Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 4.00 / 5.00
liczba ocen: 29722
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
36.00 złpremium: 21.60 zł
-25% 21.60 zł
25.90 zł
30.60 zł
36.00 zł
Pozostałe księgarnie
18.00 zł
27.00 zł
28.35 zł
28.80 zł
29.88 zł
30.60 zł
32.04 zł
32.40 zł
32.50 zł
36.00 zł
Opis:

O 11 wieczorem Evelyn Hardcastle zostanie zamordowana. „Masz osiem dni i osiem wcieleń. Pozwolimy ci odejść, pod warunkiem że odkryjesz, kto jest zabójcą. Zrozumiano? W takim razie zaczynamy…” Evelyn Hardcastle będzie umierać każdego dnia, aż do momentu, gdy ktoś odkryje, kim jest jej zabójca. „Zachwycająca łamigłówka. To najbardziej nieprzewidywalna zagadka kryminalna roku!”

Wśród gości zaproszonych do Blackheath jest kilka osób, które próbują to zrobić. Nie mają równych szans ani równych możliwości. Stale przeżywają ten sam dzień, usiłując rozwiązać zagadkę, lecz każdy wieczór nieubłaganie przeszywa dźwięk wystrzału z rewolweru…
Jeśli Aiden Bishop nie zwycięży w wyścigu o odkrycie tożsamości mordercy, nigdy nie opuści posiadłości. Ma osiem szans: każdego ranka przez osiem dni obudzi się w ciele innego gościa... Jeśli nie uda mu się znaleźć zabójcy, cały cykl zacznie się od początku. I znów będzie musiał odkrywać, kim są jego przeciwnicy i który z nich pod eleganckim ubraniem skrywa śmiertelnie ostry nóż…
Agatha Christie, która triumfalnie wkroczyła w XXI wiek.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle od Stuart Turton możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka (pdf, epub, mobi) na swoim czytniku (np. kindle, pocketbook, onyx, kobo, inkbook) lub słuchać w formie audiobooka (mp3).
CYTATY:
Gdy masz za mało informacji, jesteś ślepy, gdy za dużo, zostajesz oślepiony.
Gniew to coś konkretnego, ma swoją wagę. Można się na niego rzucić z pięściami. A litość jest jak mgła, w której łatwo się zgubić.
Nic lepiej niż maska nie odkrywa prawdziwej natury człowieka.
Życie nie zawsze daje nam wybór, jak je przeżyć.
Recenzje blogerów
Może będę kroplą czarnej, oleistej ropy naftowej na falach czystego zachwytu nad tą książką, ale prawdę mówiąc mocno się umęczyłem, aby dotrwać do końca. Sama historia bardzo interesująca, ale czasy wiktoriańskie i stylizowany wobec tego język to zdecydowanie nie moja bajka. Do tego dochodzi mnogość bohaterów, o niespecjalnie łatwych do zapamiętania imionach i nazwiskach i mimo deszczowej i mroźnej atmosfery przedstawionej w książce, topił mi ten urodzaj obwody.

Oddać trzeba autorowi, że powieść wymuskana do obłędu. Nie znalazłem ani jednego potknięcia logicznego, a opanowanie tej fabuły, uwierzcie mi, do łatwych nie należy. Mamy tutaj do czynienia z próbą rozwiązania zagadki śmierci Evelyn przez duszę, która każdego dnia znajduje się w innym ciele. I gdyby zachować liniowość czasu, to wszystko byłoby proste. Ale autor namieszał i skakał po osi czasu jak pchła. To było szalenie wymagające, przynajmniej dla mnie.

Złego słowa nie powiem o koncepcji fabuły (fantastyczny i oryginalny pomysł), ani o sztuce pisarskiej autora (i umiejętnościach tłumacza), natomiast przyjemność z czytania była mocno wątpliwa. Czytając Siedem śmierci Evelyn Hardcastle nie poczułem też ani zatęchłego klimatu tej powieści, ani niecierpliwości co wydarzy się na kolejnych stronach. Bardzo natomiast spodobała mi się koncepcja (ale to już na samiuśkim końcu wyjaśniona) dlaczego w ogóle ci ludzie byli tam gdzie byli.

