ebook 27 śmierci Toby’ego Obeda
4.32 / 5.00 (liczba ocen: 19)

27 śmierci Toby’ego Obeda
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

E-book - najniższa cena: 21.00
UpolujEbooka.pl #Instagram
UpolujEbooka.pl #Instagram
28.69 złpremium: 17.21 zł Lub 17.21 zł
23.52 zł Lub 21.17 zł
33.60 zł
33.60 zł Lub 30.24 zł
21.00 zł
22.29 zł
24.39 zł
25.82 zł
28.69 zł
29.40 zł
33.60 zł
33.60 zł

Dlaczego Kanada ściąga dziś z pomników i banknotów swoich dawnych bohaterów? Jak to możliwe, że odbierano tam dzieci rodzicom? Czyja ręka temu błogosławiła? Co ukryto pod mozaiką kulturową? Joanna Gierak-Onoszko kreśli obraz Kanady, który burzy nasze wyobrażenia o tym kraju.

To też jest Kanada: siedem zapałek w słoiku, sny o czubkach drzew, powiewające na wietrze czerwone suknie, dzieci odbierane rodzicom o świcie. I ludzie, którzy nie mówią, że są absolwentami szkół z internatem. Mówią: jesteśmy ocaleńcami. Przetrwaliśmy.
– Zniszczono cały nasz naród. Nigdyśmy się nie podnieśli. W Europie ekscytujecie się modą na Kanadę, bo patrzycie na nią przez kolorowe skarpetki naszego nowoczesnego premiera. Ale prawda mniej się nadaje do lajkowania – powiedział autorce jeden z bohaterów tej książki.
Joanna Gierak-Onoszko spędziła w Kanadzie dwa lata, sprawdzając, co ukryto pod tamtejszą kulturową mozaiką.
„27 śmierci Toby’ego Obeda” to reporterska opowieść o winie i pojednaniu, zbrodni bez kary i ludziach, którzy wymykają się przeznaczeniu.

27 śmierci Toby’ego Obeda od Joanna Gierak-Onoszko możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook).
Trudno wejść na drogę ku pojednaniu skoro nie ma mapy, ani nawet miejsca zbiórki.
Cho­ciaż nie to jest nad­rzęd­nym tema­tem repor­ta­żu 27 śmier­ci Toby’ego Obe­da. Jest nim roz­gry­wa­ją­ce się przez dzie­siąt­ki lat wyna­ra­da­wia­nie pierw­szych miesz­kań­ców Kana­dy. O ile na połu­dniu Sta­nów Zjed­no­czo­nych przy­bie­ra­ło ono for­mę fizycz­ne­go uni­ce­stwia­nia indiań­skich ple­mion, o tyle pół­noc­na Kana­da wybra­ła ścież­kę Kul­tur­kamp­fu, któ­re­go naj­istot­niej­szym ele­men­tem był sys­tem szkół z inter­na­tem. W tych szko­łach dzie­ci od szó­ste­go roku życia nie tyl­ko prze­cho­dzi­ły cało­ścio­wą indok­try­na­cję (m.in. zakaz posłu­gi­wa­nia się języ­ka­mi ojczy­sty­mi, przy­mu­so­wa kate­chi­za­cja), ale też były pod­da­wa­ne prze­mo­cy, tor­tu­rom (np. z uży­ciem krze­sła elek­trycz­ne­go w szko­le im. Świę­tej Anny) i mole­sto­wa­niu sek­su­al­ne­mu.

W ten spo­sób sys­tem edu­ka­cyj­ny stał się narzę­dziem do kolo­ni­za­cji Kana­dy. Dość szyb­ko uda­ło się przejść od nie­sie­nia kagan­ka oświa­ty do wyma­zy­wa­nia naro­dów i kul­tu­ro­we­go ludo­bój­stwa.

Kościół kato­lic­ki ode­grał w tym rolę naj­waż­niej­szą, ale nie jedy­ną. Kościo­ły pro­te­stanc­kie rów­nież przy­czy­ni­ły się do krzywd Pierw­szych Naro­dów. Rzecz w tym, że tyl­ko Waty­kan jak dotąd nie prze­pro­sił. Dopie­ro kil­ka mie­się­cy temu poja­wi­ły się pierw­sze gesty zapo­wia­da­ją­ce, że Sto­li­ca Apo­stol­ska w ogó­le ma ocho­tę tych krzywd wysłu­chać. Ale praw­dzi­wych prze­pro­sin i praw­dzi­wych prób zadość­uczy­nie­nia jesz­cze nie było. Pań­stwo kana­dyj­skie spi­sa­ło się dużo lepiej, choć do ide­ału jesz­cze dale­ko.

