Historia pszczół
ebook: mobi (kindle), epub (ipad)

średnia ocena: 3.67 / 5.00
liczba ocen: 1854
Ilość stron (szacowana): 376
cena od: 23.69
Powiadom o promocji
Otrzymasz e-mail,
kiedy cena spadnie poniżej np. 23.69 zł
Rekomendowane przez UpolujEbooka.pl
26.32 zł
26.98 zł
27.18 zł
29.62 zł
32.90 zł
Pozostałe księgarnie
-12% 23.69 zł
25.66 zł
26.32 zł
27.31 zł
27.61 zł
27.96 zł
27.97 zł
27.97 zł
29.62 zł
30.00 zł
30.27 zł
32.90 zł
32.90 zł
32.90 zł
Opis:

Trzy intrygujące historie, zwyczajni, a jednak niezwykli bohaterowie, pszczoły i walka o przyszłość naszej cywilizacji... Jeden z największych norweskich bestsellerów ostatnich lat. Powieść, którą jeszcze przed premierą zakupiło 15 krajów.

Epicka w swoim wymiarze, rozgrywana na trzech płaszczyznach czasowych, opowieść, której spoiwem są… pszczoły.
Anglia, rok 1857. William marzył o karierze naukowca przyrodnika. Los jednak chciał inaczej. Żona, gromadka dzieci i sklep z nasionami. Poczucie życiowej porażki sprawiło, że William pogrąża się w depresji. Ponowne natchnienie przychodzi wraz z dawnym naukowym wywodem na temat życia pszczół. William postanawia zbudować ul. Ul, który przyniesie jemu i jego potomkom zaszczyty i sławę…
Stany Zjednoczone, rok 2007. George jest hodowcą pszczół i właścicielem kilkuset uli. Chce rozwijać swoją farmę, by przekazać ją w spadku jedynemu synowi. Cóż z tego, skoro jego marzenia są tak dalekie od marzeń żony i syna. W dodatku wśród pszczelarzy coraz częściej pojawiają się pogłoski o niewyjaśnionej śmierci setek tysięcy owadów.
Chiny, rok 2098. Jedyne miejsce na ziemi, które poradziło sobie z katastrofą. Młoda kobieta Tao całymi dniami ręcznie zapyla drzewa owocowe, które są podstawą gospodarki Chin. Rozpaczliwe chce dać synkowi szansę lepszego życia – życia nadzorcy…
„Historia pszczół” to do bólu prawdziwa powieść doskonale ukazująca meandry ludzkiej psychiki, napięcia między rodzicami i dziećmi, dojmującą szarość dnia codziennego i pasję, która daje siłę do walki o lepsze jutro. Maja Lunde porusza te wszystkie tematy, snując równoległą i porywającą opowieść o niezwykłych owadach, ich miejscu w przyrodzie i ludzkiej cywilizacji.

„Plaster miodu na stęsknione dobrej literatury dusze” – Katarzyna Mizera, Joy

CYTATY:
Inspiracja to ważna siła napędowa.
Za każdym wielkim wynalazkiem stoją tuziny pokonanych osobników, którzy zbyt późno próbowali zaistnieć.
Szczerze mówiąc, dla mnie każdy temat jest interesujący, kiedy człowiek pokazuje go z punktu widzenia nauk przyrodniczych.
Pszczoły to czyste stworzenia. Wylatują z ula, by umrzeć, nie chcą tam zostawać, żeby nie zanieczyszczać domu.
Bez wykształcenia jesteśmy niczym. Bez wykształcenia jesteśmy zwierzętami.
Bez pasji jesteśmy niczym.
Jedna pszczoła bowiem jest niczym, cząstką tak małą, że całkiem pozbawioną znaczenia, natomiast razem z innymi jest wszystkim. Bo razem stanowią pszczelą rodzinę.
Recenzje blogerów
W „Historii pszczół” Autorka snuje trzy niezależne od siebie opowieści, a akcja każdej z nich dzieje się zupełnie w innych czasach. W pierwszej z nich poznajemy Williama Savage’a, angielskiego przyrodnika, którego opuściła chęć do pracy i badań. Gdy jednak pewnego dnia 1852 roku wpada na pomysł, jak zrewolucjonizować budowę pszczelego ula, znów zaczyna pracować ze zdwojoną siłą. Ale jak to w świecie nauki bywa, ktoś gdzieś też już pracuje nad ulepszeniem ula… W 2007 roku osadzona jest akcja opowieści o George’u i jego rodzinie, która od pokoleń zajmuje się pszczelarstwem. Niestety to właśnie na czas życia George’a przypada czas Zapaści, dziwnego zjawiska, w wyniku którego wymierają pszczoły. Jakby tego było mało, mężczyzna ma pewne problemy w porozumieniu się ze swoim synem, Tomem. W końcu mamy i rok 2098, Syczuan, świat w wizji niemalże postapokaliptycznej, świat bez pszczół, w którym ludzie muszą sami dbać o zapylanie kwiatów. Jedną z robotnic jest Tao, matka małego Wei-Wena, który pewnego dnia znika w tajemniczych okolicznościach, a Tao z desperacji wyrusza w głąb Chin na poszukiwania jedynego dziecka. W jaki sposób te historie są ze sobą powiązane? Dlaczego elementem łączącym je są pszczoły? I jak potoczą się losy bohaterów? O tym przekonacie się, sięgając po „Historię pszczół”.

