Wada
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 3.92 / 5.00
liczba ocen: 277
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
31.90 złpremium: 19.14 zł
20.73 zł
22.90 zł
25.53 zł
27.11 zł
Pozostałe księgarnie
17.55 zł
19.14 zł
24.50 zł
25.12 zł
25.51 zł
26.57 zł
27.10 zł
27.12 zł
28.71 zł
29.00 zł
31.89 zł
Opis:

Są sprawy pogrzebane dawno temu i świeże ślady świadczące o zbrodni.Tylko ciała brak… „Małecki z każdą kolejną książką wyrasta na prawdziwego arcymistrza polskiego kryminału” – Piotr Bratkowski, „Newsweek”

Groźne burze nad Chełmżą i nieznośne sierpniowe upały. Na leśnej polanie w pobliżu jeziora komisarz Bernard Gross trafia na pusty, zakrwawiony namiot. Stopniowo odkrywa wokół niego znacznie więcej śladów krwi. Wszystko wskazuje na brutalną zbrodnię, której ofiarą mogła paść młoda kobieta. Kłopot w tym, że Gross nie ma żadnego punktu zaczepienia. Brak ciała ofiary, narzędzia zbrodni i sprawcy. Zbyt wiele niewiadomych i zbyt wiele mylnych tropów, którymi musi podążyć, by w gęstniejącym mroku odnaleźć przerażającą prawdę. Prawdę, która odsłoni rodzinną tajemnicę sprzed wielu lat…

CYTATY:
Sukcesy powstają z pracy nad porażkami.
Recenzje blogerów
Przyznam się Wam, że już dawno nie miałam takiej czarnej dziury w głowie, gdy zasiadałam do pisania recenzji jaką mam teraz. Wychodzi na to, że czym książka lepsza, tym trudniej mi o niej pisać. Tak przynajmniej jest z Wadą Roberta Małeckiego. Mam wrażenie, że cokolwiek bym nie napisała o tej powieści, będzie niewystarczająco dobre.

W środku upalnego lata dochodzi do dość dziwnego przestępstwa. Na leśnej polanie, przy plaży policjant Bernard Gross trafia na opuszczony namiot a wokół niego ślady krwi. Ich znaczna ilość oraz pozostałe ślady świadczą o tym, że mogło tam dojść do brutalnego zabójstwa młodej kobiety. Pomimo intensywnych poszukiwań nie udaje się jednak odnaleźć ciała. Brak ofiary oraz narzędzia zbrodni znacznie utrudnia wytypowanie sprawcy. To jednak nie jedyny zawodowy problem Grossa, bo jeśli czytaliście Skazę wiecie, że bohater w życiu osobistym również nie ma łatwo a w tej części autor w tym temacie także mu nie odpuszcza. Tak czy inaczej na zdrowotną emeryturę odchodzi dotychczasowy szef Grossa a on sam ma zająć jego miejsce. W „spadku” przełożony pozostawia śledczemu niedokończone sprawy sprzed lat, w tym jedną dotyczącą zaginionej trzydzieści lat temu kobiety. Jakie tajemnice skrywają obie te sprawy? I w jaki sposób się ze sobą łączą? Tego oczywiście dowiecie się z lektury tej książki.

Wada to zdecydowanie jedna z lepszych książek, które miałam przyjemność czytać w całym swoim życiu. Historia wciąga właściwie od pierwszych stron. Intryga rozwija się co prawda powoli, jednak dość metodycznie. Miałam wrażenie, że szczególnie w pierwszej połowie niewiele się dzieje a jednak, nie sposób się było od tej historii oderwać. Poza tym wszystko w tej książce jest po coś i ma swój sens, choć jako czytelnicy odkryjemy go dopiero później, gdy kolejne elementy układanki zaczną się ze sobą łączyć. Robert Małecki jak nikt inny konsekwentnie i bardzo skrupulatnie buduje nastrój, tworzy unikalnych, wyrazistych i interesujących bohaterów, poza tym w ciekawy (nieprzerysowany) sposób przedstawia pracę dochodzeniowców. Autor misternie utkał całą akcję i naprawdę trudno mieć chociażby szczątkowe pomysły na to, jak ta historia się zakończy.