Książka zapewne znajdzie wielu entuzjastów, ale ja się do nich nie zaliczę niestety. Niemniej jednak warto było przeczytać, choćby w ramach poszerzania horyzontów literackich.

Ocena: 4+/6
©PanCzyta.pl
Czy istnieje przepis na niepowtarzalną książkę? O ile literackie powiązania mnie nie denerwują, o tyle marketingowe hasła już bardzo. „Polski Dan Brown!” – krzyczano, gdy Maciej Siembieda wydawał swoją pierwszą książkę. „Polski Chris Carter!” – grzmiano po debiucie Maxa Czornyja. A ja chcę powiedzieć, że Cartera nie czytałam (za to Czornyja owszem, i to z wielką uciechą), a Brown od Siembiedy mógłby się wiele nauczyć. Czasem marketingowe sztuczki działają na mnie wprost przeciwnie do zamierzonego celu. Dlatego też z pewną dozą nieufności podchodziłam do Siedmiu śmierci Evelyn Hardacstle Stuarta Turtona. Wydawca postanowił zareklamować tę książkę, porównując ją do Agathy Christie. Odważnie.

Podjęłam próbę streszczenia mężowi Siedmiu śmierci… i powiem wam, że to nie lada wyzwanie. Opowiedzieć fabułę tej książki w taki sposób, żeby oddać jej wyjątkowość, to tak, jakby na jednej stronie streścić „Grę o tron”. Nie da się. Historia, którą zaserwował nam Turton, jest tak niesamowicie odjechana (idealnie pasuje mi tutaj ten potocyzm), że przez większość lektury zastanawiałam się, co autor brał i czy jest to ogólnodostępne. Christie rzeczywiście bawiła się z czytelnikiem w kotka i myszkę. Jednak to, co robi Turton, przechodzi ludzkie pojęcie.

Informacji jest niewiele: każdego dnia o godzinie 23 umiera tytułowa Evelyn. Zadaniem niejakiego Aidena Bishopa jest odkrycie, kto ją zamordował. Ma na to kilka dni i… kilka wcieleń. Każdego dnia budzi się w ciele innego gościa i próbuje rozwikłać zagadkę… no właśnie: zabójstwa czy samobójstwa? Autor tak bardzo skomplikował całą sprawę, że trudno wyobrazić sobie, iż można bardziej. I choć przyznam, że nie lubię przesady, a od usilnego dążenia do oryginalności najczęściej mnie odrzuca, to fabuła Siedmiu śmierci… pokonała wszystkie moje wątpliwości. Żeby stworzyć bohaterów, połączyć w jedną całość poszczególne sceny oraz poskładać drobne elementy, które umykają czytelnikowi w ferworze ciągłej akcji, Turton musiał wykonać naprawdę kawał roboty. Ułożył historię, którą trudno porównać do jakiejkolwiek innej. Zblendował kryminał, obyczaj, thriller i doprawił szczyptą fantasy, tworząc oszałamiającą powieść, której lektura jest nie tylko przyjemnością, ale i ogromnym wyzwaniem. Brak chronologii, ciągłe zmiany postaci, szybka akcja, drobnostki mające ogromne znaczenie – wszystko to napędza tę historię i powoduje, że nie sposób odstąpić od niej nawet na chwilę. Czytelnik wręcz pragnie dowiedzieć się czegoś więcej, zrozumieć, co takiego dzieje się w Blackheath, kim jest Doktor Dżuma oraz który gość odpowiedzialny jest za śmierć Evelyn.

