postanawia sama przypilnować, aby ten napisał kolejną powieść! Licho z Paniczem upijają się, Konrad potyka się na schodach o tego słodkiego króliczka, co powoduje jego ogromną kontuzję... Mieszkańcy tego przedziwnego domu strasznie denerwują Konrada, ale tylko do czasu. Momentem przełomowym staje się chwila, gdzie nasz bohater zdaje sobie sprawę, że może ich stracić oraz gdzie uświadamia sobie jak bardzo czuje się za nich odpowiedzialny. Niefortunny wypadek Anioła dość dotkliwie mu to uświadamia...

Książka wprost idealnie wpasowała się w moje poczucie humoru. Uśmiałam się do łez. Czytając tą książkę w miejscach publicznych trzeba uważać, żeby nie wybuchać co rusz śmiechem:) Zabawa przy niej gwarantowana. Marta Kisiel posługuje się bowiem pięknym literackim językiem. Ja osobiście uwielbiam takie gierki słowne, dlatego każda strona była niesamowitą ucztą czytelniczą. Dowcip tutaj jest lekko ironiczny, czasem sarkastyczny, a przy tym inteligentny i błyskotliwy. Jest to rewelacyjna lektura na odpoczynek po ciężkim dniu pracy, ale także na gorszy dzień, gdy dopada człowieka smutek... Po kilku stronach człowiek zapomina o całym świecie i już kibicuje naszym przedziwnym bohaterom w ich przygodach!

Mnie Marta Kisiel kupiła od razu, właściwie po pierwszych kilku stronach wiedziałam, że jestem stracona! Cały dzień nie mogłam się doczekać tej chwili, gdzie będę mogła wieczorem usiąść pod kocykiem z kubkiem gorącej herbaty i odwiedzić Lichotkę, a w niej Licha, Szczęsnego, Konrada i innych. Aż czasem żałowałam, że trzeba już pójść spać, bo rozsądek i zmęczone po całym dniu oczy mówiły „trzeba się wyspać, bo jutro do pracy"... Cóż można więcej powiedzieć? Pozostaje jedynie Alleluja i do przodu!

Zupa, jak to miała w zwyczaju, milczała niczym zaklęta, aczkolwiek w tym milczeniu dało się wyczuć wyraźne potępienie.

Jestem oazą spokoju, usilnie wmawiał sobie Konrad, oazą spokoju na burzliwym morzu agresji i desperacji.

Blond loki, zwykle opadające swobodnie na ramiona, panicz zebrał w klasyczną cebulę i związał wściekle błękitną frotką z koronkowym kwiatkiem. Efekt był wstrząsający.
- Przeszkadzały, gdym haftował na tamborku, więc je okiełznałem. - Nie wydawał się zbyt przejęty tym, że wygląda jak Fragles na sterydach.

Ocena: 5+/6
©Księgozbiór Kasiny
Polska, kraj od tysiąca lat chrześcijański, a tymczasem główny bohater wprowadza się do starego domiszcza, w którym jest pełno dziwnych stworów. Jedyny, którego jakoś tam można z tradycją religijną skojarzyć, to Anioł Stróż. Tylko ten Anioł Stróż ma na imię Licho, jest niewiele większy od misia koala, ma celofanowe szeleszczące włosy, chodzi w kusej koszulce i wściekle różowych bamboszach, a na dodatek nie nosi majtek. Reszta tych dziwnych lokatorów ma wyraźnie pogańskie korzenie. Utopce nie są wśród nich najdziwniejsze.

I w ten sposób Konrad Romańczuk, początkujący pisarz i przemęczony copywriter rozpoczyna nowy rozdział w swoim życiu. Licho jest aniołem, który uwielbia sprzątać, a poza tym ma alergię na pierze z własnych skrzydeł. O sobie samym mówi w rodzaju nijakim i jest wyraźnie niedowartościowany. Pod podłogą mieszka Krakers, coś w rodzaju magicznej ośmiornicy, która w tym domu gotuje i piecze. Do tego jeszcze Szczęsny – widmo romantycznego samobójcy – który jest trudny do zniesienia, a na dodatek ucieleśnia się tak bardzo, że na koniec ma romans z agentką literacką Konrada. Jeśli dodamy do tego driadę i utopce, to mniej więcej będziemy wiedzieć, czym jest to tytułowe „dożywocie”.