Wada nie jest książką łatwą i taką na jeden wieczór. Autor wymaga od czytelnika poświęcenia tej lekturze niemal całej uwagi. W zamian jednak otrzymujemy powieść od której naprawdę ciężko się oderwać i którą czyta się wyśmienicie i mimo kryminalnej tematyki, której lektura sprawia po prostu przyjemność.

Wada to moje drugie spotkanie z twórczością Roberta Małeckiego, półtora tygodnia temu miałam bowiem przyjemność przeczytać Skazę, pierwszy tom cyklu, którego głównych bohaterem jest śledczy Bernard Gross. Pisałam Wam wtedy, jak ogromne wrażenie zrobiła na mnie lektura tej powieści. Mimo to „Wada” dosłownie powaliła mnie na kolana. Wszystko, co tak bardzo zachwyciło mnie w poprzedniej części: klaustrofobiczny, dość mroczny i lekko gorzki klimat, dbałość o szczegóły, jak również i to chyba przede wszystkim, wysoko estetyczny i misternie dopracowany język w drugiej części jest jakby zwielokrotnione.

Kilka razy zdarzyło mi się, przyznawać Wam do tego, że mam słabość do polskich autorów i że naprawdę uważam, że mamy się czym pochwalić w tym zakresie. Robert Małecki jest tego doskonałym przykładem. Powiem Wam, że mając zarówno Skazę ale przede wszystkim Wadę w ręku czułam taką patriotyczną dumę, że my Polacy mamy takiego autora. A chyba, przede wszystkim odczuwałam dumę, że w moim ojczystym języku można tak pisać.

Powiem Wam, że odkładając tę książkę, chyba pierwszy raz miałam poczucie, że teraz czytanie, nie będzie już takie samo. Panie Robercie jak teraz żyć ja się pytam??? Na szczęście pomiędzy wyglądaniem Zadry w zapowiedziach mogę nadrobić zaległości i sięgnąć po poprzedni cykl autora.

Jak już wiecie, nie jestem dobra w wyszukiwaniu jakichkolwiek mankamentów w książkach, które czytam. Tym razem nawet gdyby były, nie zauważyłabym ich. Jak dla mnie to książka właściwie idealna. I jako czytelnik, takie produkty pracy autorów chcę otrzymywać. Czytając Wadę miałam wrażenie, że jej autor bardzo szanuje mnie, zwykłego odbiorcę Jego pracy. I chyba właśnie to zrobiła na mnie podczas lektury tej powieści największe wrażenie.

Bardzo gorąco polecam Wam Wadę a jeśli nie mieliście jeszcze okazji przeczytać, również Skazę Obie bowiem zdecydowanie warte są poznania.

Ocena: 5+/6
©Kocham Cię, moje życie
Jego poprzednia powieść, Skaza, otrzymała zarówno tytuł Kryminału Roku Kryminalnej Piły, jak i Nagrodę Wielkiego Kalibru Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. To znaczy, że w przeciągu trzech lat Robert Małecki z debiutanta stał się bardzo liczącym nazwiskiem na tłocznej przecież liście polskich „kryminalistów”. Chwaliłam go już przy Najgorsze dopiero nadejdzie, jednak on bynajmniej nie zamierzał spocząć na laurach. Konsekwentnie, spokojnie, z wciąż skromnym uśmiechem pnie się na szczyt. W zeszłym miesiącu na rynku ukazała się druga część serii z Bernardem Grossem, Wada.