Wojna płci

Sys­te­mo­wa pedo­fi­lia i wyma­zy­wa­nie naro­dów to nie jedy­ne płasz­czy­zny, na któ­rych roz­gry­wa się prze­moc w kana­dyj­skich szko­łach z inter­na­tem. Pozo­sta­je jesz­cze kwe­stia sto­sun­ku do cia­ła, któ­ry wśród przed­sta­wi­cie­li Pierw­szych Naro­dów (ale nie tyl­ko — tak­że u Indian północno- i połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich) zde­cy­do­wa­nie róż­nił się od patriar­chal­ne­go mode­lu bia­łych Euro­pej­czy­ków.

W wie­lu pier­wot­nych spo­łecz­no­ściach pano­wa­ła umo­wa, że bio­lo­gia nie deter­mi­nu­je tego, czym jest czło­wiek. (…) Wie­rzo­no, że płeć wyni­ka z kon­tek­stu, a geni­ta­lia nie okre­śla­ją tego, kim w przy­szło­ści ma być czło­wiek. Są jak kolor oczu – przy­ro­dzo­ne, ale nie deter­mi­nu­ją ludz­kie­go losu. Płeć bio­lo­gicz­na nie była więc pierw­szą cechą, jaką się iden­ty­fi­ko­wa­no, była płyn­na, umow­na i prze­chod­nia. Niko­go to nie gor­szy­ło – ludzie uwa­ża­li, że w jed­nym cie­le mogą miesz­kać dwie dusze, naprze­mien­nie docho­dzą­ce do gło­su. Tak było w cza­sach przed kon­tak­tem. Potem, zamiast zmie­nić nie­pa­su­ją­ce narzę­dzie, nie­przy­dat­ne do opi­su rze­czy­wi­sto­ści, ludzie mówią­cy po angiel­sku posta­no­wi­li zmie­nić nie­zro­zu­mia­łą dla nich rze­czy­wi­stość. Wpro­wa­dzi­li nowe porząd­ki, w tym hete­ro­pa­triar­chat. Dla ludzi o dwóch duszach nie było miej­sca, nale­ża­ło ich zatrzeć. Pod­ję­ły się tego szko­ły z inter­na­tem. To, jaki powi­nien być czło­wiek, for­ma­to­wa­no sło­wem Bożym i trzci­ną, per­swa­zją i prze­mo­cą.

Dla­te­go wła­śnie kolo­ni­za­cja Kana­dy ozna­cza­ła nie tyl­ko prze­moc na tle raso­wym i kul­tu­ro­wym, ale rów­nież zakro­jo­ną na gigan­tycz­ną ska­lę wal­kę płci. W któ­rą księ­ża i zakon­ni­ce włą­czy­ły się ze szcze­gól­ną gor­li­wo­ścią.

Szczery żal za grzechy

Jed­nym z nad­rzęd­nych tema­tów tego trud­ne­go w lek­tu­rze, bo doty­ka­ją­ce­go spraw szcze­gól­nie deli­kat­nych, repor­ta­żu jest eks­pia­cja. Przy­ję­ło się, że Kana­da z Justi­nem Tru­de­au jest kra­jem kro­czą­cym w abso­lut­nej awan­gar­dzie, jeże­li cho­dzi o zadość­uczy­nie­nie ofia­rom poprzed­nich sys­te­mów i minio­nej wła­dzy. A jed­nak dla ludów Kri, Innu­itów i innych rdzen­nch miesz­kań­ców Kana­dy nawet gesty Tru­de­au są mało wystar­cza­ją­ce. Jeden z boha­te­rów repor­ta­żu mówi: Eks­cy­tu­je­cie się modą na Kana­dę, bo patrzy­cie na nią przez kolo­ro­we skar­pet­ki nasze­go nowo­cze­sne­go pre­mie­ra. Ale praw­da mniej nada­je się do laj­ko­wa­nia. Rzecz w tym, że przez dłu­gie lata róż­ne eki­py robi­ły wie­le, by doku­men­ty poświę­co­ne tor­tu­rom i mole­sto­wa­niu w szko­łach z inter­na­tem przed świa­tem ukryć.