Marta Kisiel przejawia spory talent w przedstawianiu tych dziwacznych charakterów w sposób ironiczny i zabawny zarazem. Być może powieść nie jest idealnie spójna, niekiedy mamy wrażenie, że brakuje autorce pomysłu na fabularne dopracowanie akcji, ale przechodzimy nad tym do porządku dziennego, bowiem spektrum charakterów w książce jest niesamowite, a dialogi prowadzone są po mistrzowsku. Zdecydowanie warto polecić tę książkę nie tylko tym, którzy lubią fantastykę. Powieść jest też dowodem, że w naszych starych i czasem niesłusznie zapomnianych dawnych tradycjach ludowych wciąż drzemie ogromny potencjał literacki.

Ocena 5/6
©Autorski przewodnik kulturalny
O potworniastej gromadce, którą dziedzic Lichotki z dobrodziejstwem inwentarza na dożywocie przyjął

Dożywocie Marty Kisiel to napisane kwiecisto-ironicznym stylem urban fantasy, którego centralnym punktem jest dwustuletni eklektyczno-gotycki dom z wieżyczką, zwany Lichotką. A do owego jedynego w swoim rodzaju budynku, wbrew intensywnym staraniom siły wyższej, przybywa właśnie rozklekotanym Tico nowy właściciel, Konrad Romańczuk, aktywny literat nieco po trzydziestce. Jego zdziwienie nie ma granic, gdy odkrywa, kto jeszcze zamieszkuje jego dopiero co odziedziczone włości...

Do lokatorów zaliczają się początkowo: uczulony na puch i lubiący sprzątać anioł Licho, cztery utopce, wredna kotka Zmora, zjawa któregoś z poprzednich paniczów o imieniu Szczęsny, a także jedyny w swoim rodzaju (a zarazem gatunku) kucharz Krakers. Ta kolorowa czeredka jest w stanie w mig doprowadzić każdego do rozstroju nerwowego, nic więc dziwnego, że świeżo upieczony dziedzic zaraz po objęciu majątku zarządza remont i planuje sprzedaż kłopotliwej budowli. Oto jak reaguje na wypowiedzi Szczęsnego: Brwi Konrada chyba też chciały się pobujać, acz z dala od wszelkiej poezji. Powędrowały powolutku w stronę czoła.

Jak łatwo się domyślić, każda z postaci dostarcza właścicielowi wszelkiego rodzaju kłopotów, ma przy tym swoje wady, jak i zalety. Anioł Licho ma delikatną, artystyczną duszę i jest rozbrajający jak małe dziecko, Szczęsnego trzeba pilnować, by nie popełnił kolejnego samobójstwa z miłości, Zmora wbija pazurki, gdzie tylko może, Krakers zaś ciągle wysyła Konrada po zakupy spożywcze. Z całej tej nietypowej gromadki najbardziej polubiłam sympatycznego aniołka w bamboszkach, lub też kaloszkach, który zawsze mówi o sobie w rodzaju nijakim. Przy czym cel stworzenia wszystkich występujących tu bohaterów wydaje się jasny – mają być źródłem jak największej ilości zabawnych sytuacji. Przoduje w tym oczywiście jedzący i gryzący wszystko różowy króliczek Rudolf Valentino, który skrywa pewną tajemnicę...

Każdy z pięciu rozdziałów przedstawia oddzielną opowieść, w której kolorowa zgraja musi rozwiązać jakiś problem, co nie zawsze okazuje się proste: Na ten widok coś w duszy Konrada skręciło się gwałtownie w mały węzeł gordyjski i na wszelki wypadek założyło jeszcze kłódeczkę. Niezobowiązująca fabuła, podobnie jak bohaterowie oraz luźno zarysowany świat przedstawiony, jest w przeważającej części pretekstem do zaistnienia kolejnych komicznych zdarzeń.