Na leśnej polanie w pobliżu chełmżyckiego jeziora stoi namiot. Nic dziwnego, trwa bowiem wyjątkowo upalny sierpień, ale problem w tym, że namiot jest zakrwawiony i… pusty. Komisarz Bernard Gross otrzymuje wezwanie od chłopaka, który natrafił na makabryczne znalezisko, i natychmiast rozpoczyna śledztwo. Po śladach krwawych nie może być wątpliwości, że ktoś stracił tu życie, ale ciało zniknęło. A jak to się mówi: nie ma ciała, nie ma zbrodni. Czyżby? Na polanie Gross odkrywa więcej śladów krwi oraz kobiece majtki, jednak to wciąż nie zbliża go do prawdy o tym, co tu się wydarzyło. Komisarz nie ma żadnego punktu zaczepienia: brak ciała ofiary, brak narzędzia zbrodni, brak sprawcy… Czy ta sprawa ma szansę na rozwiązanie, czy też będzie kolejną, która po latach trafi do teczki tak zwanego „policyjnego Archiwum X”? Kto zna Bernarda Grossa, ten jest spokojny – gliniarz nie odpuści. Tym bardziej, gdy zrozumie, że to, co stało się w namiocie, może mieć związek z pewną niewyjaśnioną zbrodnią sprzed lat…

Sukcesy powstają z pracy nad porażkami.

Komisarz próbuje prowadzić obie sprawy równolegle, co nie jest proste. Do tego dostaje nowego pracownika, który przeszedł do działu kryminalnego z prewencji. Gross źle się czuje, wydając innym polecenia, przerasta go odpowiedzialność za czyjeś życie, tym bardziej, że raz już jego podwładny zginął na służbie i policjant się za to obwinia… W życiu prywatnym również nie jest różowo: jego żona, Agnieszka, która po napadzie sprzed lat jest w stanie stuporu, wydaje się być coraz bledsza i chudsza, a choć pracownicy toruńskiego zakładu opiekuńczo-leczniczego fundacji „Światło” robią co mogą, jest naprawdę niewielka nadzieja, że kobieta się „obudzi” i wróci kiedyś do normalnego życia. Ich syn Bartek o stan matki wini ojca, przez co kompletnie się od niego odsunął. Bernard Gross jest sam. A może… Może powinien sobie pozwolić na nowy związek? Czy to będzie zdrada małżeńska?

Robert Małecki rozwija warsztat z każdą kolejną książką, o czym mogę zaświadczyć, ponieważ czytałam każdą powieść od wydanej w 2016 roku Najgorsze dopiero nadejdzie. Już wtedy wieszczyłam, że będzie tylko lepiej, bo był to debiut niezwykle udany. Ten toruński autor nie stawia na brawurowe zwroty akcji i policyjne pościgi, pokazuje raczej, jaka żmudna jest codzienna praca policjanta, także w dziale, gdzie z założenia „dużo się dzieje”, czyli w pionie kryminalnym. Jednak i tu nikogo nie ominie dobrze znana pracownikom wszelkich biur czy korporacji „papierologia”, a rozmowy ze świadkami są często długie, nużące i niewiele wnoszące do sprawy. Są pewnie tacy, którym styl Małeckiego nie przypadnie do gustu, ale ja jestem zdania, że to niezwykle podbija wiarygodność powieści i czyni ją pełną, chciałoby się rzec: pełnokrwistą. To zaś sprawia, że wiem, że Wada pozostanie mi w głowie na długo, tak jak na przykład cykl o Marku Benerze, o którym myślę czasem do dzisiaj. To tylko pokazuje, z jaką dbałością o szczegóły i realizm kreuje swoje postaci Robert Małecki.

Widać, że autor lubi motyw nierozwiązanych spraw z przeszłości, bowiem i tu mamy takie rozwiązanie. Ponownie rodzinne tajemnice gniją latami, wepchnięte w najdalsze zakamarki ludzkiej pamięci, a Gross cierpliwie, krok po kroku, będzie je odsłaniał i wydobywał na światło dzienne. W tym jest naprawdę dobry: czemu więc nie potrafi odkryć, kto stoi za napadem na jego żonę? Muszę przyznać, że jestem trochę zawiedziona, że w tym wątku nic się w Wadzie nie wyjaśniło, ale znając Małeckiego wiem, że kolejne części na pewno przyniosą rozwiązanie, a może nawet, jak w przypadku cyklu o Benerze, pozwolą mi z przyjemnym dreszczem odkryć, że pisarz już wcześniej dawał niedostrzegalne przeze mnie wskazówki, a na końcu wszystko ułoży się w zgrabną całość.

