Światło, które utraciliśmy

Kategoria: /
średnia ocena: 4.02 / 5.00
liczba ocen: 3880
cena od: 16.79
Powiadom o promocji
Otrzymasz e-mail,
kiedy cena spadnie poniżej np. 16.79 zł
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
Pozostałe księgarnie
16.79 zł
Opis:

„Spektakularna powieść”.

Emily Giffin

 

„Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo”.

 

Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku. Gdy wieże WTC runęły, a pył przykrył Nowy Jork, zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by przeżyć je bez pasji i emocji. I zbyt krótkie, by nie być razem.

Wkrótce jednak Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie i wtedy wszystko się zmienia. Lucy dowiaduje się o jego decyzji w dniu, w którym produkowany przez nią program telewizyjny zdobywa nagrodę Emmy. Dzień jej triumfu staje się też dniem, w którym coś nieodwracalnie się kończy. W kolejnych latach Lucy będzie musiała podjąć niejedną rozdzierającą serce decyzję. Czy pierwsza miłość okaże się też ostatnią?

Opowieść o sile marzeń i cenie, jaką jesteśmy gotowi zapłacić, podążając za nimi.

 

Recenzje blogerów
Zamach terrorystyczny na Word Trace Center miał wpływ na życie wielu osób. Ci, którzy zginęli, pozostawili swoich bliskich w żałobie, jednak miało to wpływ także na ludzi, którzy nie byli bezpośrednio związani ze zmarłymi. Wielu ludzi właśnie po upadku wież dowiedziało się, co chcą robić w życiu. Lucy i Gabe'a poznajemy w dniu zamachu na WTC, patrząc na wydarzenia, które miały miejsce tak blisko nich, odkrywają, co w życiu jest ważne, zaczynają rozumieć, że życie należy przeżyć tak, jak tego pragniemy, bez oglądania się na innych. Ich losy nie są proste, w końcu życie nigdy takie nie jest, jednak ich historia daje nam bardzo ważną lekcję. Jaką? Przeczytajcie sami.

Jill Santopolo zdecydowała się na formę listu/pamiętnika, którego narratorką jest Lucy. Zwraca się ona w swojej opowieści bezpośrednio do Gabe'a, opisując wszystko co spotkało ją od momentu ich spotkania. Taka forma ma swoje plusy i minusy, jednak dzięki prostemu językowi czytało się ją szybko i przyjemnie. Postacie Lucy i Gabe'a są jednocześnie różne i tak bardzo do siebie podobne. Z jednej strony mamy Lucy - silną, zdeterminowaną kobietę, która jest gotowa oddać wszystko dla Gabe'a, wszystko poza swoim największym marzeniem. Z drugiej strony jest Gabe - piękny i wrażliwy mężczyzna, który zagarnia dla siebie całą uwagę, pochłania wszystkich wokół, tak samo jak Lucy pragnie zrealizować swoje marzenia. Będąc razem żyją intensywnie, celebrując chwile, jakby już wtedy przeczuwali, że to wszystko się wydarzy.

(...) czuję się, jakbyś była moją gwiazdą, moim słońcem.
Twoje światło, twoja siła przyciągania...
Nie potrafię wyrazić, ile dla mnie znaczysz.
- Nazwałabym nas podwójną gwiazdą (...)
orbitujemy wokół siebie.

Nie będę wspominać o drobnych niedociągnięciach tej książki, bo one naprawdę nie mają wpływu na jej odbiór. Czytając Światło, które utraciliśmy bardzo zżyłam się z bohaterami, zastanawiałam się co ja zrobiłabym na ich miejscu. Każdy człowiek, którego spotkamy, może mieć znaczący wpływ na nasze życie. To samo ze zdarzeniami, których jesteśmy świadkami, jedne bardziej, inne mniej wpływają na to, jaką drogą podążymy w życiu. Lubię myśleć, że nasze losy nie są z góry zaplanowane przez siłę wyższą, że każdy nasz wybór, każda osoba, z jaką się zwiążemy, ma wpływ na to, co wydarzy się w naszym życiu. Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest z miłością? Czy na świecie jest tylko jedna, jedyna osoba nam przeznaczona? Ten/ta jedyny/a dzięki któremu nasze życie stanie się lepsze? Taka osoba, do której serce będzie się wyrywać niezależnie od tego, co się wydarzy? Czy przysługuje nam limit na miłość? Czy możemy w życiu doświadczyć tylko jednej miłości tak silnej, porywającej i nieskończonej?