Niewątpliwie Siedem śmierci Evelyn Hardcastle wymaga ogromnego skupienia. Nie da się jej czytać na pół gwizdka. Sama przez moment wpadłam w tę pułapkę, sądząc, że mogę sobie pozwolić na chwilę luzu i podczytywanie między wieszaniem prania a sprzątaniem. Nie da się. Tej książce należy poświęcić dużo uwagi, ale jedno jest pewne – autor na to zasługuje. Uważam, że to najbardziej niesamowita książka z dotychczas przeczytanych. Nie jest najlepsza, bo taka może być tylko jedna, a trudno byłoby mi takową wskazać jednoznacznie. Najbardziej niesamowita to najlepsze określenie, dlatego naprawdę bardzo polecam wam lekturę Siedmiu śmierci…

Ocena: 5+/6
©Spadło mi z regała
Bez względu na to czy należycie do czytelników, którzy sięgają często po powieści kryminalne, czy też decydują się raczej na lekturę innych gatunków, prawdopodobnie słyszeliście o debiutanckiej powieści brytyjskiego pisarza - Stuarta Turtona. Siedem śmierci Evelyn Hardcastle jest jedną z tych pozycji, o których ostatnimi czasy sporo się mówi, co tylko potwierdza tezę, że wydawnictwo Albatros, wyborem oferty wydawniczej na pierwszy kwartał 2019 roku rozbili bank. Ale w tym przypadku nie jest to kwestia przypadku czy dobrze poprowadzonych działań marketingowych, a przynajmniej nie tylko tych dwóch składowych, dlatego że powieść Stuarta Turtona jest jedną z oryginalniejszych i ciekawszych historii kryminalnych jakie miałam okazję poznać.

Impreza zorganizowana w posiadłości Blackheath w związku z powrotem Eveyn Hardcastle po latach do domu, zakończy się tragedią - zanim noc dobiegnie końca, kobieta zostanie zamordowana. Wśród zaproszonych - grupy ludzi, których pozornie nic ze sobą nie łączy - znajduje się kilkoro gości, których zadaniem jest odkrycie tożsamości mordercy. Na rozwikłanie zagadki mają osiem dni i tylko udzielenie prawidłowej odpowiedzi umożliwi jednej osobie opuszczenie posiadłości Blackheath. Sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że nie każdy z nich rozpoczyna rozwiązywanie zagadki z tej samej pozycji - szanse nie są wyrównane. Jest dzień pierwszy, a Aiden Bishop budzi się w środku lasu nie wiedząc kim jest i co się dzieje, mając w pamięci tylko jedno imię - Anna.

Rozmowa o powieści napisanej przez Stuarta Turtona jest o tyle trudna, że najlepiej sięgnąć po Siedem śmierci Evelyn Hardcastle, nie wiedząc tak naprawdę za dużo o fabule i dać tym samym autorowi szansę na to by Was zaskoczył. Zwłaszcza, że cała historia została skonstruowana w taki sposób, że nie ma tu żadnych fragmentów, które sztucznie przeciągałyby akcje i niemal od razu zostajemy wrzuceni w sam środek wydarzeń. Nie do końca rozumiem skąd wziął się zarzut, że Siedem śmierci Evelyn Hardcastle jest powieścią niepotrzebnie skomplikowaną i wywołującą poczucie dezorientacji. Prawdą jest, że koncept fabularny dalece odbiega od tego, do czego przyzwyczaiły nas inne opowieści z intrygą kryminalna w tle, ale odniosłam wrażenie, że Stuart Turton dobrze poradził sobie z tym by rozplanować kiedy udzielić czytelnikom stosownych informacji - zapobiegając wrażeniu zagubienia ale nie pozbawiając całości atmosfery tajemnicy.