Wartością dodaną pisarstwa Roberta Małeckiego jest to, że mimo sukcesów, które odnosi na „kryminalnym” polu, jest wciąż tym samym, niezwykle sympatycznym i skromnym człowiekiem. Nie szarpie się z nikim w drodze na szczyt, nie idzie do celu po trupach, ale wciąż miło, jakby ze zdziwieniem się uśmiecha, gdy jest chwalony lub dostaje kolejną nagrodę, wspiera kolegów po piórze i mocno poleca ich powieści, a także zawsze ma czas dla czytelników. I tylko niepokojem napawa fakt, że pod tą przyjemną powierzchownością czai się coś, co pozwala mu konstruować tak mroczne, przygnębiające w swej wymowie fabuły… Cokolwiek to jest, niech pozostanie ukryte w głębi duszy i pozwoli Robertowi Małeckiemu pisać kolejne świetne powieści. Mało mam takich osób, ale Małecki właśnie do nich dołączył – jego książki mogę bez obaw brać w ciemno!

Ocena: 5+/6
©tanayah czyta
Życie prywatne jest nierozerwalnie związane z zawodowym. I choć jestem zwolenniczką oddzielania tych dwóch sfer, to jednak mam świadomość, jakie to trudne. Akurat wiem, co mówię, bo pracuję ze swoim mężem. Ale przyznam, że nadzwyczaj rzadko zdarza nam się rozmawiać o pracy. Każde z nas ma swoją działkę, a ja dodatkowo mało rozumiem z jego pracy, bo z programowaniem mam tyle wspólnego, co z gotowaniem – wiem, że ludzie to robią, obserwuję, jak to robią i doceniam, że dla mnie to robią. Najtrudniej chyba nie mieszać życia zawodowego z prywatnym w momencie tragedii. Gdy wali się nasz świat, trudno jest wstać rano, dojechać do pracy i jakby nigdy nic otworzyć komputer, pójść do kuchni po kawę, poplotkować z resztą załogi, wrócić na miejsce i nie myśleć o tym, że stało się coś, co zmieniło nasze życie. W takim mniej więcej punkcie jest Bernard Gross na początku Wady Roberta Małeckiego. Czytelnicy, którzy poznali komisarza w pierwszej części serii, doskonale pamiętają, co wydarzyło się w jego życiu. Ci, którzy jakimś cudem jeszcze Skazy nie przeczytali, nie zostaną pominięci przez autora, który po raz kolejny nawiąże do wydarzeń sprzed lat.

Tymczasem w Chełmży dochodzi do zbrodni. A przynajmniej tak wydaje się śledczym, którzy znajdują na leśnej polanie niedaleko jeziora zakrwawiony namiot. Decydują się na ściganie przestępcy, o którym nie wiadomo nic – łącznie z tym, że zdaniem niektórych nie wiadomo, czy w ogóle istnieje. Śledztwo zatacza coraz szersze kręgi, jednak za każdym razem utyka w martwym punkcie. Do momentu, w którym puzzle pochodzące na pierwszy rzut oka z różnych kompletów okazują się być częściami tajemnicy sprzed lat.