Światło, które utraciliśmy to książka, którą naprawdę przeżyłam. Miałam wrażenie, że towarzysze bohaterom podczas wszystkich wydarzeń, że jestem świadkiem ich wzlotów i upadków. Pomimo niedociągnięć jest to wspaniała powieść o miłości, przeznaczeniu i życiu. Jill Santopolo zafundowała mi wzruszającą podróż pokazującą prawdę o uczuciach, których doświadczamy w życiu. Decydując się na lekturę tej książki, nie zapomnijcie o chusteczkach, mi były potrzebne...

Bardzo gorąco polecam tę książkę!

Ocena: 5/6
©My Fairy Book World
Na wielu blogach spotykam się tylko z pozytywną recenzją tej książki. Czytam, że powieść mocna, wzruszająca, wywołująca gamę emocji i bardzo bolesna. A jakie jest moje zdanie?

No cóż… podczas czytania przez 99% czasu byłam tak wściekła, ze aż mnie trzęsło. A wszystko za sprawą bohaterów, którzy zupełnie nie przypadli mi do gustu. Gabe – dupek totalny (jeszcze większy niż Ethan ze Złego Romeo), wieczny Piotruś Pan w swojej Nibylandii, sam nie wie czego chce. Poza tym kompletnie nie liczy się ze zdaniem Lucy. Tyle razy ją porzuca, że nie dało się tego zliczyć. Samolubny, zapatrzony w siebie egoista. Uciekajcie dziewczyny jak najdalej od tego typu faceta, który nie wie, czego chce w życiu, który nie zwraca na Was uwagi, tylko myśli o sobie. A Lucy? Boże, Lucy! Najprościej mówiąc Lucy jest dla mnie głupia. Ma męża, ma dzieci, a ciągle nie umie pogodzić się z przeszłością i przestać marnować życie na kogoś, kto i tak na nią nie zwraca uwagi. Chyba znowu wyjdę na niewrażliwą, ale co to za traktowanie? Lucy według mnie nie ma żadnego szacunku do siebie, zawsze była na jego zawołanie. Gabe zadzwoniłby w nocy o północy, a ta by biegła jak wierny piesek. Moim skromnym zdaniem Lucy powinna udać się do specjalisty i przestać żyć przeszłością. Bo nie tylko robi sobie krzywdę, ale i swojemu mężowi oraz dzieciom. Podsumowując chyba Gabe dobrze robił tak ja traktując, bo sama nie ma żadnych wartości.
Finału powieści możecie się domyślać, ponieważ Gabe większość swojego życia spędza w strefie wojny na Wschodzie. Nie skaczę z radości z takiego zakończenia, ale uważam, że jest jak najbardziej sprawiedliwe.


Ocena: 2/6
©Reading My Love
Pierwsza miłość ostatnią, jedyną, ideałem na miarę XXI w.? Ile razy to się zdarza w książkach? W życiu? Jill Santopolo stworzyła historię, o której kiedyś będzie się mówić: to ta książka, która zaczyna się 11 września, a potem on wyjeżdża, poruszająca na wskroś, wyciskająca łzy… przynajmniej jej tego życzę. Światło, które utraciliśmy to oczywiście powieść o miłości nieokiełznanej, wszędobylskiej i ponadczasowej, tak irracjonalnej, jak z życia wziętej - zależy, kto czyta. Piękna mimo wszystko, i nie do zapomnienia.