Najmocniejszą stroną utworu jest bez dwóch zdań jego barwny, kpiarski język. Ironiczny jest nie tylko styl narratora wszechwiedzącego: W radiu jakaś bliżej nieokreślona panna zawodziła głosem udręczonej kozy na tematy damsko-męskie., również bohaterowie nie stronią od ciągłych żartów i przytyków w swoich wypowiedziach, np. Konrad mówi: Słuchaj, cholero, moja cierpliwość to nie Schengen, ma swoje granice. Autorka pozornie bez najmniejszego wysiłku przechodzi od stylu romantycznego przez pseudonaukowy do współczesnego, używając cytatów z dzieł klasyków jak i nawiązując do współczesnych filmów czy piosenek. Nie ma się więc co dziwić, że swoją umiejętnością celnego i dowcipnego podsumowania przeróżnych życiowych absurdów podbiła serca wielu czytelników. Z drugiej jednak strony język zauważalnie przytłacza pozostałe elementy utworu, czyli świat przedstawiony, fabułę i bohaterów. Ponadto zastosowany tu kwiecisty styl powoduje, że trzeba czasem uzbroić się w cierpliwość, zanim dojdzie się do sedna danego fragmentu utworu.

Drugie wydanie tej powieści zawiera specjalny prezent dla fanów, czyli nowe opowiadanie autorki zatytułowane Szaławiła. Muszę wam jednak zasugerować, abyście najpierw przeczytali Dożywocie, potem zaś Siłę niższą, a dopiero na koniec ten bonusowy utwór, inaczej czeka was spory spoiler dotyczący losów Konrada. Z tego też względu o tym opowiadaniu będzie oddzielny, nieco krótszy niż zwykle wpis.

Dożywocie jest niczym pisana sarkastyczną prozą kreskówka, albo też literacki sitcom w pięciu rozdziałach. Dlatego też budzi skrajne reakcje – jedni się nim zachwycają, doceniając wyjątkową biegłość językową autorki, inni zaś uważają, że zaserwowane tu środki stylistyczne są niczym lukier na bezie. Już po kilkunastu stronach zorientujecie się, czy odpowiada Wam humor i sposób prowadzenia opowieści przez pisarkę. Ja z jednej strony trzymam kciuki za koleżankę polonistkę, bo z takim talentem językowym bez mrugnięcia okiem pokonałaby niejednego stand-upera, z drugiej zaś gustuję raczej w historiach, które mają bardziej rozbudowany świat przedstawiony i są utrzymane w nieco poważniejszym tonie. Na zakończenie mogę jedynie doradzić, byście osobiście przekonali się, czy zaliczycie się do sympatyków czy też antagonistów Marty Kisiel i jej jedynego w swoim rodzaju stylu.

Ocena: 3+/6
©Głodna Wyobraźnia
Łużowy kłulik, wielokrotny samobójca, Zmora wcielona w kota i Licho... rozczulające Licho z celofanowymi włoskami

Nie sądziłam, że po Lesiu Chmielewskiej i Dobrym omenie stworzonym przez zacny duet Prachett & Gaiman, trafi mi się jeszcze jakaś książka, przez którą będę się tak kulgać ze śmiechu. No sprawy nie przewidziałam i kilka razy omal nie popełniłam przypadkowego samobójstwa. Boki pozrywane - dobrze, że igły i nici były w miarę pod ręką. Zdrętwienie gęby i znienawidzone uszy, które przeszkadzały mi się śmiać naokoło głowy. Spożywcze przyjemności w postaci podgryzaczy i napojów, którymi ochoczo się dławiłam. Uwierzcie mi, że odkaszlnąć z takim wykrzywieniem twarzy jest dość trudno. Koniec końców oplułam Męża, papugę, kota i chyba cały pokój. Parsknięciom nie było końca, a i pisząc te słowa podduszam się notorycznie, przypomniawszy sobie jakiś urywek. Także tego.

Młody Pisarz, rasowy mieszczuch, nieco posępny, acz człowiek wielkiego serca. Mowa o Konradzie Romańczuku, który dziedziczy niezwykłą, wiekową posiadłość po krewnych, o których istnieniu nie miał nawet pojęcia. Początkowy pesymizm, wobec Lichotki postawionej gdzieś w środku lasu, z dala od cywilizacji, i jej mieszkańców, ustępuje miejsca więzi i odpowiedzialności. Obserwujemy niejako jego przemianę, dojrzewanie dość trudne i wymagające.