Może i Kana­da ma pro­blem z cał­kiem szcze­rym żalem za grze­chy, ale i tak inne pań­stwa (z kościel­nym włącz­nie) może się od niej tyl­ko uczyć. Joan­na Gierak-Onoszko pod­su­mo­wu­je to w 27 śmier­ciach Toby’ego Obe­da nastę­pu­ją­co:

Skąd wziąć siłę, by spoj­rzeć w lustro? Jak dziś mówić o bli­znach i nie­na­pra­wial­no­ści krzywd? Czy jakie­kol­wiek gesty i jakie­kol­wiek kwo­ty zma­żą tam­te winy? Czy pojed­na­nie jest uto­pią, czy twar­dym pro­ce­sem, trud­nym dla wszyst­kich stron? Choć dro­ga do nie­go jest nie­rów­na i peł­na zakrę­tów, Kana­da nie tyl­ko wyty­czy­ła szlak, ale i odwa­ży­ła się na nie­go wkro­czyć. To doświad­cze­nie nie­przy­jem­ne, ranią­ce i czę­sto nie­uda­ne – jed­nak czy ktoś w takiej spra­wie zdo­był się na wię­cej niż dzi­siej­si Kana­dyj­czy­cy?

Ocena: 5/6
©Literatura sautée
Najbardziej toporny reportaż wszechczasów.

W tym roku po reportaże sięgam stosunkowo często, a w ostatnim czasie wyjątkowo głośno zrobiło się o tekście polskiej autorki 27 śmierci Toby’ego Obeda. Skoro był dostępny w katalogu Legimi, to od razu się na niego zdecydowałam. Od momentu, jak przeczytałam tę książkę minął już jakiś miesiąc, a ja nadal myślę o niej bardziej w kategoriach, że ciężko było mi ją przeczytać, niż że przedstawiała okropną historię, którą warto było poznać.

Przyznaję, że w moich wyobrażeniach Kanada zawsze była miejscem, które kojarzyło mi się ze szczęściem i uprzejmością. Co prawda historia Kanady wcale nie musi przekreślać tej uprzejmości, ale mam wrażenie, że o szczęściu już ciężko mówić, a przynajmniej u części społeczeństwa. Joanna Gierak-Onoszko spędziła w Kanadzie dwa lata, a jej reportaż zdecydowanie burzy wyobrażenia i wszelkie stereotypy dotyczące tego kraju. To opowieść o krzywdach dokonywanych na rdzennych mieszkańcach, o wywożeniu dzieci do oddalonych o setki kilometrów internatów, w których na własnej skórze poznawały czym jest prawdziwe okrucieństwo, gdzie były torturowane i gwałcone.

Mimo że ta historia jest naprawdę przerażająca, to nie potrafię do końca wyobrazić sobie skali doznanych krzywd, a jednocześnie styl autorki sprawił, że momentami po prostu się nudziłam i nie chciało mi się w to głębiej wchodzić. Nie brzmi to może zbyt dobrze, ale już wyjaśniam – nie nudziła mnie historia Kanady, a sposób jej przedstawienia. Reportaż ten liczy niecałe 350 stron, na których mam wrażenie, że kilkukrotnie powtarzano te same informacje – chociażby o ucieczkach z internatów, czy nawet informacje o podejściu do rdzennych mieszkańców. Autorka zebrała wszystkie informacje w jakiś bardzo chaotyczny bliżej nieokreślony układ, gdzie przez pierwszą połowę książki w ogóle nie wiedziałam o co chodzi i o pogromie wspomniała tylko od niechcenia. Natomiast w drugiej części reportażu dopiero przechodzimy do sedna sprawy, na poważnie wchodzimy w tę mroczną historię, ale tutaj też miałam poczucie, że mało było konkretów, a więcej jakiegoś takiego przeżywania. Jakby to zostało napisane na hura w momencie, w którym autorka dowiedziała się jak to wyglądało i dostała nagłego słowotoku, a ten postanowiła od razu spisać. Nieuporządkowane, z powtórzeniami i takie trochę na odwal się.