Lucy i Gabe poznają się w dzień, który zmienił współczesny świat, zasiał strach przed niewyobrażalnym i otworzył oczy na kruchość tego, co w życiu liczy się najbardziej. 11 września połączył bohaterów uczucie, które zdaje się przetrwać wszystko - nawet marzenia o zmienianiu świata na lepsze, które o dziwo rozdzielają Lucy i Gabe'a na tysiące mil. Los czy przeznaczenia? A może po prostu oni…? Ona zostaje w Nowym Jorku, on wyjeżdża na Bliski Wschód, ale to dopiero (drugi) początek. Historia, którą mogła się zdarzyć, albo naprawdę się zdarzyła. Cała powieść to ciąg myśli i wspomnień, które ona pisze do (dla?) niego. Proste zdania trafiające tam, gdzie człowiek jest najwrażliwszy. Codzienne sytuacje, wyzwania, sukcesy i porażki, (nie)pewności i (nie)jasności, dwa życia toczące się równolegle, a jednak przecinające, jakby nie podlegały żadnym logicznym regułom. Przekaz Światła, które utraciliśmy jest tak niewiarygodnie prosty, a przez każdego odbiorcę zostanie zrozumiany tak, jak życie go naznaczyło… Chyba, że nie wierzy w miłość, albo nigdy z niczego nie zrezygnował dla marzeń, które nie dawały mu spokoju. Trudno powiedzieć, czy autora napisała tę historię dla oczyszczenia własnej duszy, czy żeby skłonić czytelników do zastanowienia się nad tym, co dla nich najlepsze, albo jakie mają szczęście na wyciągnięcie ręki. Niezależnie od interpretacji, Światło, która utraciliśmy da siłę, a może nawet i nadzieję - mimo wszystko.

Polecam kobietom kochającym - bez względu na stadium uczuciowe, w jakim się aktualnie znajdują. Santopolo wyciągnie wspomnienia, o których dawno nie chciało się myśleć, albo otworzy niezagojone rany, jeśli tej pierwszej miłości jeszcze się nie przebolało. Ale czy takie nie jest samo życie? Czy nie warto wejrzeć we własne wnętrze, żeby zrewidować niektóre decyzje albo utwierdzić się w przekonaniu, że wybór był właściwy? Może jestem przewrażliwioną idealistką, ale poruszają i wzbogacają mnie takie historie. Nawet, jeśli los ma odnośnie nas własne plany…

Ocena: 5/6
©paratexterka
Lucy i Gabe poznali się dokładnie 11 września 2001 roku podczas zajęć z literatury. To właśnie wtedy do ich sali wpadła asystentka profesora prowadzącego seminarium na temat twórczości Shakespeare’a, oznajmiając, że samolot z terrorystami na pokładzie, wleciał w jedną z wież WTC. To wtedy po raz pierwszy się do siebie zbliżyli. To wtedy ludzie zrozumieli, jak ulotne jest życie. To wtedy Lucy stała się światłem Gabe’a, a on osobą, która prześladowała ją przez całe życie. Jednak ich związek nie trwa zbyt długo, ponieważ każde pragnie podążać za swoimi marzeniami. Lata mijają, jednak ich znajomość trwa nadal – ale nie wygląda tak, jak oboje by tego pragnęli.

Pierwszym, co mnie urzekło w tej powieści, był bezbłędny język autorki. Ta historia jest opisana w tak bajkowy, niesamowicie piękny sposób, że ciężko się było od niej oderwać, choć chwilami miałam ochotę rzucić nią o ścianę. A właściwie nawet nie samą książkę, a po prostu główną bohaterkę. Rozwój wydarzeń poznajemy z perspektywy Lucy, w formie opowiadania i jej wspomnień. Są one przedstawiony w taki eteryczny, pełen melancholii sposób, ale zdecydowanie jest to ogromna zaleta tej pozycji. Jest po prostu piękna. Pięknie napisana, choć sam motyw przewodni jest dobrze znany, wręcz oklepany. Jednak wierzcie mi, Jill Santopolo pisze po prostu przecudownie, tak delikatnie, emocjonalnie, zgrabnie i majestatycznie.