Dla mnie ta książka to przede wszystkim przecudowny, wspaniały obraz relacji między rodzicami a dziećmi – relacji, która bardzo często jest trudna, cierpka, która zmienia się i ewoluuje. Każdy z głównych bohaterów opowieści przedstawionych w powieści ma dzieci, starsze lub młodsze, jedno bądź kilkoro, i każdy musi nauczyć się budować z nimi most porozumienia. Maja Lunde pokazuje, jakie to skomplikowane, jak niełatwo jest czasem znaleźć tę wspólną nić – może być nią pasja, może być rodzinna tradycja i dziedzictwo, może nią być po prostu miłość. W „Historii pszczół” wyraźnie widzimy, że chociaż rodziców i dzieci dzieli jedno pokolenie, kilka bądź kilkanaście lat, to mentalnie i światopoglądowo może to być odległość setek mil świetlnych, bo młody człowiek, wkraczając w dorosłość, ma zupełnie inną wizję świata i siebie w tym świecie, niż rodzic, który go do dorosłości prowadził. Gdzie powinno się postawić granice zaufania, kiedy być dla swojego dziecka mentorem i nauczycielem, a kiedy przyjacielem? A z drugiej strony jak dziecko w delikatny sposób ma wywalczyć sobie swoją przestrzeń osobistą, gdy czuje, że nadszedł czas, by zacząć spełniać marzenia i wyfrunąć z gniazda? Zwłaszcza jeśli te marzenia nie do końca pokrywają się z rolą, jaką przewidzieli dla niego rodzice… Z tymi problemami borykamy się na co dzień, a podpowiedzi być może znajdziemy w powieści Lunde.

Spoiwem łączącym wszystkie trzy opowieści są oczywiście pszczoły, pszczoły, od których wszystko się zaczęło, gdy William badał ich życie i zwyczaje, pszczoły, które dla George’a stanowią źródło utrzymania i rodowe dziedzictwo, i pszczoły, których zniknięcie z powierzchni ziemi doprowadziło do panującego na świecie głodu i powrotu niemalże totalitarnych rządów, pod którymi celem życia każdego człowieka staje się zapylenie jak największej ilości kwiatów. Pszczoły to jednocześnie sens życia i jego przekleństwo, to jak obsesja ogarniająca bohaterów, tylko każdego w trochę inny sposób. W tym wszystkim Maja Lunde stworzyła postaci z krwi i kości, z którymi zżywamy się i trwamy całym sercem, bo ich losy tak bardzo podobne są do naszych, a cierpienia podobne do ich cierpień i my przeżywamy. Niespełnione marzenia, zawiedzione nadzieje, relacje, które gdzieś po drodze straciły sens. Przecież znamy to wszystko bardzo dobrze!