Stuart Turton kreuje atmosferę zbliżoną do końca XIX/XX wieku, nawet jeśli nie precyzuje dokładnie czasów w jakich osadzona jest akcja - arystokracja, podział społeczny podyktowany statusem materialnym czy też stare, ogromne posiadłości. Debiut brytyjskiego pisarza przywołuje klimat najlepszych powieści królowej kryminału. Tak jak Agatha Christie, tak i Stuart Turton przedstawia zbrodnie, w której mamy do czynienia z ściśle ograniczonym gronem podejrzanych - stwarza czytelnikowi okazję do odegrania roli detektywa, ale pomimo określonej liczby potencjalnych morderców, i tak zaskakuje. Buduje atmosferę mnożących się tajemnic, niepewności i nieustannego poczucia zagrożenia.

Chociaż uważam, że sukces Siedmiu śmierci Evelyn Hardcastle leży przede wszystkim w niesamowicie ciekawym koncepcie fabularnym, nie jest to jedyny element świadczący na korzyść powieści. Stuart Turton zdołał w pełni wykorzystać ów potencjał - i to do samego końca. Co w połączeniu z niezwykle utalentowanym piórem (autorowi udaje się zróżnicować narracje; zaznaczyć różnice w głosach poszczególnych "postaci", a mimo to utrzymać pewną spójność w swoim stylu) i fantastycznie wykreowanymi postaciami (posiadającymi pewne specyficzne cechy charakteru, co, ze względu na koncept, wcale nie było proste), dopiero stanowi pełny przepis na sukces autora.

Zdążyliście się już pewnie do tego czasu zorientować, że Siedem śmieci Evelyn Hardcastle wywarło na mnie ogromne wrażenie i nie dziwi mnie zachwyt innych czytelników. Niemożliwe jest zapoznanie się z całą ofertą wydawniczą na 2019 rok, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jeszcze tzw. backlist - tytuł do przeczytania z lat ubiegłych, ale warto potraktować „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" priorytetowo.

Ocena: 5/6
©Złodziejka książek
Chociaż zamysł sam w sobie był dobry, to niestety wydaje mi się, że Stuart Turton sam sobie nie podołał. Owszem, książka ma swoje zalety, ale niestety nie jest powieścią idealną i chwilami te wszystkie zawirowania i słabe tempo akcji były lekko nużące, momentami wręcz męczące. Być może podeszłam do tej lektury ze zbyt wielkimi oczekiwaniami, ale mimo wszystko nie jestem w pełni urzeczona tą historią.

Cała recenzja na blogu: Siedem śmierci Evelyn Hardcastle

Ocena: 4/6
©BookeaterReality
Czasami warto sugerować się okładkami.

Myślę, że każdy nałogowy czytelnik kryminałów miał w swoim życiu moment, w którym czuł się totalnie wypalony. U mnie wypalenie wynika z tego, że właściwie ciężko jest mi trafić na książkę, której fabuła jest inna, wyróżniająca w porównaniu do historii w kryminałach już przeczytanych. Mam wrażenie, że dlatego też zdarzają mi się coraz częstsze skoki w bok, również do gatunków, po które wcześniej nie zdecydowałabym się sięgnąć.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to książka, na którą zdecydowałam się jedynie ze względu na estetyczną i przyciągającą uwagę okładkę. Opis jakoś szczególnie mnie nie urzekł, do tego jeszcze zapowiedź, że to kryminał w stylu retro, a w nich nigdy jakoś do końca nie potrafiłam się odnaleźć. Najważniejsze, że miałam na półce piękne twarde wydanie książki, która bardzo cieszyła moje oko. Sama historia tego, dlaczego zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę dla mnie jest trochę zabawna. Czasami przygotowuję ankiety na Instagramie i pozwalam wam wybierać kolejną książkę, którą przeczytam. Tym razem wybraliście właśnie Siedem śmierci Evelyn Hardcastle, a ja na początku nie byłam za bardzo szczęśliwa z takiego obrotu spraw. Jednak kiedy weszłam w świat bohaterów, nie mogłam już z niego wyjść.

Wydarzenie zorganizowane w Blackheath okazuje się być pułapką z możliwością wyjścia jedynie dzięki udzieleniu poprawnej odpowiedzi na pytanie o to, kto dokonał morderstwa Evelyn Hardcastle. Wśród gości willi jest kilka osób, które próbują rozwiązać tę zagadkę, a wśród nich jest także Aiden Bishop, który staje się również przewodnikiem czytelnika. Evelyn Hardcastle będzie umierać każdego dnia, aż do momentu, gdy ktoś odkryje, kim jest jej zabójca, albo goście nigdy nie opuszczą posiadłości. Bishop ma osiem dni i osiem szans na wydostanie się - każdego dnia budzi się w ciele innego gościa i z jego perspektywy próbuje dojść do wskazówek, które ostatecznie pozwolą mu opuścić Blackheath.

Fabuła tej książki jest mocno pokręcona i na początku może powodować lekkie zagubienie i dezorientację. Na szczęście wystarczy dać bohaterom trochę czasu do przywyknięcia do ich sytuacji, a później już sami poprowadzą czytelnika wprost do rozwiązania zagadki. To jest jedna z tych książek, która mimo wszystko wymaga nieco więcej skupienia. Mimo ograniczonego obszaru wydarzeń i stosunkowo niewielkiej ilości bohaterów, których poznajemy już praktycznie na samym początku książki, łatwo się zamotać. Dzieje się tu bardzo dużo i jeden moment nieuwagi wystarczy, żeby później mieć problem z połapaniem się kto jest kim i o co w zasadzie chodzi. Do tego dochodzi jeszcze brak chronologii i przerzucanie głównego bohatera między poszczególnymi wcieleniami. Wszystkie te zabiegi można odbierać jako wadę, bo wprowadza w książce chaos, ale moim zdaniem to nadaje książce odpowiedniego klimatu i ostatecznie utrudnia szanse na połapanie się, kto w tym zawieszaniu jest mordercą.

Styl Trutona jest lekki i myślę, że niewiele ma wspólnego ze stylem retro, którego mocno się obawiałam. Co prawda od początku czuje się, że autor przedstawił w książce wydarzenia niedzisiejsze, ale one w żaden znaczący sposób nie wpływają na czytelnika – oczywiście poza tworzeniem samego klimatu w opowieści. Obiecany styl retro bardziej przejawia się w sposobie zachowania bohaterów, klasyfikacji społecznej i budowania relacji między poszczególnymi postaciami niż chociażby w ich rozmowach. Widoczny jest również przy budowaniu samej otoczki do wydarzenia w posiadłości i sposobu jego celebracji, ale również pojawia się przy przedstawianiu wnętrza gigantycznej nieruchomości, która wydaje się być stworzona do tego typu uroczystości. Mimo że bohaterowie nie posługują się wysublimowanym słownictwem, to jednak też nie rozmawiają bardzo potocznym językiem.

To, co mnie najbardziej urzekło w pozycji Trutona to dopracowanie szczegółów, skomplikowanie sprawy tak, żeby żaden z czytelników nie podołał w jej rozwiązaniu, i ostateczne zamknięcie wszystkich zaczętych wątków. Wyobrażam sobie jak wiele pracy i kombinowania musiało kosztować autora stworzenie tak znakomitej opowieści, bo poza tym, że fabuła broni się już sama, to postaciom, które odgrywają w tej historii ważne role, też niczego nie brakuje. Autor każdemu z wcieleń nadał inną, charakterystyczną osobowość, która – jak się później okazuje – ma znaczenie w rozwiązaniu zagadki. Każda z postaci jest zupełnie inna, a wepchnięty w nią Bishop nie zawsze jest w stanie nad nią zapanować. Te wszystkie elementy zebrane razem w jeden powieści tworzą książkę, od której najpierw nie można się oderwać, a później nie można o niej zapomnieć.

Okazuje się, że czasami warto posłuchać intuicji i zdecydować się na książkę, która głównie wizualnie cieszy oko. Moja radość była przeogromna, kiedy okazało się, że poza tym, że książka miała schemat z jakim nigdzie do tej pory się jeszcze nie spotkałam, to dodatkowo mocno mnie zaintrygowała i wciągnęła. Nie brakuje jej oczywiście minusów, ale mam wrażenie, że kreatywność i staranność autora w przygotowanie takiej kryminalnej uczty jednak wszystko rekompensuje. Do przeczytania Siedem śmierci Evelyn Hardcastle zdecydowanie zachęcam tych, którzy lubią nieoczywiste historie i oczekują od kryminałów porządnie skonstruowanej zagadki kryminalnej. W książce Turtona nie ma zbyt wiele brutalności, także książka idealnie sprawdzi się też dla młodszych adeptów kryminalistyki.

Ocena: 5+/6
©Rude recenzuje
Siedem śmierci Evelyn Hardcastle mnie zaskoczyło. Ponieważ to nie jest po prostu tylko kryminał.

Główny bohater budzi się, i nie wie kim, i gdzie jest. I powoli okazuje się, że to co odczuwa, to nie jest zwykła amnezja. Że jedyną szansą na odzyskanie siebie jest zapobieżenie morderstwu, które zdarza się codziennie.

Taki „dzień świstaka” w mrocznej atmosferze zniszczonej rezydencji. Wśród ludzi, z których każdy ukrywa jakąś tajemnicę, wielu nie jest tymi, za których ich się bierze. A bohater obudzi się codziennie w ciele innej osoby przez osiem dni. I musi rozwiązać zagadkę morderstwa, ofiarą którego pada codziennie wieczorem, w czasie balu, córka gospodarzy.

Brzmi dziwnie, ale wciąga!

Klimat zaniedbanego angielskiego domostwa oddany jest świetnie, podniszczony dom, zużyte meble, porysowane srebra i porcelany. Zbyt mało przemęczonej służby. Zarośnięty staw, zaniedbany stary cmentarz. Ale też bal w sali balowej z orkiestrą, polowanie, kolacja.

I kamerdyner, masztalerz, pokojówki, kucharka, stajenni.

I państwo wydający bal w dziewiętnastą rocznicę śmierci dziecka. A ta śmierć, wydawałoby się dawno wyjaśniona, jest tylko czubkiem całej góry tajemnic, którą skrywa Blackheath.

Zagadka zbudowana na niecodziennym pomyśle, rozwiązania kolejnych zawiłości zaskakują. Klimat w rezydencji panuje jak w bardzo podupadłym Downton Abbey. A! I mroczny jest jak w Tajemniczej historii w Styles.

Nie jest to kryminał z pędzącą akcją, choć trup pada często. Z jednej strony ciągnęło mnie do tej książki, z drugiej nie spieszyło mi się z czytaniem (a kolejka rośnie!), delektowałam się opisami domu, ogrodu, cmentarza, wystroju, wspomnień dawnej świetności i zawiłych związków pomiędzy bohaterami.

Niecodzienny kryminał ale bardzo klimatyczny, więc mnie wciągnął i zostawił dobre wrażenie!

Polecam!

Ocena: 4+/6
©CzytAśka
Jeden z najciekawszych debiutów ostatnich miesięcy. Kryminał, ale bardzo nietypowy. Bohater pojawia się znikąd, nie pamięta kim jest. Nie wie też gdzie jest. Jednak już wkrótce się dowiaduje. Jego zadaniem jest wcielanie się w kolejnych osiem osób i przeżywanie tego samego dnia, aby ustalić, kto zamordował Evelyn Hardcastle. Kolejne wcielenia niewiele zmieniają w powtarzającym się wciąż od nowa dniu. Ewelyn Hardcastle ginie wieczorem.

Pomyślałem sobie, że ta książka nieco przypomina ostatnie interaktywne dzieło ze stajni Netflixa, czyli Black Mirror – Bandersnatch. Widz przekonuje się, że różne wersje zdarzeń nie różnią się tak wiele, jak mogłoby się wydawać. A liczba możliwych mutacji jest ograniczona. Z drugiej strony już po pierwszych stronach mamy wrażenie podobieństwa do innego odcinka Black Mirror. Mam na myśli część zatytułowaną White Christmas, w której mamy do czynienia z wariacjami czasu w zmieniającej się rzeczywistości wirtualnej.