Po lekturze Skazy długo zastanawiałam się nad fenomenem Małeckiego. Nie dlatego, że w niego wątpiłam. Po prostu nie spodziewałam się aż takiego postępu. Zastanawiałam się, czy Wada utrzyma poziom. Niestety, porównań nie da się uniknąć, choć czasem dobrze byłoby oceniać książkę jako osobny byt, a nie w kontekście dotychczasowej twórczości. Małecki nie ma się czego obawiać. Nie obniżył poziomu ani o milimetr. Wydawało mi się, że fabuła Skazy była dość skomplikowana, ale to, co zrobił w najnowszym kryminale, dla mnie oscylowało w granicach fantastyki. I to zdecydowanie nie jest wada. Oczywiście z tą fantastyką to tak z przymrużeniem oka (choć inny Małecki zaczynał od tego gatunku i też było dobrze). Sposób, w jaki pisarz poprowadził śledztwo, uważam za absolutny majstersztyk. Jednak śledztwo śledztwem, a ja – kończąc lekturę – pomyślałam, że to był taki… bardzo osobisty kryminał. Ta myśl pojawiła się z uwagi na komisarza Grossa i to, co przeżywa w związku ze swoją osobistą tragedią, a także kolejnymi wydarzeniami w pracy. To ciekawe, że bohater literacki wywołał we mnie tyle empatii, jakby był przyjacielem. Współczułam mu, dopingowałam, towarzyszyłam mu podczas sklejania drewnianych modeli. Razem z nim czytałam „Następne życie”, buntowałam się nad niesprawiedliwością, która go dopadła.

Po pierwszych trzech książkach Małeckiego pomyślałam sobie, że goni swoich kolegów po fachu. Wyobrażałam sobie, jak stoją wszyscy na linii startu, a po gwizdku pędzą przed siebie co sił w nogach. Wszyscy poza Małeckim, który zdawał się nie do końca wiedzieć, że musi gnać do przodu. Jakby nieco nieobecny, jakby nie do końca wiedział, na czym polega ta gra. Ludzie go dopingowali, ale wiadomo – najwięcej fanów ma zawsze ten, który przekracza linię mety jako pierwszy. Po Skazie widziałam, jak – może lekko zdyszany, ale z odpowiednią kondycją – zaczyna deptać po piętach najlepszym. Trybuny szalały. Wadą wyszedł na prowadzenie i to z całkiem niezłym zapasem. Na mecie czekały na niego rzesze fanów. Nie wiem, co będzie dalej, ale to niesamowita przyjemność obserwować, jak polski kryminał rośnie w siłę.

Ocena: 6/6
©Spadło mi z regała
W pobliżu płatnej plaży, nad chełmżyńskim jeziorem, ktoś znajduje porzucony namiot ze śladami krwi wokół.

Komisarz Bernard Gross rozpoczyna śledztwo, bo mimo, że nie ma zwłok, według niego wszystko wskazuje na zabójstwo. Znaleziona obok zakrwawiona bielizna, sugeruje również brutalny gwałt. Ale nie ma ciała, nie ma zbrodni. Laboratorium się nie spieszy z badaniami śladów, w okolicy nikt nie zgłasza zaginięcia.

Dodatkowo Bernardowi komplikuje się w pracy, niechciany awans, nowi podwładni.

I jeszcze nierozwiązana stara sprawa zostawiona przez byłego szefa.

Trzydzieści lat temu zaginęła kobieta z noworodkiem. Bez śladu. Bernard nie wie czy szukać trupa z bieżącej sprawy, czy szukać śladów zaginięcia sprzed lat. A może to się jakoś wiąże?

Prywatnie też komisarz nie ma lekko. Żona, syn, znajoma…

A wszystko się gmatwa i splata… Chwilami, i komisarz, i czytelnik, tracą nadzieję na rozwiązanie.

Początkowo nieco zniechęciły mnie do Wady zupełnie niepotrzebne opisy seksu. Jakby ktoś powiedział autorowi, że lepiej odbierane są książki z takimi wstawkami. Nie było tego w Skazie, i w Wadzie też potem zanikło. I całe szczęście, bo nic nie wnosiło do akcji, a odrzucało od czytania. A im dalej tym lepiej.

Akcja wciąga, tropy wyprowadzają w las. Trudno się oderwać.

No i rozwiązanie zaskakuje!

I mimo, że nie jestem w stanie, tak zwyczajnie po ludzku, polubić Bernarda, to bardzo podobają mi się jego chełmżyńskie śledztwa.

Czekam na kolejne!

Ocena: 5+/6
©CzytAśka
Akcja Wady dzieje się kilka miesięcy po Skazie - tym razem mamy upalne lato. Na leśną polanę w pobliżu jeziora zostaje wezwany nie kto inny, jak nasz główny bohater - świadek znalazł namiot ze śladami krwi. Tylko śladami krwi, nie ma jednak nigdzie ciała. Ciała, narzędzia zbrodni, sprawcy - namiot pozostaje jedną wielką niewiadomą, nic się tutaj komisarzowi nie zgadza. Gross podejrzewa jedynie, że w tym miejscu doszło do brutalnego morderstwa z aktem seksualnym w tle, którego ofiarą jest kobieta - a przynajmniej o takim przebiegu wydarzeń świadczy miejsce zdarzenia. Jednocześnie Gross dostaje stołek po swoim przełożonym, a wraz z nim - kilka teczek z "poleceniem" rozwiązania spraw sprzed wielu lat. Jedną z nich jest zaginięcie pewnej kobiety i jej kilkumiesięcznego syna z 1988 roku. Jak można się domyślać - te dwie sprawy, z pozoru niemające ze sobą nic wspólnego, zaczynają wkrótce zyskiwać coraz więcej wspólnych mianowników.

Jak w poprzedniej części - i tutaj czytelnik nie siedzi w głowie Grossa, tylko otrzymuje takie same informacje, co komisarz i sam musi ułożyć wszystko w logiczną całość, doprowadzając do wyjaśnienia obu zagadek. Wszystkie tropy są podrzucane subtelnie, gdzieniegdzie zapalają się w głowie lampki ostrzegawcze, jednak ciągle i nam i komisarzowi coś umyka. Wątek kryminalny poprowadzony jest bezbłędnie, akcja zawieszana jest w odpowiednich momentach, by nie pozwolić czytelnikowi odłożyć książki. Nie ma zalewu informacji, ich ilość jest wyważona i adekwatna do opisywanej historii. Wszystko jest tutaj w idealnych jak dla mnie proporcjach - nie tylko jeśli chodzi o wątek kryminalny, ale także i część obyczajową, na którą zwracałam uwagę przy okazji Skazy - głównie mam tutaj na myśli samego Grossa, jego życie, przeszłość i jej echo w teraźniejszości. Miałam nadzieję, że pewne sprawy wyjaśnią się już w tym tomie, ale ewidentnie trzeba mi czekać na Zadrę.

Gross to człowiek z krwi i kości - jego problemy i rozterki czynią go tak bardzo ludzkim, że chce się mu pomóc i chociaż spróbować doradzić... Autor jest konsekwentny w swoim stylu, nie opisuje uczuć i emocji, lecz świetnie je oddaje poprzez zachowanie danego bohatera, co widać szczególnie w przypadku Grossa właśnie. Robert Małecki jest bardzo drobiazgowy w opisach rzeczywistości naszych bohaterów, lecz na szczęście w mniejszym stopniu, niż w Skazie. Podobnie, jak w pierwszej części, fabułę mamy podzieloną według dni śledztwa, by na końcu przeskoczyć kilka miesięcy naprzód. Jest to o tyle zmiana, że w Skazie fabuła została podzielona na teraźniejszość i 10 lat wstecz. Teraz przeszłość i teraźniejszość przenikają się w rzeczywistości Grossa i robią to w sposób spektakularny.

Ta część fabularnie chyba podobała mi się bardziej. Jeśli zatem tendencja jest zwyżkowa, to Zadra powinna rozwalić system. Jestem bardzo ciekawa, co siedzi w głowie autora? Na razie mnie nie zawodzi i jakoś jestem dziwnie spokojna, że nigdy nie zawiedzie.

Ocena: 5/6
©Zakątek czytelniczy
Uwielbiany przeze mnie komisarz Bernard Gross powrócił z kolejną zagadką. Ależ to był smakowity kąsek!