No i w końcu „Historię pszczół” możemy odczytywać i dosłownie, bo Zapaść, którą opisuje Maja Lunde, powoli obserwujemy i my. Pszczół jest coraz mniej, rolnictwo i stosowane w nim środki zmieniają się, wszystko to prowadzi do globalnej katastrofy, kto wie, czy nie gorszej, niż wszystkie „popularne” ekologiczne problemy roztrząsane z takim zapałem w prasie od kilku lat. To właśnie pomaga nam dostrzec wizja Chin z 2098 roku przedstawiona przez Lunde – wizja świata opustoszałego, pełnego ludzi walczących o miseczkę ryżu, robotników od najmłodszych lat zmuszonych do katorżniczej pracy, by w efekcie można było zebrać tę odrobinę plonów na kolejny rok. Bez pszczół nie ma nie tylko miodu, bez pszczół nie ma też owoców i warzyw, nie ma nabiału i serów, bo zwierzęta nie mają dość jedzenia, by produkować mleko… To przerażająca wizja świata przymierającego głodem, w którym jeden mały owad urasta do rangi legendy, mitu i symbolu największego błogosławieństwa. Miejmy nadzieję, że nie taki los czeka nas za sto lat, bo przyrzekam, że w świecie z powieści Lunde nie chciałbym się znaleźć ani na chwilę.

Mógłbym o tej książce jeszcze długo. Jestem pewien, że wrócę do niej nie raz, bo to cudowna historia, historia pszczół, historia ludzi i historia ludzkości. To naprawdę dobra literatura, powieść, o której nie sposób zapomnieć, która zostawia w nas mnóstwo przemyśleń i refleksji, ale nie „zapycha” nas pseudofilozoficznym bełkotem. Polecam ją bardzo, bardzo gorąco nie tylko rodzicom i dzieciom, ale wszystkim, bo to też powieść po prostu o tym, jak być człowiekiem.

Ocena: 6/6
©Kto czyta, żyje podwójnie
Pszczoły miodne to owady z gatunku błonkoskrzydłych z rodziny pszczołowatych. Ich obły kształt, pasiaste czarno-żółte ubarwienie i głośne bzyczenie jest dobrze znane, a ich rola – niebagatelna. Pszczoły zapylają wiele roślin (jak choćby drzewa owocowe czy rzepak), które zapewniają pożywienie człowiekowi i zwierzętom. Pszczoły miodne zostały udomowione nie tylko po to, by człowiek mógł kontrolować obszary, które zapylają, lecz także dla pysznego miodu oraz dla wosku, używanego przez ludzi jako składnik kosmetyków. Pewnym jest, że te niepozorne owady odgrywają niebagatelną rolę dla zachowania równowagi na naszej planecie, co jednak by się stało, gdyby wyginęły? A to niestety nie jest wydumana, futurystyczna wizja: pszczoły giną, i dzieje się to już od ponad dziesięciu lat.

CCD, czyli Colony Collapse Disorder (Zespół masowego ginięcia pszczoły miodnej) to zespół chorobowy objawiający się gwałtownym i masowym ubytkiem pszczół lotnych poza ulem, a w konsekwencji ginięciem większości chorych rodzin. Zjawisko masowego ginięcia pszczół powoduje ogromne straty ekonomiczne w produkcji roślin oleistych, owoców i warzyw. Zjawisko to niesie też za sobą negatywny aspekt ekologiczny, ze względu na ogromną rolę jaką pszczoły odgrywają w reprodukcji dziko rosnących roślin. Choć pierwsze niepokojące objawy odkryto już w 2003 roku, nadal nie wiadomo, jakie są przyczyny CCD. Prawdopodobnie jest ich kilka, a badacze wymieniają m.in. spadek odporności pszczół, inwazje pasożytów czy zatrucie pestycydami. Jedno jest pewne: mamy poważny problem i obyśmy szybko znaleźli rozwiązanie. Maja Lunde w swojej powieści „Historia pszczół” pokazuje jak może wyglądać Ziemia u progu XXII wieku, jeśli nie uratujemy tych małych owadów.