Jednak dlaczego miałam ochotę rzucić główną bohaterką o ścianę? Bo wiecie, ja nigdy nie zachowywałam się do końca jak typowa kobieta, nigdy nie rozumiałam całkowicie tej kobiecej logiki. A Lucy właśnie jest taką typową dziewczyną, która zakochuje się w przystojnym chłopaku i myśli, że już zawsze będzie cudownie i idealnie. Jednakże związek to tak naprawdę jeden wielki kompromis i wspieranie się nawzajem. To dwie osoby, które powinny czuć się cudownie razem, ale powinny też móc się spełniać w tym, co robią w życiu. Ich marzenia nie zawsze muszą być spójne, i tak też jest w tym przypadku. Uważam jednak, że Lucy nie miała prawa żądać od Gabe’a tego, czego zażądała. Powinna mu pozwolić się realizować, tak jak i on powinien pozwolić Lucy spełniać jej marzenia. Może było im po prostu nie po drodze, a może poszli na łatwiznę? Bo gdyby naprawdę chcieli, to by wszystko pogodzili. Nie da się jednak zaprzeczyć temu, że stali się dla siebie ważni. Bardzo ważni. I choć każde poszło w swoim kierunku, to nigdy nie mogło zapomnieć o tym drugim.

Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni kilku lat, ale jest napisana bardzo płynnie, w niesamowicie plastyczny sposób. To takie uroki życia codziennego, wzloty i upadki, podejmowanie trudnych decyzji, spełnianie marzeń, tworzenie swojej listy priorytetów. Ta książka pokazuje, że nie zawsze wszystko jest tak idealne, jak to sobie wyobrażamy. Czasem, pod wpływem euforii, wszystko widzimy przez różowe okulary, a po pewnym czasie, gdy emocje opadają, przytłacza nas szarość rzeczywistości. Oczywiście może ona być nadal piękna, ale pojawia się to pewne zachwianie, że nie wszystko jest tak, jakbyśmy chcieli. Czasami musimy walczyć – nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z samym sobą. A taka walka jest chyba najcięższa do stoczenia.

Czy mam prawo oceniać Lucy albo Gabe’a? Chyba nie. Sama nie wiem, jak zachowywałabym się na ich miejscu. Czy faktycznie łączyła ich miłość? Czy było to tylko chwilowe, nie do końca zrealizowane zauroczenie, które przez ten niedosyt parło ich ku sobie przez kolejne lata, choć każde układało sobie życie u boku innej osoby? Piękne jest to, że spełniali swoje marzenia, smutny natomiast jest fakt, że nie robili tego razem. Gdzieś tam ich losy się przeplatały, na pewno mieli siebie w myślach, może nawet w sercach, ale może po prostu nie było im pisane być razem? Choć kto wie, jak potoczyłaby się ich historia, gdyby oboje podjęli inne decyzje albo dali dojść do głosu również rozsądkowi, a nie tylko nagłym emocjom.

Choć rzadko sięgam po takie powieści romansowo - obyczajowe, tak śmiało stwierdzam, że Światło, które utraciliśmy jest naprawdę piękną powieścią. Może chwilami ulegałam irytacji, ale doskonale wiem, że tak właśnie wygląda życie. Jednak język autorki jest po prostu przecudowny, dlatego tę książkę czyta się tak dobrze. Sama historia na swój sposób wciąga, choć chwilami bieg wydarzeń łatwo jest przewidzieć, podobnie jak zakończenie. Ale nie to jest najważniejsze! Najważniejsza jest ta atmosfera, ta emocjonalność. Przede wszystkim to właśnie dla tych dwóch elementów warto się zapoznać z tą powieścią. Jestem przekonana, że urzeknie ona wiele czytelniczek!

Ocena: 4+/6
©BookeaterReality
Zgadzam się z Emily Griffin, że ta książka jest spektakularna. Światło, które utraciliśmy to opowieść przypominająca o tym, że miłość jest najważniejsza i zawsze powinniśmy o niej pamiętać.

Książka autorstwa Jill Santopolo kradła moje serce. Powieść napisana z wielkim wyczuciem i delikatnością. Sposób, w jaki historię opowiada Lucy jest bardzo emocjonujący. Opowiadając o swoim życiu bohaterka wspomina lata z czasów studenckich. Gabe w jej opowieści brzmi jak najpiękniejsza piosenka, o której chce się pamiętać. To siła przywiązania i uczucia, a dlaczego tak sądzę? Mimo że Lucy ma piękne życie, ponieważ ma rodzinę, o której marzyła to, gdy dochodzi do spotkania Gabe'a z nią to ona też żywi do niego jakieś silne emocje. Z resztą on też. Przez tę książkę po prostu się płynie. I bardzo chętnie obejrzałabym jej ekranizację.