W upalny sierpniowy dzień komisarz Bernard Gross zostaje wezwany do dziwnego znaleziska niedaleko jeziora. Na miejscu zastaje pusty namiot z wyraźnymi śladami zbrodni – niestety, ciała oraz narzędzia brak. Czy faktycznie doszło tu do morderstwa? A może intuicja tym razem źle podpowiada Grossowi? Przed komisarzem śledztwo pełne znaków zapytania, które odsłoni mroczne tajemnice z przeszłości.

Twórczość Roberta Małeckiego śledzę od pierwszej powieści (Najgorsze dopiero nadejdzie) i wciąż jestem pod wrażeniem jego talentu oraz ogromnej pracy, którą wkłada w doskonalenie warsztatu. Po bardzo wciągającej Skazie, czyli pierwszej części z Grossem, która na tegorocznej Kryminalnej Pile została uznana za najlepszy polski kryminał miejski 2018 roku, wiedziałam, że tego pisarza na wiele jeszcze stać. I ani trochę się nie pomyliłam. Wada to kryminał, który fabułą porywa od pierwszej strony, a im bliżej końca, tym bardziej jest nieodkładalny. Choć zamierzałam smakować go co najmniej kilka dni, ostatecznie pochłonęłam go w weekend.

Małecki ma wyjątkową umiejętność wciągania czytelnika w wymyśloną intrygę. Nawet gdy pisze o mało znaczącym zdarzeniu, robi to w taki sposób, by jak najbardziej pobudzić naszą wyobraźnię i zaostrzyć apetyt na to, co za chwilę się stanie. W Wadzie nie brakuje napięcia, dusznej i przeszywającej atmosfery, ciekawych zwrotów akcji, przeszłości przenikającej się z tym co tu i teraz, a także wielowymiarowego spojrzenia na ludzkie rozterki i dramaty. I jeszcze zupełnie nieprzewidywalnego zakończenia, które jest doskonałym zwieńczeniem tej arcywciągającej historii.

W centrum wydarzeń jest nieustępliwy komisarz Bernard Gross – postać nietuzinkowa, ze sporym bagażem doświadczeń i wyjątkowym nosem do zagadek kryminalnych. Swoje ma za uszami, nie zawsze dokonuje słusznych wyborów, czasem miota się pomiędzy prawdami i szarpie sam ze sobą, ale to te ułomności właśnie sprawiają, że od początku czujemy do niego sympatię i kibicujemy mu w zawodowych oraz prywatnych zmaganiach. I tym razem Małecki go nie oszczędza – rzuca w wir niejednoznacznych zależności, znowu każe walczyć z osobistymi demonami, poddaje próbom, z których niejeden wyszedłby z podkulonym ogonem. Ale nie Gross! On do cieniarzy nie należy, nawet jeśli czasem zdarza mu się stracić wiarę w siebie i sens tego, co robi na co dzień. To naprawdę jeden z moich ulubionych męskich bohaterów – facet, za którego szorstkością i wewnętrznym smutkiem już cholernie tęsknię, choć od skończenia przeze mnie lektury minęło zaledwie kilka dni.

Jeśli szukacie doskonałej kryminalnej rozrywki, sięgnijcie po Wadę – nie zawiedziecie się.

Ocena: 6/6
©SieCzyta
Pierwszy cykl kryminalny Roberta Małeckiego o toruńskim dziennikarzu, któremu przyszło rozwiązać kilka zagadek kryminalnych, był niezły. Jednak kolejne książki są coraz lepsze. Wada to kolejny kryminał, którego akcja dzieje się w niewielkiej Chełmży. Jeśli ktoś myśli, że policja nie ma tam nic do roboty, to nie ma pojęcia o życiu na prowincji. Tym razem komisarz Bernard Gross musi rozwiązać dwie sprawy.

Pierwsza ma ponad trzydziestoletnią historię świadczącą o bezradności milicji, a potem policji. Gross przygląda się tajemniczemu zaginięciu kobiety z dzieckiem, do którego doszło przed wielu laty. Odchodzący z powodu choroby na emeryturę przełożony prosi komisarza o zajęcie się tą sprawą. Czy można rozwiązać tak starą już zagadkę kryminalną? Co się wówczas stało? Najpierw jednak komisarz musi zrozumieć dlaczego po tylu latach wszyscy nadal kłamią w tej sprawie.