Świat w roku 2098 zmierza ku zagładzie. Pszczoły wyginęły, w związku z czym ludzkości brakuje pokarmu. Wiele rodzin głoduje, a ich jedynym posiłkiem jest garstka sklejonego ryżu w ilościach tak małych, że w trakcie jedzenia spokojnie mogą policzyć liczbę ziarenek na talerzu. Tao, kobieta żyjąca w Dystrykcie 242 w Syczuanie, jest robotnicą, która pracuje przy ręcznym zapylaniu drzewek owocowych. Praca, którą kiedyś zajmowały się tysiące pszczół teraz musi być wykonana przez człowieka. Tao, tak jak setki innych robotnic i robotników, codziennie wspina się na drzewo, ostrożnie, delikatnie, by przypadkiem nie upuścić drogocennego pyłku lub nie złamać gałęzi, bo każdy taki wypadek to niewyobrażalna strata dla przemysłu, a dla Tao – znaczne zmniejszenie jej pensji. A kobieta musi ciężko pracować dla swojej rodziny, dla trzyletniego syna Wei-Wena i dla męża Kuana, bo jeśli parze uda się uzbierać wystarczająco dużo pieniędzy, to dostaną od Komitetu pozwolenie na staranie się o drugie dziecko. Czas ucieka, bo Tao i Kuan niedługo skończą trzydzieści lat, a wtedy będą już za starzy na efektywną reprodukcję… Gdy mały Wei-Wen znika, życie kobiety zupełnie zmienia swój bieg. Czy matka odnajdzie syna?

Autumn Hill, rok 2007. George, prowadzący rodzinną hodowlę pszczół, wkłada wiele serca w swój interes. To nie tylko jego praca, ale także pasja. Mężczyzna nigdy nie kupuje gotowych uli, jest bowiem zdania, że lepsze są takie wybudowane przez miejscowego stolarza. George zatrudnia dwóch stałych pracowników, którzy pomagają mu w interesie, bowiem Tom, jego syn, nie przejawia specjalnego zainteresowania pszczołami. To martwi ojca, który w jedynym dziecku widział swego następcę, osobę, która zajmie się hodowlą, gdy jego zabraknie. Jednak Tom ma inne plany, jest bardzo zdolny, pilnie studiuje, zdobywa naukowe stypendia i ani myśli osiąść na stałe w Autumn Hill. Jakby tego było mało, w całych Stanach zaczynają masowo wymierać pszczoły.

Hertfordshire, 1852 rok. William, głowa rodziny, przestał walczyć z życiem. Ten dobrze zapowiadający się badacz kształcił się w biologii, jednak zwątpił w swój intelekt i popadł w marazm po tym, jak jego mentor lekceważąco podsumował jego dotychczasowe osiągnięcia. William założył rodzinę, miał pod opieką żonę i gromadkę dzieci, naturalną koleją rzeczy musiał więc zająć się domem i zarabianiem na utrzymanie, w czym pomagał mu niewielki sklep z nasionami i przyprawami. Cóż, kiedy kilka ostrych zdań wypowiedzianych przez Rahma wpędziło go do łóżka na wiele, wiele dni… Szczęśliwie niespodziewana krótka rozmowa z Edmundem, jego synem (w którym William pokłada wielkie nadzieje) rozbudza jego chęci do życia, a książka o pszczołach, znaleziona na biurku w jego pokoju, dodaje mu sił i sprawia, że badacz wpada na nowy pomysł. Pomysł rewolucyjnego w swej budowie ula, który zastąpi słomiane budowle używane do tej pory na świecie. Mężczyzna nie wie jednak, że na ta sama idea kiełkuje też w umyśle innego wynalazcy…

„Historia pszczół” to niesamowita, zniewalająca opowieść, której bohaterami w równej części są pszczoły, jak i ludzie. Kunsztownie rozpięta na przełomie kilku wieków, pokazuje historie trzech rodzin, które łączy praca nad zapylaniem roślin (u Tao jest o zapylanie ręczne, przez człowieka, u George’a i Williama – przez pszczoły miodne). Poza historią pszczół (a może raczej powinnam powiedzieć: smutną historią ich wymierania) jest to wielka opowieść o samotności, i to tej najgorszej – samotności wśród bliskich. Każda z trzech głównych postaci jest osamotniona, choć ma swoją rodzinę i żyje w otoczeniu wielu ludzi. Tao, która po tajemniczym zniknięciu jej synka oddala się od męża, George, który wciąż słyszy od żony, że powinni sprzedać ule, a za zarobione pieniądze przenieść się na ciepłe wybrzeże, który rozpaczliwie próbuje porozumieć się z synem (przecież tak go kocha!), ale słowa brzmią niezręcznie, nie tak jak chciał i czuje, że on, niewykształcony hodowca, nie jest dla swojego mądrego dziecka żadnym partnerem do dyskusji; wreszcie William, wiecznie niedoceniony, wciąż drugi, badacz, którego całym życiem są pszczoły, boleśnie się przekonujący, że Edmund, na którego tak liczył, nie spełnia pokładanych w nim nadziei, jednak… wsparcie przychodzi z dość niespodziewanej strony, od Charlotte, której nigdy nie doceniał, bo przecież jest dziewczynką…

Maja Lunde zbudowała kunsztowną, melancholijną opowieść, opowieść-ostrzeżenie. Po pierwsze, niebezpiecznie jest przenosić swe marzenia i nadzieje na dzieci, które mogą mieć zupełnie inny pomysł na życie, a rodzice, choć to niełatwe, powinni pozwolić im iść swoją ścieżką i wspierać w tym, co daje im szczęście i spełnienie. Założenie, że syn czy córka na pewno pójdzie w nasze ślady i zaprogramowanie mu całego życia rodzicielskim „kodem na szczęście” jest wielką krzywdą dla dziecka, a dla rodzica – źródłem frustracji. Po drugie, zwróćmy uwagę na pszczoły, a szerzej – na naturę, z której zasobów czerpiemy, nie raz gwałtownie, do wytrzebienia gatunków, aż do zniszczenia i wyjałowienia. Zasoby naturalne nie są nieskończone, a człowiek wielokrotnie już doprowadził swą ślepotą i zachłannością do wyginięcia wielu zwierząt. Oby kolejną ofiarą nie były pszczoły miodne. To może być początek końca ludzkości.

Bez pszczół tysiące hektarów uprawnej ziemi leżały odłogiem. Kwitnące pola bez jagód, drzewa bez owoców. Nagle produkty rolne, które dawniej stanowiły codzienne pożywienie, stały się deficytowe: jabłka, pomarańcze, cebula, brokuły, marchew, borówki, orzechy i ziarno kawowe.

Produkcja mięsa zmniejszała się od lat trzydziestych XXI wieku, bo podstawowej paszy dla zwierząt domowych nie można było już produkować. Ludzie musieli radzić sobie także bez mleka i sera, również z tego samego powodu – zwierzęta nie miały dość pokarmu. O produkcji biopaliw, które miały zastąpić ropę naftową, trzeba było zapomnieć, bo ona także uzależniona była od zapylania roślin. Powrócono do energii ze źródeł nieodnawialnych, co z kolei pogłębiało globalne ocieplenie.

Równocześnie wyhamował wzrost populacji ludzi. Najpierw się zatrzymał, potem wskaźniki zaczęły spadać. Po raz pierwszy w historii ludzkości przestało nas przybywać. Gatunek wymierał.

Wszystkie trzy historie są niesamowicie wzruszające i splatają się ze sobą w zupełnie niespodziewany sposób. Długo się wahałam, która najbardziej poruszyła moje serce, szczególnie skłaniając się ku tej o Tao i tej o Williamie. Ostatecznie nie umiem ocenić, która najmocniej na mnie podziałała, bowiem każda (także ta o George’u) jest niezwykle przejmująca i daje wiele do myślenia. Oto mądra książka, którą czyta się stanowczo za szybko i w której, mimo że brak tu pędzącej akcji, kartki przewracają się same – i nagle orientujemy się ze smutkiem, że to już koniec historii. Ja zostałam ze ściśniętym gardłem.

Ocena: 6/6
©tanayah czyta
Tyle razy powtarzam sobie, żeby nie kupować książek, na punkcie których w Internecie panuje szał, bo zbyt często zostaję ukarana za łatwowierność. Ale trzymanie się tego postanowienia wychodzi mi raczej średnio. Tak też było z "Historią pszczół". I ona również mnie zawiodła. Choć raczej w nietypowy sposób.

Hertfordshire, 1852. William marzył o karierze naukowca przyrodnika. Los jednak chciał inaczej. Żona, gromadka dzieci i sklep z nasionami. Poczucie życiowej porażki sprawiło, że William pogrąża się w depresji. Ponowne natchnienie przychodzi wraz z dawnym naukowym wywodem na temat życia pszczół. William postanawia zbudować ul. Ul, który przyniesie jemu i jego potomkom zaszczyty i sławę…

Stany Zjednoczone, rok 2007. George jest hodowcą pszczół i właścicielem kilkuset uli. Chce rozwijać swoją farmę, by przekazać ją w spadku jedynemu synowi. Cóż z tego, skoro jego marzenia są tak dalekie od marzeń żony i syna. W dodatku wśród pszczelarzy coraz częściej pojawiają się pogłoski o niewyjaśnionej śmierci setek tysięcy owadów.
Chiny, rok 2098. Jedyne miejsce na ziemi, które poradziło sobie z katastrofą. Młoda kobieta Tao całymi dniami ręcznie zapyla drzewa owocowe, które są podstawą gospodarki Chin. Rozpaczliwe chce dać synkowi szansę lepszego życia. Kiedy ten ulega tajemniczemu wypadkowi i zostaje zabrany do szpitala w Pekinie, Tao wyrusza w podróż, gotowa za wszelką cenę odzyskać dziecko

na podstawie opisu z serwisu LC

Oczekiwałam czegoś ambitniejszego. Bo jakkolwiek by się "Historią pszczół" nie zachwycano, jest to czytadło. Mądre, z morałem, ale czytadło. Ciekawie splata dwa tematy: pszczół i więzi rodzica z dzieckiem. Jednak robi to w ten mdły, czytadłowy sposób, który wyklucza każdą głębię. Nie twierdzę, że takie pozycje nie są potrzebne, ale rozczarowałam się.

Jednak w ogóle to miałam zacząć od ponarzekania na wydawnictwo. Książka kosztuje 44,90 zł i okej, jestem skłonna tyle zapłacić "bo twarda oprawa", szczególnie że otrzymujemy ponad 500 stron lektury. Jednak po otwarciu okazuje się, iż a) czcionka jest gigantyczna b) interlinia jest gigantyczna c) marginesy są gigantyczne d) rozdziały są króciutkie e) zaczynają się zawsze w połowie strony. Nie znam się na tym, ale mam wrażenie, że spokojnie można by to "ścisnąć" to trzystu kilkudziesięciu stronic bez większego uszczerbku na estetyce. I wyszłoby uczciwiej.

Ale wracajmy do samej treści. A konkretnie postaci. Mamy jedną kobietę i dwóch mężczyzn. I prawdopodobnie nie narzekałabym tak na pozostałe aspekty, gdyby zaserwowano mi porządnych bohaterów. Lecz tak się oczywiście nie stało. Tao to typowa powieściowa matka gotowa zrobić wszystko dla swojego dziecka i choć to właśnie jej "perypetie" śledziłam najchętniej, to z pewnością nie ze względu na protagonistkę. Co do panów zaś... Zdziwiło mnie, że u autorki (z naciskiem na jej płeć) przeważają bohaterowie męscy. Ale okej, jestem wolna od uprzedzeń. I co otrzymuję w zamian za moją wyrozumiałość? Wrażenie, że facetowatość obu facetów polega głównie na nieracjonalnym zachowaniu. Oraz wybuchach, względnie tłumieniu emocji, egoizmie i skłonności do patriarchalnego despotyzmu (wymyśliłam to określenie na bieżąco i brzmi trochę strasznie). Jedna taka postać - jak najbardziej. Ale dwie? Przeciwstawione skrajnie altruistycznej matce? Czy to już seksizm? W każdym razie nie wczułam się w żadnego z bohaterów, a pomimo sporej ilości miejsca poświęconej ich myślom i emocjom, nie doznałam żadnej psychologicznej głębi.

Skupię się może na poszczególnych historiach. William. Sam pomysł na rozchwianego emocjonalnie bohatera wychodzącego z depresji uważam za świetny. Obraz zmieniającego się stosunku do żony również. Tylko samą fabułę niesamowicie spoiluje nam opis na okładce (różni się od tego, który wydawnictwo opublikowało w Internecie) i właściwie nie pozostawia już zbyt wiele miejsca na cokolwiek. Wiemy, jak to się wszystko skończy.