Na końcu ścieżki, między drzewami stał dom. Jego dom. Dom, który jeszcze minutę temu Konrad Romańczuk, niczym jaśnie panna dziedziczka ruszająca, by objąć włości, wyobrażał sobie jako bez mała perłę w koronie, godną co najmniej Kinga - ha! gdzie tam Kinga! Hemingwaya! (...) Dom. Ceglany, ani za duży, ani za mały, ot w sam raz dla jednej rodziny, z werandą, koślawą przybudówką i...wieżyczką. Upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy. Do kompletu brakowało tylko pełni, stada, nietoperzy i zasnutego mgłą cmentarzyska. (...) Podłogi, boazeria, framugi, ramy okienne, kręte schody, meble o wartości chyba tylko muzealnej - wszystko drewniane, wiekowe i bardzo stylowe. Rzeźbione w drewnie detale, kwiatki, listki, łodyżki, rozety i łuki występowały w ilościach hurtowych. Całość wyglądała jak gotycki szał ciał i uprzęży, spełniony sen szalonego stolarza.

Historia dożywotników to jedna z tych, które mnie osaczyły i zawłaszczyły sobie moje myśli. Od skończenia lektury minęło już nieco czasu, a ona wciąż za mną biega. Zresztą przede mną i nade mną również, brak mi tylko wianka na głowie i badylka w dłoni. Tylko świadomość, że istnieje drugi tom serii Dożywocie, ratuje mnie przed ciągłym siąkaniem nosem. Obawy mam jednak, co będzie, gdy już przeczytam wszystko, co Ałtorka, Marta Kisiel, dotąd napisała. Mam nadzieję, że gdzieś tam piszą się już kolejne historie.

Rozbrajający aniołek Licho dzielnie planuje i realizuje porządki w całym domu, jednocześnie wciąż kichając i siąkając nosem przez swoją alergię na pierze. Tak proszę Państwa, anioł jak każdy anioł posiada skrzydła i zmuszony jest je depilować, by chociaż odrobinę ograniczyć efekty swojego uczulenia. Płeć nieokreślona, ale bezsprzecznie ta postać pozostaje duszą Lichotki.

Jako tradycyjny Anioł Stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka.

Przede wszystkim Licho postanowiło uzbroić się po zęby. Spośród przedmiotów zgromadzonych w wieżyczce jako te najbardziej zabójcze wybrało żółte, gumowe rękawice, sięgające mu niemal po pachy, spray na mszyce oraz mopa. Od razu poczuło się większe i groźniejsze. Prawdziwy mały morderca.

Panicz Szczęsny wyprowadza wszystkich z równowagi, irytuje i złości, zarówno swoich współlokatorów w Lichotce, jak i wielu czytelników. Dla mnie jest zwyczajnie rozbrajający, z tą całą swoją romantyczną poezją, z tym bólem istnienia i nieszczęśliwą miłością. Owszem ma swoje wady, aczkolwiek bez niego cała opowieść nie byłaby tak pełna. Jego pomysły na życie po życiu i odnalezienie sensu w swojej egzystencji rodzą się z prędkością błyskawicy i kończą się konsekwentnie dokładnie tak, jak to błyskawice mają w zwyczaju. Wywraca wszystko do góry nogami, włącznie z własnym wizerunkiem, ale to co jest piękne, robi to z niezwykłym zacięciem, skrupulatnością, a nawet poświęceniem! I jeszcze to komunikowanie wierszem, w którym tak często wykorzystuje znanych twórców romantyzmu, mieszając ich słowa z osobiście popełnionymi wynurzeniami poetyckimi. Miodzio, czytajcie uważnie, co Szczęsny ma do powiedzenia.

Blond loki, zwykle opadające swobodnie na ramiona, panicz zebrał w klasyczną cebulę i związał wściekle błękitną frotką z koronkowym kwiatkiem. Efekt był wstrząsający.
- Przeszkadzały, gdym haftował na tamborku, więc je okiełznałem. - Nie wydawał się zbyt przejęty tym, że wygląda jak Fragles na sterydach.

Przedwieczny potwór składający się głównie z macek i jego zamiłowanie do gotowania to absolutny majstersztyk postaci. Niby groźny, ale dobry. Niby taki życzliwy, ale tupnąć macką też potrafi, by wszystkich dożywotników sprowadzić na właściwe tory. Pomocny i czuły, trochę jak matka tego całego bałaganu, dbająca o wszystkich, ale i potrafiąca wychowawczo pokrzyczeć.

Królik, a raczej kłulik i do tego łużowy. Zwierzątko absolutnie cudowne i niebezpieczne, z morderczym instynktem i złośliwym spojrzeniem. Nawet uszami potrafi strzygnąć znacząco. To nie żarty, takiemu kłulikowi nie można się narażać, bo skończyć się to może doprawdy fatalnie. Nie znasz dnia, ani godziny, kiedy do pięt Ci się dobierze, albo (o zgrozo!) do czegoś innego. Strach myśleć. Z drugiej strony mógłby zostać zrekrutowany na idealnego obrońcę domu, każdego złoczyńcę pognałby w diabły.

Zmora wcielona w kota, jak najprawdziwsza zmora z ludowych podań, w nocy dusi. Pakuje się na swoją ofiarę i dusi. No może poddusza, ale tylko ten kto posiada kota będzie wiedział, jak trudno takie kocie cielsko z siebie zrzucić, gdy się uwali na człowieka.

Był też York. No York jak York, przepełniony odwagą, jakiej mógłby mu pozazdrościć każdy heros. I jeszcze ta siła szczeku. Tylko niestety potwory w Lichotce są przebiegłe i podstępne, niewyobrażalnie. Z zaskoczenia go biednego wzięły. Z zaskoczenia to każdy by uciekł.

Słuchaj, cholero, moja cierpliwość to nie Schengen, ma swoje granice.

Siła książki Marty Kisiel bynajmniej nie tkwi w fabule. Ta bowiem jest dość spokojna, ot perypetie zgrai nietuzinkowych postaci. Władzę nad umysłem czytelnika zdobywa nastrojem i humorem, lekkością i swobodą w posługiwaniu się słowem. Skondensowanie potężnej dawki absurdu, doprawione mnóstwem skojarzeń i odniesień, a podane smakowicie, że na samą myśl się człowiek oślini po pas. I ja się tak ślinię wciąż, chociaż skończyłam lekturę już jakąś chwilę temu. Co więcej Ałtorka (jak sama o sobie mówi) zafundowała nam komedię charakterów, czyli zasypała nas zestawem postaci absolutnie niezwykłych i pociągających. Nie skupiła się wyłącznie na bohaterach pierwszoplanowych, ale równie wprawnie i z jakąś zaciętością przedstawiła nam cały sztab postaci pobocznych.

Rozłączył się bez pożegnania. - Ja ją kiedyś zaduszę...
- Panna, co? - Brwi Kusego rozpoczęły pełną podtekstów gimnastykę.
- Skorpion, o ile kojarzę, wyjątkowo jadowity egzemplarz. Nie, panie Kusy, nie panna - wyjaśnił, widząc całkowity brak reakcji na sarkazm. - Wampirzyca, pijawka, koszmar wcielony, potwór, poganiacz niewolników, czyli moja agentka.


Mogłoby się wydawać, że skoro ta fabuła taka niezbyt wymagająca to książka jest kompletnie pusta. A jednak nie. Sama złożoność warstwy humorystycznej to niewątpliwie duże wyzwanie, bowiem otrzymujemy nie tylko prosty dowcip słowny, lub sytuacyjny, ale niezwykle rozbudowane nawiązania cyniczno - sarkastyczne, absurd, i w tle jakiś chichot Pani Kisiel względem różnych przypadków w społeczeństwie. Nie wszystko zostało powiedziane wprost, ale kto się nie chce doszukiwać również nie musi, bo bezpośredniość niesie nie mniejszą radość.

Debiutancka powieść Marty Kisiel to istny majstersztyk, chociaż niektórym może brakować mocniejszej fabuły. Natomiast moim zdaniem wszystko zostało właśnie tak zaplanowane, by czytelnik nie szukał nie wiadomo czego między wierszami, by nie rozwiązywał skomplikowanych zagadek, a problemy natury egzystencjalnej pozostały na płaszczyźnie absurdu, do odczytania raczej z przymrużeniem oka. I ten niby brak nie przeszkadza w lekturze, a całość i tak zachowuje logikę zdarzeń i sens. Dopiero zakończenie stanowi ten moment, kiedy włos się jeży na głowie, a czytelnik wypatruje kolejnych literek, by się dowiedzieć, jak to wszystko się skończy, bo dożywotnicy znajdują się w nielichej sytuacji. Warstwa językowa to niesamowicie skomplikowany splot żartów, powiedzonek, opisów, utarczek słownych i porównań, nasączony olbrzymią ilością środków stylistycznych. Swoboda z jaką Marta Kisiel formuje kolejne zdania sprawia, że książkę czytamy błyskawicznie, oczywiście zalewając się łzami ze śmiechu. Zabawa konstrukcją i słowem w eleganckim, dopracowanym stylu to istna gratka dla czytelników.

Współcześnie nawet Mickiewicz musiałby kręcić kiepskie filmiki autopromocyjne i rzucać je gdzie popadnie w sieci, coby się wybić, a wstęp do "Ballad i romansów" zapewne zamieściłby na swoim blogasku. Dostałby słitaśne komcie, a jakiś palant o przeroście ambicji bądź pragnienia intelektu krytykowałby go za to, że pisze ballady zamiast haiku.

Zatem jeżeli potrzebujecie świetnej rozrywki na wysokim poziomie to zachęcam, nie zawiedziecie się. Marta Kisiel ląduje na mojej liście ulubionych pisarzy.

Ocena: 5/6
©Rosa czyta
Komentarze dotyczące oferty:
  • Awatar

    Powiem Wam, że zanim jeszcze sięgnęłam po tę książkę, byłam w stu procentach przekonana, że jest to komedia kryminalna. Pojęcia bladego nie mam dlaczego to mi tak utkwiło w głowie. Kiedy już zaczęłam czytać, zdałam sobie sprawę, w jak ogromnym błędzie byłam.

    Choć Konrad na początku niekoniecznie przypadł mi do gustu, to po dłuższej lekturze w końcu się do niego przekonałam. Zapytacie czemu tak go nie lubiłam? A no dlatego, że ledwie zobaczył Lichotkę (tak nazywał się jego nowy dom), już zaczął narzekać. Jak typowy mieszczuch: że za cicho, że za daleko od ludzi, że to, że tamto. Wytrzymać się nie dało! Sympatią też nie obdarzył swoich lichotkowych lokatorów, choć ja polubiłam ich od razu. Aniołek Licho od razu podbił moje serce, bo jest to po prostu przeuroczy bohater. Przeuroczy i zabawny w swojej takiej infantylności.

    Dożywocie to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marty Kisiel. Na początku nie odnalazłam tego humoru, o którym tak wielu wielbicieli książek tej autorki mówi. Muszę jednak przyznać, że z czasem zaczęło robić się coraz zabawniej. Aniołek, który przefarbował swojego króliczka na różowo? No błagam Was! Przecież to było naprawdę śmieszne. I nie piszę tego używając sarkazmu. ;)

    Spodobał mi się styl autorki. Marta Kisiel pisze lekko i choć akurat w tej książce pojawiało się takie wyszukane słownictwo, to nie miałam z tym żadnego problemu. Książkę czytało się naprawdę przyjemnie i szybko. Humor odnalazłam i nie minęło dużo czasu, kiedy zaczęłam płakać ze śmiechu.

    Wspomnę teraz coś o samym wydaniu książki. Okładka jest dość... straszna i trochę mi nie pasuje do tej historii, ale! Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie jak miałaby wyglądać inna okładka. Ciekawym elementem jest pojawienie się rysunków w środku książki. Przeważnie był jeden rysunek na jeden rozdział. Raz mieliśmy ilustrację Aniołka, raz Konrada, a raz nawet pojawił się rysunek przedstawiający panicza Szczęsnego. Muszę przyznać, że jeśli ktoś nie potrafił sobie wyobrazić tych postaci, to te rysunku sprawdzały się idealnie.

    Książka ta jest bardzo przyjemnym czytadłem, a już idealnie sprawdzi się na długie jesienne wieczory. Myślę, że klimat powieści genialnie wpasuje się w panującą wtedy aurę.
    Ja z pierwszego spotkania z panią Kisiel jestem bardzo zadowolona i z ogromną chęcią sięgnę po kolejne Jej książki.

  • Awatar

    Książka bardzo ciekawa, wciągająca i bardzo zabawna (humor ałtorki bardzo mi odpowiada) , a Ałtorka przekonała mnie do czytania polskich autorów.
    Bardzo polecam osobom w każdym wieku

  • Awatar

    Sympatyczne. Ciekawy pomysł, zapadający w pamięć bohaterowie, dużo humoru i, co rzadko spotykane, dużo nawiązań do wałkowanego w szkole romantyzmu :). Styl pisania chwilami przypominał mi Chmielewską, a chwilami Pratchetta (oboje uwielbiam). Na pewno sięgnę po drugą część. Polecam!

  • Awatar

    Teraz wyjde na zblazowanego malkontenta.
    Okropna ksiazka! Wiele osob ja polecalo jako super zabawna, przy ktorej mozna sie usmiac do lez, zrelaksowac, odprezyc. I co? Nie znalazlam tam nic zabawnego, wedlug mnie ta ksiazka jest zenujaco glupia.

  • Awatar

    Od razu książka wędruje na półkę Wręcz ukochane :D Po tej pozycji "dół" znika natychmiastowo. Mam nadzieje, ze mój anioł stróż tez jest taki cudowny, a zwłaszcza chodzi w bamboszkach ;)

  • Awatar

    Przezabawna i absolutnie urocza! Mogłabym czytać i czytać - zakochałam się w bohaterach i w języku autorki. Zdecydowanie poczułam tu jakąś chemię, zachwyciłam się poczuciem humoru i umiejętnością operowania słowem. Ani przez moment się nie nudziłam :)

  • Awatar

    Niesamowita historia "dozywotnikow", pokazana slowami tak obrazowymi, ze az sie chce wiecej. Chce wiecej. Po "Nomen Omen" postanowilam przeczytac "Dozywocie". Jakos tak calym impetem odszukalam, pozyczylam i przeczytalam. "Dozywocie" jest zabawne, dowcipne, ciekawe, nie banalne, pieknie napisane. Az sie chce czytac.
    No jestem pod ogromnym wrazeniem. Gdy opowiadalam o tej ksiazce znajomej, to nie moglam przestac sie usmiechac, smiac, i ogolnie na samo wspomnienie az sie mordka cieszy.
    ALe nie byla bym soba, gdybym nie napomknela o pewnego rodzaju waznej kwestii w zyciu kazdego czlowieka - odpowiedzialnosc. I posrod wszystkich zabawnosci, radosci, wydarzen, wiele odnioslam do siebie i swojego zachowania. Tudziez odpowiedzialnosci, badz jej brak, w moim wlasnym zyciu. Mysle, ze nie ma potrzeby przesadnie sie zastanawiac nad powazniejszymi przeslankami zawartymi w tej ksiazce, gdyz sa bardzo zgrabnie wkomponowane w cala tresc ksiazki. I generalnie wynikaja same z siebie. Ot, logika. :)
    Jednym slowem - polecam. Poelcam kazdemu, kto poszukuje ksiazki lekkiej, zabawnej w tresci. Nie za skomplikowanej, pelnej akcji i reakcji. Mocno naladowanej emocjami wszelkiej rodzaju.

  • Awatar

    Chciałoby się rzec, "Eh, dożywocie,dożywocie". :) Taką karę, jaką dostał Konrad Romańczuk sama chciałabym odsiadywać. Marta Kisiel, młoda pisarka w swoim debiutanckim zbiorze krótkich opowiadań o perypetiach Konrada i spółki stworzyła niesamowity, uroczy i zwariowany świat.

    Tak, wiem, książka została wydana pod koniec 2010 roku. Leżała u mnie na półce ładnych parę lat. Aż sama jestem zła na siebie, że tak późno się za nią zabrałam. Przez ten czas mogłabym przeczytać ją jeszcze kilka razy. Bo na pewno będę wracać do niej nie raz :) Ale do rzeczy.

    Któregoś pięknego dnia Konrad Romańczuk dowiaduje się, że odziedziczył po nieznanym krewnym dom o jakże uroczej nazwie własnej, Lichotkę. Jeszcze nie wie, że został skazany na.. dożywocie. Ale za to jakie! Nasz bohater licząc na to, że na odludziu zapomni o swoim złamanym sercu i w końcu napisze powieść przyjmuje spadek wraz z całym inwentarzem. Na miejscu go czeka wielki szok. Lichotka okazała się zamieszkała przez kilku niecodziennych lokatorów:
    Prawdziwy anioł, którego zwią Licho - Uroczo nieporadne jak dziecko, uczulone na pierze, uwielbiające chodzić w bamboszkach.
    Widmo nieszczęsnego panicza Szczęsnego, który popełnił dwukrotne samobójstwo.
    Bezczelne utopce, które uwielbiają się kąpać w domowej łazience.
    Kotka uroczo nazwana Zmorą, która w chwilach strachu lubi wskakiwać na głowę pana, wbijając pazury.
    Przemiły, pradawny stwór nocy, Krakers, zamieszkujący piwnicę, lubujący się w pichceniu różnych smakołyków.
    Prawda, że urocza grupka? :) Jak tu ich nie pokochać?

    Przeurocza, przesympatyczna gromadka niespotykanych osób z pozytywnym pierdolcem od pierwszych kilku stron zawładnęła moim sercem. Licho, aniołek, który wzbudza w czytelniku opiekuńcze uczucia. Chciałoby się go przytulić i obronić przed całym światem. Nieszczęsny panicz Szczęsny, któremu nie wiadomo co strzeli do łba i co nowego wymyśli :) Tak, to jest jedna z moich ulubionych postaci. Nie licząc Krakersa, którego macki i pomruki zachęcają do przytulenia się ;)

    Wśród tych wszystkich barwnych postaci Konrad, główny bohater ginie. Ale to w niczym nie przeszkadza. "Ałtorka" stworzyła niesamowity, uroczy zbiór opowiadań, które pochłania się w mig. Ja sobie dawkowałam. Starałam się jak najdłużej zostać z mieszkańcami Lichotki, przeżywać z nimi przygody, borykać się z problemami. Ale ciągle mam niedosyt. Mało! Mało! Chcę jeszcze!

    Marta Kisiel w "Dożywociu" wprost czaruje językiem. Jej, wzbudzające ogólną radość, porównania i określenia są kolejnym atutem. Moje niekontrolowane wybuchy śmiechu wzbudzały u mojego męża spore zainteresowanie :) Ale wśród tych wszystkich określeń, porównań, metafor, czają się aluzje, dotyczące otaczającego nas świata, problemów życia codziennego jak np. ekologia, zazdrość innych ludzi. Ałtorka swobodnie wplata te wątki i daje do myślenia. A może nie daje... W każdym razie na pewno zwraca uwagę na pewne sprawy, które dotyczą każdego z nas.

    Co tu dużo mówić? Zakochałam się w "Dożywociu". Nigdy, w swoim życiu, nie spotkałam się z tego rodzaju książką. I.. chciałabym więcej! Urzekła mnie! Reszta książek, po które sięgnę w tym roku ma nie lada wyzwanie. Bo niełatwo będzie, po przeczytaniu "Dożywocia", mnie zauroczyć. :)

    Czy polecam?! Tak! Tak! Tak! I jeszcze raz tak! Wszystkim! Bez wyjątku! Małym! Dużym! Średnim! Przepraszam za tak dużą ilość wykrzykników. Ale ciągle jestem pod wpływem Lichotki i jej mieszkańców. I banan z ust mi nie schodzi od kilku dni . To chyba już jest choroba. Nazwałabym ją chichotus długotrwały. Uważajcie, ciężko się go leczy! :)
    http://ivka86.blogspot.com/2013/01/dozywocie-marta-kisiel.html

  • Awatar

    Ależ się uśmiałam i chichotałam. I zakochałam… Rok z życia Konrada Romańczuka i jego dożywotniaków autentycznie bawi i wzrusza.

Inne proponowane
Warto zerknąć