Druga sprawa jest całkiem świeża. Nad jeziorem znaleziono ślady krwi, zakrwawiony namiot, damskie stringi, ale to wszystko. Ślady sugerują zabójstwo, ale nie ma zwłok, ani też narzędzia zbrodni. Gross musi się uporać z dość sporym wyzwaniem, pomimo niechętnej postawy prokuratora. Na domiar złego stracił kontakt z dorosłym synem i jedyne co mu pozostało z życia rodzinnego to odwiedziny w hospicjum, gdzie przebywa jego żona od lat w stanie śpiączki.

Niewątpliwą zaletą powieści jest świetnie skonstruowana fabuła, w której wątki kryminalne splatają się ze scenami z życia prywatnego w niemal idealnych proporcjach. Narracja jest płynna i swobodna, dzięki czemu czytanie tej książki to po prostu przyjemność. Myślę, że Małecki staje się coraz większą konkurencją dla uznanych autorów polskiej literatury kryminalnej. Skaza i Wada są tego jednoznacznym dowodem.

Ocena: 6/6
©Autorski przewodnik kulturalny
Znacie komisarza Bernarda Grossa? Jeśli nie, to szkoda, bo to błyskotliwy policjant, który brawurowo rozwikłał zagadkę dwóch nieboszczyków odnalezionych na skutym lodem jeziorze (o tym śledztwie możecie przeczytać w Skazie). Jednak nie ma powodu do zmartwienia, gdyż Gross również aktywnie działa w Wadzie, która jest osobną historią i nowym wyzwaniem dla chełmżyńskiej policji.

Bernard Gross nadal jest mężem Agnieszki, która po traumatycznych przeżyciach leży w śpiączce w szpitalu. Ojcem, który praktycznie nie ma kontaktu z synem. Ale przede wszystkim jest komisarzem, któremu przydzielono zadanie rozwikłania tajemniczego znaleziska, jakim jest zakrwawiony namiot pozostawiony na leśnej polanie blisko jeziora. Dodatkowe poszlaki wskazują, iż może być to miejsce zabójstwa kobiety. Jednak nie ma ciała i nie ma również zgłoszenia odnotowanego w rejestrze osób zaginionych. Co się stało na polanie? Jeśli ktoś zginął to dlaczego? Kim była ofiara? W jaki sposób doszło do zabójstwa – jeśli doszło? Gdzie jest ciało? Sprawa po wstępnym rozpoznaniu wydaje się być patowa, ale pojawiają się tropy, które pokierują śledczego do archiwalnej sprawy sprzed trzech dekad.

Przyznaję szczerze, że podczas czytania kilkukrotnie złorzeczyłam autorowi, bo to na jakie miny mnie kierował, jak mocno plątał poszczególne wątki i nitki, które miały pokierować mój tok myślenia prosto do celu, wyzwalało we mnie czytelniczą agresję i … podziw. Niemal do samego końca nie wiedziałam jak potoczy się sprawa i jak ułożą się losy bohaterów.

Czyli co? Czyli mamy rasowy kryminał z sukcesywnie budowaną fabułą, do której dokładane były kolejne fakty nie wyskakujące jak króliki z kapelusza, ale uzyskiwane mozolną pracą śledczą. Kryminał, który nie ocieka krwią – ha! nawet ciała nie było – i ma logiczne zakończenie. Czego chcieć więcej? Kolejnej odsłony Roberta Małeckiego idącego ramię w ramię z Bernardem Grossem. Już się szykuję!

PS. Pytanie otwierające, to była taka zaczepka z mojej strony, bo przecież Bernard Gross i Skaza zgarnął tegoroczną nagrodę Kryminalnej Piły dla najlepszej polskiej miejskiej powieści kryminalnej i nominację do Nagrody Wielkiego Kalibru!

Ocena: 5+/6
©Na czytniku
Komentarze dotyczące oferty:
Inne proponowane
Warto zerknąć