27 śmierci Toby’ego Obeda to reportaż, który budzi we mnie dość mieszane uczucia. Nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek książka sprawiła mi tyle trudności w przeczytaniu, żebym tak bardzo nie chciała jej czytać, jednocześnie chcąc poznać historię do końca. Przyznaję się, że czytałam ją na siłę, a po skończeniu poczułam dużą ulgę i odetchnęłam ze spokojem, że to już koniec. I chociaż mam tak dramatyczne wspomnienia z nią związane, to chciałabym, żebyście zwrócili na nią uwagę, bo zawarta w niej historia jest naprawdę przerażająca, a co gorsza – nie mówi się o niej. A ja tymczasem będę szukać innego reportażu w tym temacie, który swoją formą nie będzie mnie tak odrzucał, jak było to w tym przypadku…

Ocena: 3+/6
©Rude recenzuje
Przy takich książkach mam ochotę zastosować recenzję w postaci trzech słów – Czytajcie. Po prostu czytajcie. Bo wszystkie potrzebne słowa padły już w książce.

Zastanawiałam się, czy pisać o tej książce, bo każdy już o niej napisał i ja z pewnością nie stworzę nic nowego ani odkrywczego. Przeczytałam też kilka tak ładnych tekstów o niej, że aż się boję zacząć pisać swój. Ale po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że jednak chciałabym mieć ją tutaj. Ostatecznie piszę na blogu o książkach, które mnie zachwyciły i które polecam – tej nie mogłoby tutaj zabraknąć. Korzystając ze współpracy z Virtualo, postanowiłam ją sobie jeszcze raz przypomnieć i w końcu napisać kilka słów. Książkowy debiut Joanny Gierak-Onoszko jest bardzo, bardzo dobry. Aż trudno uwierzyć, że to debiut! Zapamiętuję nazwisko autorki i będę uważnie śledzić następne książki. Bo w reportażu temat jest ważny, ale równie istotny jest sposób opowiadania. Ja zazwyczaj wybieram książki tematycznie. Ale są pisarze, których czytam zawsze, bez względu, o czym piszą. Czuję, że Joanna Gierak-Onoszko może do nich dołączyć.

Autorka mieszkała w Kanadzie dwa lata. To dało jej możliwości, jakich nie miałaby próbując opisać temat z daleka albo wpadając do Kanady na chwilę. O czym jest jej książka? Motywem przewodnim jest odbieranie dzieci rdzennym rodzinom i umieszczenie ich w szkołach z internatami w latach 1874-1996. Ponad 150 tysięcy dzieci. Historia, którą opowiada autorka na zawsze zmieni obraz Kanady w waszych głowach. Ale to tylko główna nić, w którą wplątują się inne wątki – prześladowania rdzennych kobiet, współczesna sytuacja rdzennej ludności, próby poradzenia sobie z historią, przerobienia traumy. To książka o tym, że pomoc humanitarna wcale nie jest łatwa, o wykorzystywanych dzieciach, o odrywaniu rdzennych ludzi od korzeni, o ignorowaniu ich, publicznych dyskursie, kulturowych zapożyczeniach. O zapominaniu i pamiętaniu. O błędach, jakie popełnia się mimo najszczerszych chęci pomocy i o pewnej uniwersalnej historii, która wydarza się wszędzie i ciągle. To historia o ludziach, którzy myślą, że świat powinien wyglądać tak, jak oni chcą, a inni ludzie powinni być tacy, jakich sobie wymyślą. Jeśli nie są – zmienia się ich. Jeśli nie chcą się zmienić – eliminuje się ich.

Zastanawiałam się bardzo długo, co najbardziej poruszyło mnie w tej książce. Wielokrotnie przeczytałam słowa oburzenia i szoku, że takie rzeczy działy się i dzieją w Kanadzie. Tak jakby Kanada miała jakiś parasol ochronny przed ludzkim zwyrodnieniem i jakby zło było mniej istotne czy przerażające, jeśli dzieje się w kraju, który podobno jest najlepszy na świecie. Tak jakby poruszało nas nie samo zdarzenie, a jego miejsce. Niestety żadnej ochrony nie ma, a dodatkowo mam wrażenie, że każdy kraj ma w swojej historii tematy, o których wolałby nie pamiętać. Kanada z jednej strony też wolałaby zapomnieć, z drugiej stara się pamiętać, a jeszcze z trzeciej – wyjść z całej sytuacji z twarzą. Czy jest to możliwe? Ciężko stwierdzić, książka też na to nie odpowiada. Ale otwiera oczy i to jest jej największa wartość. Nie powinniśmy się dziwić, że to Kanada. Dziwmy się, że człowiek człowiekowi, dorosły dziecku jest w stanie robić krzywdę. Najmniejsza taka krzywda powinna nas niesamowicie poruszać. A co, jeśli mówimy o krzywdzeniu systemowym? Zgodnie (lub trochę mniej) z prawem, latami, gdzie stroną krzywdzącą są państwowe instytucje? Instytucje, które powinny wspierać i chronić, a które brutalnie niszczą?