George. O ile William chwilami wyłamywał się z zarysowanego przeze mnie schematu, to George nie. Rozumiem, że autorka chciała skonstruować prostego człowieka przywiązanego do swojej ziemi oraz wartości. A przez to często zacofanego i nietolerancyjnego. Zawsze nieco bawi mnie takie tendencyjne łączenie tradycjonalisty z "zacofańcem", ale rozumiem konwencję. Tyle, że nie rozumiem samego George'a. Chwilami czułam się wręcz zmuszana, by mu współczuć. Ale nie potrafiłam, bo wydawał mi się (i wciąż wydaje) niespójny i zwyczajnie nie potrafiłam pojąć jego motywacji oraz logiki działań. Mam wrażenie, że to wszystko dlatego, iż autorka chciała podkreślić kontrast pomiędzy nim a jego synem wolącym literaturę od hodowli pszczół. A jako że syn jest przeciętnym młodym człowiekiem, któremu nie można nic zarzucić, to z ojcem musiało być coś nie halo. Konstrukcja bohaterów balansujących na granicy "antybohaterstwa" jest niezwykle trudna i Lunde zwyczajnie temu zadaniu nie podołała.

I wreszcie Tao. Jak wspomniałam, bohaterka to znana nam z popkultury matka za wszelką cenę dążąca do odzyskania dziecka. Pod tym względem niczego niesamowitego nie otrzymujemy. Jednak mnie najbardziej ciekawiła wizja przyszłości zarysowana przez autorkę. Pod względem socjologicznym nie mam zastrzeżeń. Ale pod kątem naukowym... już bardziej. Przede wszystkim Lunde jakby zapomniała o tym, że nie wszystkie rośliny są zapylane przez zwierzęta, ale że istnieją również takie wiatropylne i choć gatunkowo stanowią one mniejszość, to jednak należą do nich tak nieznaczące organizmy jak pszenica, jęczmień czy inne zboża. Czy mi się wydaje, czy wraz z mięsem stanowią one podstawę naszej diety? Mięsem, które za życia (przepraszam wszystkich ewentualnych wegetarian i wegan za to sformułowanie) żywi się głównie trawą, która również jest dziwnym trafem wiatropylna? Interesowała mnie też kwestia tlenu - rozumiem, że większość zapotrzebowania wyrabia (również wiatropylna) tajga, więc problem aż tak duży by nie był, ale miło było by znaleźć jakieś nawiązanie do tej kwestii. Poza tym czy sensowna nie byłaby rozbiórka części opustoszałego Pekinu i założenie tam upraw (dobra pal licho, zatrutą glebę)? I ostatni problem: ręczne zapylanie wydaje mi się strasznie nieergonomiczne...

Dobra jeszcze ostatni mój problem z "Historią pszczół" i potem przyznam, że nie było tak źle. Jest ona zwyczajnie przewidywalna. Około setnej strony mamy wypadek syna Tao (nie znika on tak sam z siebie, jak twierdzi autor blurba). Czytając opis zdarzenia i mając na uwadze tematykę powieści, nie trudno jest domyślić się, co się tak naprawdę stało (przepraszam wszystkich myślących za spoiler, ale i tak doświadczylibyście go w trakcie lektury). Wyjaśnienie jego natury pojawia się jakieś 400 (!) stron później i zgadnijcie: myliłam się czy nie? Naprawdę, ta zagadka stanowi sedno historii Tao, a jest tak banalna, że to aż przykre.

Tak, teraz następuję ten akapit, w którym piszę, że w zasadzie przeciętnego czytelnika kilka poprzednich akapitów zniechęcać do lektury nie powinno. Bo to generalnie miłe, babskie czytadło (po raz kolejny zaznaczam, że nie uważam tego za określenie pejoratywne) z gatunku tych mądrzejszych. Styl oraz język są bardzo proste, co nieco mnie rozczarowało, ale sama powieść została napisana niezwykle lekko i czyta się ją bardzo szybko. W jedno popołudnie (tylko popołudnie) pochłonęłam bez większego wysiłku 250 stron, a to nawet jak na mnie jest liczba horrendalna.

"Historia pszczół" to ciepła opowieść o nadziei i rodzinie. Oraz pszczołach. Taka do poczytania, z oryginalnym pomysłem. Jednak mnie osobiście zawiodła. I to jest cały bezsens nachalnej reklamy: czytelnik ma wydać pieniądze, ale satysfakcja z lektury to już inna para kaloszy.

Ocena: 3/6
©Między sklejonymi kartkami
Komentarze dotyczące oferty:
Warto zerknąć