Jednak to podobieństwo szybko okazuje się pozorne, bowiem akcja tego kryminału rozgrywa się w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Nikt nie tworzyłby ludziom wizji rzeczywistości sprzed stu lat, bo mentalne różnice byłyby zbyt duże. Cóż zatem pozostaje? Czym jest ten świat, w którym bohater musi rozwiązać zagadkę kryminalną? Tak może wyglądać piekło w wersji dla psychologów lub jakiś eksperyment prowadzony przez istoty, które traktują ludzi, jak pionki na szachownicy.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to książka skłaniająca do tego, by czytać ją z notesem i ołówkiem w ręku, aby notować kolejne zaskakujące fakty wychodzące na jaw. Skomplikowana jest sieć intryg i pozorów rozpostarta nad życiem podupadającej angielskiej arystokracji sprzed stu lat. Wydaje się, że to właśnie gorset hipokryzji powoduje, że uwalniają się najgorsze instynkty i budzą demony.

Ocena: 6/6
©Autorski przewodnik kulturalny
Komentarze dotyczące oferty:
  • Awatar

    Mnogość optymistycznych recenzji zachęca przeogromnie do przeczytania Siedmiu śmierci Evelyn Hardcastle. Jest jednak pewne malutkie "ale", o którym należy przed lekturą wspomnieć fanom gatunku thriller/kryminał. Ta historia to połączenie kryminały z science fiction. Jeśli ktoś zatem nie potrafi "przetrawić" takiego połączenia, lepiej niech Siedem śmierci Evelyn Hardcastle omija z daleka.

    Przyznać też od razu należy, że nie czyta się łatwo tej opowieści. Choć jest bardzo klimatyczna, to zalewa czytelnika taką ogromną ilością informacji, że właściwie ciężko jest to ogarnąć i spamiętać. I nie zdradzę chyb zbyt wiele, jeśli posunę się do ujawnienia, że jeśli nawet ktoś postanowi skrupulatnie zapisywać sobie w pamięci lub na kartce, to, czego dowiedział się w trakcie prowadzonego śledztwa, przez kolejne wcielenia bohatera, to i tak w żaden sposób nie doprowadzi go to do odkrycia tożsamości zabójcy i rozwiązania zagadki. Owszem, autor podsuwa czytelnikowi wiele tropów, ale są to wskazówki takie, które w żaden sposób nie mają szans doprowadzić do sukcesu w śledztwie. No i dla mnie jest to oczywiście minus. Bo właściwie po jaką cholerę, przez całą książkę siedzieć i głowić się nad tą mnogością szczegółów i próbować zapamiętać, kto i kiedy podłożył komuś kartkę z zapisaną informacją, albo jaki kolor miał pistolet, skoro i tak nie przyniesie to żadnego efektu w postaci rozwiązania zagadki? Niby udajemy, że coś wiemy, a autor i tak wyskakuje z rozwiązaniem jak z królikiem z kapelusza. Biada też temu czytelników, który w swojej naiwności oczekiwał będzie racjonalnego wytłuczenia tego, w jaki sposób ktoś może mieć kilka wcieleń, przeżywać ten sam dzień po kilka razy? Nie doczeka się na takie wytłumaczenie. Wspomniałem od razu, to połączenie kryminału z SF.

    I ja wcale nie chcę stwierdzić, że ta powieść jest zła. W żadnym wypadku. Jak wspomniałem, ma swój niesamowity klimat. Ona musi trafić na czytelnika, który poszukuje w tym gatunku nowości. Ja do tych czytelników nie należę, zdecydowanie wole jednak klasyczny kryminał.

    Ocena: 4/6

Inne proponowane
Warto zerknąć