Autorka pokazuje historię Kanady w całkiem nowym świetle, w którym zupełnie inaczej widać jej współczesność. W dalszym ciągu jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki, mimo że od lektury minęło już sporo czasu. Nie wiem, jak można było napisać tekst na tak delikatny i trudny temat w tak bezstronny i całościowy sposób, ale Joanna Gierak-Onoszko to zrobiła. Do tego raz po raz pojawiają się zdania, które powodują, że musisz się zatrzymać, przerwać, pokręcić głową, które wywołują gęsią skórkę. A co lepsze – które powodują zmianę twojego zdania, wahanie, spojrzenie na sytuacje z różnych punktów widzenia. Wiadomo, co jest złe, a co dobre, ale autorka prezentuje dodatkowo tyle odcieni szarości, że niejednokrotnie zostaniecie zwaleni z nóg. A kiedy się już podniesiecie, dostaniecie ponownie, ale z innej strony. Fenomenalna książka, która pokazuje siłę i moc języka.

Reportaże o konkretnych krajach czytam z wielką ciekawością, ale też szybko o nich zapominam i przechodzę do innych książek. O tej będę pamiętać bardzo długo i to nie tylko ze względu na opowiedzianą historię. Jest ona warta zapamiętania i przede wszystkim poznania, jak najbardziej, ale to, w jaki sposób została opowiedziana robi różnicę między reportażem dobrym, a wyjątkowym. To zdecydowanie najlepszy reportaż tego roku – wiem, jest dopiero sierpień, ale naprawdę nie wiem, czy coś go przebije. To też jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam w ogóle!

Ocena: 6/6
©Bardziej Lubię Książki Niż Ludzi
Mała Lili miała na zadanie domowe zrobić prezentację o jednym z państw Ameryki Północnej. Wybrała Kanadę, bo ma piękne jeziora, wodospad Niagara, syrop klonowy, oryginalną flagę, hokej na lodzie i można porozumieć się po angielsku i francusku. To również kraj, „który uważa się za obrońcę praw człowieka, bastion tolerancji i otwartości.”

Książka Joanny Gierak-Onoszko jest o Kanadzie jakiej wielu z nas nie zna. Szeroko otwiera oczy, daje po pysku i uderza w splot słoneczny. To reportaż o pojednaniu. Ale jak wejść wspólnie na jego drogę, „skoro nie ma ani mapy, ani nawet punktu zbiórki?”

Droga do pojednania jest stroma i nierówna. Na razie widać, że zaczęła się od symboli i na nich tak naprawdę się nie kończy. Obie strony rozumieją, że to już bardzo dużo – a jednocześnie o wiele za mało. Pojednanie jest procesem o wyraźnym początku, ale bez końca.

27 śmierci Toby’ego Obeda sięga wstecz, do ponurej, bezwzględnej, nieludzkiej historii Kanady, która krzywdziła dzieci i rdzennych mieszkańców. To powieść o ocaleńcach, czyli ludziach, którzy przeżyli i utrzymali się przy życiu.

Ile razy można umrzeć? Ile razy otoczenie, przedstawiciele instytucji państwowych, Kościoła mogą sprawić, że mały człowiek zostanie pozbawiony godności, wiary w drugiego człowieka, miłości i czułości? Toby’emu udało się 27 razy. Przetrwał. Ocalał.

Książka Joanny Gierak-Onoszko jest zatrważająca, bo prawdziwa. To nie jest fikcja literacka, ale świadectwo tych, którzy na własnej skórze odczuli jak bezwzględny może być nauczyciel i opiekun. Cennik krzywd jaki przedstawia autorka nie jest na kieszeń jednego człowieka. Żeby go udźwignąć, trzeba mieć dużo siły.

To książka, w której jej bohaterowie wołają o uwagę, błagają o przeprosiny i pragną rozliczenia z przeszłością poprzez ukaranie tych, którzy katowali oraz tych, którzy dawali na to przyzwolenie. By nie pamiętać i żyć normalnie.

Szkoły z internatem zniszczyły całą naszą społeczność. Nigdyśmy się nie podnieśli. Ekscytujecie się mogą na Kanadę, bo patrzycie na nią przez kolorowe skarpetki naszego nowoczesnego premiera. Ale prawda mniej nadaje się do lajkowania.

Debiut Joanny Gierak-Onoszko jest znakomity. Nie tylko dzięki temu, że autorka z ogromnym szacunkiem do rozmówcy pochyliła się nad tematem, który wielu z nas jest nieznany, ale przede wszystkim w sposób jaki to uczyniła – z reporterską dociekliwością. To książka o istocie państwowości, sposobie (nie)radzenia sobie z przeszłością i naprawienia wyrządzonego zła. Naszpikowana jest mnóstwem mądrych słów i ma ogromną wartość poznawczą. Bardzo mocna i świetnie napisana.

Ocena: 5+/6
©Na czytniku
Komentarze dotyczące oferty:
  • Awatar

    Nastroiłam się, przygotowałam i byłam gotowa. Tak sądziłam. Nie miałam pojęcia. Historie dzieci Pierwszych Narodów mnie pokonały. Łzy lały się strumieniami. Fakty i skala są wstrząsające. Coraz ciężej szanować człowieka.

  • Awatar

    Książkę przeczytałam z polecenia Rafała Hetmana twórcy bloga książkowego "Czytam - recenzuję", kanału na youtubie "Rafał Hetman o książkach" oraz książkowych podcastów. Na poleceniach Rafała do tej pory się nie zawiodłam, dlatego chętnie sięgam po książki, które rekomenduje.
    Przed przystąpieniem do czytania wiedziałam tylko tyle, że jest to Książka o Kanadzie jakiej nie znamy. Po przeczytaniu naszła mnie myśl, że każdy kraj, każdy naród ma w swej historii takie karty, o których chciałby zapomnieć, których się wstydzi.......Polacy prześladowali Żydów, Irlandczycy mieli kościelne sierocińce, Koreanki, podczas wojny z Japonią, były Pocieszycielkami, a Kanada miała szkoły z internatem dla dzieci rdzennych mieszkańców......
    Książka ważna nie tylko ze względu na temat, ale też na mechanizmy uruchamiane w takich sytuacjach. Kanadyjczycy reagowali na zjawisko jak wszystkie inne narody na przemoc i cierpienie. Kościół Katolicki reagował - jak zawsze.
    Czytałam tę opowieść długo nie dlatego, że jest trudna w odbiorze, ale dlatego, że porusza trudne i zawiłe problemy. Nie da się jej szybko przeczytać, tak, jak nie da się jej szybko zapomnieć. Zostanie ze mną na długo i na pewno będzie jedną z ważniejszych książek przeczytanych w tym roku. jedną z najważniejszych, a nie jedną z najlepszych, bo uważam, że w kategorii reportaż nie możemy oceniać książki w kategoriach najlepsza/najgorsza, ten rodzaj literatury opowiada o ważnych lub mało ważnych sprawach i tak należy na niego patrzeć. Ta książka jest o bardzo ważnych sprawach nie tylko dla Kanady, ale także dla całej ludzkości.
    Przy całym moim uznaniu dla tematu i jego ważności, mam do książki dwie uwagi:
    - Autorka na przestrzeni całej książki powraca do raz opisanych wydarzeń, dopowiada i pisze kilka razy to samo, co sprawia wrażenie chaotyczności relacji.
    - Od reportażu wymagam bezstronności, rzetelnego przedstawienia faktów i wydarzeń oraz pozostawienia czytelnikowi prawa do wyciągania wniosków i oceny sytuacji. Niestety Autorka wielokrotnie narzuca czytelnikowi swój punkt widzenia, prezentuje swoje przemyślenia i subtelnie podsuwa co powinien myśleć.
    Mimo tych zarzutów książka jest jak najbardziej warta przeczytania i przemyślenia zawartych w niej treści.

Warto zerknąć