Ocena: 6/6
©Zaczytana Majka
Staram się nie ulegać magicznym okładkom i urokliwym opisom książek. Zwykle muszę sama sama przekonać się na własnej skórze o tym, czy jest warta lektury. Tak też było w przypadku Światła, które utraciliśmy, które właśnie skończyłam czytać.

Luce i Gabe spotkali się 11 września 2001 roku, czyli dokładnie wtedy, gdy runęły wieże Word Trade Center. Ich związek rozwinął się niczym petarda i świecił mocniej niż słońce. Oboje chcieli bowiem czerpać z życia pełnymi garściami i ze wszystkich sił najlepiej wykorzystać dany im czas. Jednak Gabe w imię wyższych ideałów przyjmuje pracę reportera na Bliskim Wschodzie dokładnie wtedy, gdy program Luce otrzymuje statuetkę Emmy. Żadne z nich nie godzi się na kompromis. Czy wraz z decyzją o rozłące na zawsze utracą światło, które rozświetliło ich drogi?

Światło, które utraciliśmy to najnowsza powieść Jill Santopolo i jedyna, która jak do tej pory została wydana w Polsce. Jak już wspomniałam we wstępnie – zakochałam się w okładce w chwili, gdy ją ujrzałam. Obawiałam się jedynie tego, czy fabuła będzie w stanie jej dorównać.

Co rzuca się w oczy już na początku, to specyficzny sposób prowadzenia narracji. Historię ze swojej perspektywy opowiada nam Luce, która w wielu jej momentach zwraca się do Gabe'a. Akcja zaczyna się szybko i rozkręca jeszcze szybciej. Prawdopodobnie taki był zamysł autorki, która chciała zwrócić uwagę czytelnika na cieszenie się chwilą. Na życie tu i teraz, w tej rzeczywistości, a nie w przyszłości i przeszłości. A jednak przez cały czas wiemy dosyć niewiele – nie znamy prawie wcale przeszłości bohaterów (poza kilkoma nierozwiniętymi wspomnieniami ojca Gabe'a) i nie ma tutaj „głębi”, która pozwoliłaby powiedzieć o nich cokolwiek więcej. Dla mnie to właśnie największy mankament książki – brakowało mi odrobiny retrospekcji, brakowało mi „czegoś więcej”, odrobiny informacji, które dałyby mi pełniejszy obraz całości. Rozumiem jednak, że mógł to być zamierzony cel.

Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że i ty zrobiłbyś dla mnie to samo.

Generalnie polubiłam głównych bohaterów, chociaż nie zawsze podobał mi się kierunek, w jakim zmierzali dzięki podjętym decyzjom. W błyskawicznym tempie zrodziło się między nimi coś cudownego; magiczne uczucie, które rozpala serce i wybucha niczym fajerwerki każdego dnia. Jednak Gabe czuje obowiązek, by nieustannie zmieniać świat na lepsze; by pokazywać innym ludzkie tragedie na drugim końcu świata. Jego misja staje jednak w opozycji do szczęścia z Luce, która nie potrafi rozstać się ze swoją ukochaną pracą producentki telewizyjnej. Książka porusza wiele ważnych tematów, których nie spodziewałam się w niej odnaleźć. Mówi o różnych rodzajach miłości – tej krótkiej i wybuchowej, która świeci niczym gwiazda, ale i o tej, która spokojnie się żarzy i płonie nieprzerwanie. Wspomina też o problemach w związku, codziennych dylematach (nie tylko małżeńskich), kompromisach i wcale nie łatwych wyborach. Bywa smutna, bywa poruszająca, bywa zastanawiająca, ale dla mnie również odrobinę zbyt powierzchowna.

Światło, które utraciliśmy to powieść, która zdecydowanie ma w sobie „to coś”. To skarbnica pięknych cytatów, która, pomimo kilku wad, niesie w sobie wyjątkową magię, odrobinę światła i nadziei. Zachęca do życia tu i teraz oraz nieodkładania szczęścia na później.

Ocena: 5/6
©Caroline Livre
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć